- O co chodzi? - spytał Will...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- JOWISZ W ZNAKU RAKAZnaczenie oraz pełny wpływ Jowisza w znaku Raka, daje się zauważyć dopiero w środku życia, ponieważ pozycja taka, gdy chodzi o znak Raka,...
- — Wierzę, że ci się uda — przyznała, a potem spytała: — A co ze mną?— Cóż, z tobą to inna sprawa...
- John chodził po nierównym stożku przez ponad godzinę, co chwila przestawiając dwuobiektywowe soczewki w szybce hełmu na coraz dłuższe okresy, aby spenetrować...
- — O co chodzi? — zapytał Pawldo, podejrzewając, że oto spokojny poranek dobiegł końca...
- Zamiast tego nauczyli je wojaczki, nauczyli szpiegować i chodzić na zwiady...
- hłasko marek, dom mojej matki (rtf)Chodziłem czasem na przedmieście i wałęsałem się godzinami po piaszczystych i krzywych uliczkach, gdzie przycupnęły...
- — Chce pan powiedzieć, że rurę założono, kiedy nie było jeszcze krateru ani tego wąwozu? — spytałem...
- prac¹ rodziny i szko³y, sta³ siê w Polsce tak powszechnie stosowany, ¿e nikomu nie przychodzi do g³owy zastanowiæ siê, o co tutaj w³aciwie chodzi...
- Siej myli pokoju drogami, ktrymi chodzisz, aby stay na stray tych, ktrzy stpa po nich bd w smutku i zwtpieniu...
- O ile nawet najbardziej humanitarne i demokratyczne narody nie mają zbyt wieluzahamowań, gdy chodzi o eksperymenty na zwierzętach, o tyle jednak doświadczenia...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Dalej rybak nas nie powiezie. Boi się, że jakiś amerykański szybki Bili zacznie do nas strzelać. - Will rozebrał się niechętnie i posmarował, jak przed chwilą Domingo, grubą warstwą gęstego oleju. Patrzył ubawiony, jak jego mały towarzysz przywiązuje sobie do pleców tobołek. - Pas ratunkowy - wyjaśnił - jest wypełniony piłeczkami pingpongowymi. To jedyne, co Amerykanie podarowali nam w dużych ilościach.
- Piłeczki pingpongowe!?
Podał Willowi podobny pakunek. - Nie możemy dostać żadnych prawdziwych kamizelek ratunkowych - rzekł, potem dodał coś w rodzaju przeprosin - przykro mi, ale pływam niezbyt dobrze.
Will milczał. Ten człowiek musi być szalony. Odrzucił pakunek na bok. Tylko mu zawadzał. Mała łódź kołysała się teraz niebezpiecznie. Domyślił się, że mają przed sobą silny prąd. Łódź stanęła i rybak machnął dłonią, żeby wyskakiwali. Will spojrzał przed siebie. Znajdowali się prawie o milę od brzegu. Był dobrym pływakiem, przepłynął kiedyś dziesięć mil na jeziorze Squam. Trzymając w jednej dłoni swoje zwinięte ubranie, zanurzył się w wodę. Była zaskakująco zimna. Odwrócił głowę i ujrzał, jak jego towarzysz przełazi niemrawo przez burtę, niemal wywracając łódź.
Domingo płynął powoli, nieefektywnym „pieskiem". Nakryła go wysoka fala i zaczął łapczywie chwytać oddech. Po chwili był już przy nim Will. Godzinę później wpadli w mocny, przeciwny prąd. Domingo znowu miał kłopoty i Will musiał go wlec pięćdziesiąt jardów, na spokojniejszą wodę. Ten kurdupel to wariat, myślał, ale z jajami. Domingo próbował podziękować, łyknął wody i znów potrzebował pomocy. Wreszcie usłyszeli plusk wody o plażę.
- Cicho - powiedział Will. - Powoli, starając się w miarę możliwości nie pluskać, płynęli do chwili, gdy ich stopy dotknęły piasku. Domingo triumfalnie wyciągnął ramię. Byli w pobliżu wejścia do tunelu Malinta. Nie dostrzegli nikogo. Rozwinęli ubrania i włożyli je na siebie. Domingo był tak wyczerpany, że Will musiał mu pomagać, gdy weszli do tunelu i skierowali kroki wprost ku siedzibie rodziny Quezonów. Po kilku minutach stali w oświetlonym korytarzu przed dwiema młodymi kobietami.
- Nini! - zawołał Domingo. - Baby! - Były to dwie córki prezydenta. Żadna nie poznała Dominga od razu.
- Bardzo schudłeś! - zauważyła jedna i otworzyła drzwi do gabinetu ojca.
- Papo! Popatrz, kto przypłynął na Corregidor. Mateo Domingo! Domingo zasalutował, potem - na znak szacunku dla starszego - ucałował Quezona w dłoń.
Przedstawił Willa. Prezydent poprosił, by usiedli. - Aleś schudł, Mateo. A jak tam na Bataanie?
- W porządku, ekscelencjo. - Domingo wrócił do sił. Potem opowiedział o narastającej niechęci między żołnierzami amerykańskimi i filipińskimi.
- Amerykanina trzeba poznać, żeby go zrozumieć - powiedział prezydent spokojnie. - Jest gburowaty i szorstki, ale taki właśnie jest. - Spojrzał na Willa. - Mam nadzieję, że pana nie uraziłem.
- W najmniejszym stopniu, sir.
- Ale, ekscelencjo - zaprotestował Domingo - dlaczego otrzymują lepsze racje niż my? Dlaczego nie dostajemy tego samego? Jemy tylko łososie i sardynki. Jedna puszka na trzydziestu ludzi, dwa razy dziennie.
- Co? - Quezon był zdumiony i oburzony.
- Czyż nie tak, kapitanie? - Domingo spojrzał na Willa.
- Tak, sir - przyznał.
- Jedna puszka łososia na trzydziestu, dwie gantas ryżu i dwie puszki skondensowanego mleka na śniadanie.
Quezon patrzył na zafrasowanego Willa. Ten musiał skinąć potwierdzająco głową. Gdyby MacArthur wiedział, co on tu wyprawia!
- Puneta! - krzyknął rozwścieczony Quezon. - Nie wiedziałem o tym.
I wtedy wszedł do gabinetu MacArthur. Serce Willa zamarło, ale podobnie jak Domingo, szybko odzyskał rezon.
- Generale - powiedział Quezon - to jest Mateo Domingo, syn Rigoberta, jednego z członków mojego rządu.
MacArthur uścisnął dłoń Dominga.
- Sądziłem, że pan jest na Bataanie, McGlynn - powiedział generał, nie wyciągając doń dłoni.
Quezon oddychał z trudem. Domingo pomógł mu dojść do fotela.
- Mateo - cedził Quezon, dysząc ciężko - chcę, żebyś powiedział generałowi to, co przed chwilą powiedziałeś mnie.