- Niech pan mnie wezwie natychmiast, gdyby coś zaszło - prosił Olszowski...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- choćbyś i mnie miał waszmość tak pochlastać, zawszeć winszuję, winszuję! – Et, dalibyście sobie waszmościowie pokój; bo w rzeczy nie macie się...
- Popatrzył na mnie, niemal widziałem trybiki obracające się pod jego czaszką i nagle twarz mu pobielała, oko rozwarło się szeroko, a czoło zrosiły krople potu...
- ciekawe i co mnie osobiście bardzo zaskoczyło — zdałem sobie spra- wę, że czasami pracując mniej i krócej, można było zrobić więcej, niż...
- o mnie ex re mojego stanowiska w sprawie reformy rolnej, e jestem jakzodziej, co chce wyj z cudzej kieszeni zegarek i da go komu innemu...
- - Bo dla mnie, to samotność, taka prawdziwa, transcendentna samotność, to jest na sam koniec orgazmu...
- Nic zatem dziwnego, że w konsultowanym przeze mnie przypadku niczym nie zagrożony, dobrze odżywiony pies na początku nie protestował, kiedy mu zabierano miskę...
- Obrzuciła mnie ponurym spojrzeniem, obracając moje słowa w myślach, pró- bując odkryć zniewagę albo podstęp...
- - Aresztujesz mnie i braci Savage za to, że chcemy wejść to parku i szukać naszejkrewnej? Decydujesz się na awanturę ze spokojnymi obywatelami?Jimmy...
- Zapewniano mnie, iż nie wszystkie laski mają jednakową moc; siła ich jest proporcjonalna dopredyspozycji użytkownika i zależna od celów, do jakich ma być...
- Mdrcy przeklci!Czy nie umiem rozrni marze od pamici?Chyba mnie wmwi, e moje wizienieJest tylko wspomnienie...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Do Basi powiedział:
- Ufam ci, drogie dziecko... Twoje serce wie najlepiej, co ci należy czynić... Bądź, zdrowa!
- Nie tak, najdroższy wujaszku! Powiedz raczej: "niech będzie zdrów".
- O, tak, o, tak! - rzekł Olszowski, gorąco całując jej skłopotaną głowę.
W cichym portowym miasteczku, a starym gnieździe pirackim, Basia osiadła ze swoim biednym “dzieckiem”. Ze współczującym zdumieniem patrzono tam, jak co dnia rano płowa cudzoziemska dziewczyna prowadzi pod rękę dziwnego, milczącego człowieka. Śliczne, prześliczne miasteczko obwiedzione jest murem, tak szerokim i potężnym, że mogą się na nim minąć dwa wozy; mur ten jest przepyszną drogą, co się wije nad morzem o zielonym połysku. Morze jest tu huczne, szturmujące przypływami; brzeg usiany głazami odsłania się podczas odpływu tak, że suchą nogą przejść można daleko. Zielona radość wałęsa się po tej szmaragdowej fali i oznajmia się krzykiem mew. O porannej i wieczornej godzinie fale przybieżają z daleka i śpiewają hymny uroczyste na cześć poety Chateaubrianda, co z grobu swojego na wyniosłej górze słucha śpiewania wód.
Siwy człowiek, którego dusza odbiegła, siadał na zrębie muru, a obok niego dziewczynka z chłopiec twarzą. Dziewczynka kładła rękę na jego ręce i mówiła głosem cichutkim:
- To morze!
Potem, gdy mewa rozdzierającym krzykiem chciała przekrzyczeć szum wody, mówiła:
- To jest ptak!
Siwy człowiek nasłuchiwał w milczeniu. Czasem na nią spojrzał, jakby pytającym spojrzeniem, a ona, ze zmartwiałym od wzruszenia sercem, patrzyła w jego nieruchome oczy, jakby chcąc w nich wyczytać bezradne pytanie. Raz do niej przemówił. Słowa były miękkie i jakby okrągłe, lecz niezrozumiałe. Jak gdyby szczebiotało dziecko. Nie bał się jej i czasem zdawało się, że jej szuka oczami.
Po kilku dniach sam ujął jej rękę i skierował się na schody wiodące na gościniec muru. Słuchał chciwie poszumu morza i twarz skierował ku słońcu.
- To jest słońce! - uczyła Basia niemowlęcą duszę. Tej nocy jednakże przeżyła śmiertelną trwogę. Około jedenastej godziny spuszczony z łańcucha wicher zaczął hulać po morzu i zwalił się w niespodzianym szturmie na ciche miasteczko. Basia posłyszała krzyk w pokoju ojca. Zerwała się z łóżka i wbiegła ze światłem. Biedny człowiek stał, trupio blady, przytulony do ściany i ręką tak osłaniał głowę, jak gdyby ją chronił przed czymś, co na nią spada. Gdy poczuł dotknięcie ręki, przylgnął do niej z głębokim, rozdzierającym jękiem.
- Tatusiu, tatusiu - mówiła Basia. - Nie bój się... jestem przy tobie... To nic... To tylko burza...
Ułożyła go w łóżku, drżącego od tajemniczego lęku. Gładziła jego czoło, operlone wielkimi kroplami potu. Przemawiała do niego cichutko i słodko, jak gdyby uspokajała dziecko, aż wreszcie usnął. Nie śmiała się poruszyć, bo przez sen trzymał kurczowo jej rękę.
Nazajutrz przybył Dimauriac. Spojrzał bacznie na Basie, potem zbliżył się do Bzowskiego i wyciągnął ku niemu dłoń. Tamten spojrzał bezbarwnym wzrokiem i podniósł rękę machinalnie.
Francuz napełnił pokój radosną wrzawą słów, a Bzowski, przechyliwszy głowę, słuchał wodząc za nim nieruchomymi oczami.
- Zdaje mi się, że się rozpoczyna cud! - szepnął Dimauriac. - Wie pani, kto jest na świecie mędrszym od największych uczonych? Miłość! A pani jest cała miłością, mała dobra kobieto!
Basia miała jej w sobie tyle, że ta miłość przelewała się przez brzegi serca. Wzruszenie ogarniało ludzi w tym małym miasteczku, w którym wiedzieli wszyscy wszystko o wszystkich. Prości ludzie - rybacy, surowi i roztropni - kłaniali się z szacunkiem tej dziewczynce, co nieumęczenie, z anielską cierpliwością rozmawia z siwym, wynędzniałym człowiekiem.
Otoczyła ramieniem jego szyję i opowiada mu coś cienkim głosem rozśpiewanego ptaka. Morze jest dzisiaj jak szmaragdowa, soczysta łąka, na której pasie się żarłoczny wiatr. Słońce bucha złotą radością.
Siwy człowiek patrzy na wodę z uporczywym natężeniem. Coś się w nim dzieje, coś się przewala i łamie. Mocuje się z sobą jak Jakub z Aniołem. Zdaje się, że pragnie uchwycić coś, co mu się wymyka i wyślizguje jak trzepocąca się ryba. Nagle zwrócił twarz ku Basi i z niesłychanym natężeniem wpatruje się w nią i wpatruje. Potem ostrożnie, miękko, z wahaniem położył rękę na jej ręce. Wyłamuje jakieś słowo w skale, wygrzebuje je z krwawiącym trudem. Potem je wymawia:
- Basia... to jest Basia...
Niebo promieniste otwarło się nagle t Basia ujrzała przez słoneczne opary dobrą, słoneczną, uśmiechniętą twarz Boga.