- Nie mam pojęcia...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- -, sublimacja 108, 109Sukces, aspekty motywacyjne 428 - 429 Sygnay percepcyjne 473 - 474, 476, 479 - 431Symbole a pojcia 481 - 485 Szczepienia...
- tego, mając na uwadze przestrzeganie dyscypliny (takie pojęcie nie mieściło się w ich umysłach) ani nawet zachowanie porządku...
- Dariusz Zającswoistą filozofią życia i edukacji, odrzuca koncepcję człowieka, w której funkcjonują takie pojęcia jak m...
- CO TO JEST WSPÓŁUZALEŻNIENIEPoczątkowo pojęcie „współuzależnienie" odnosiło się do specyficznego >vzo-ru relacji międzyludzkich: oznaczało...
- Kiedy skończyła się uroczystość, nikt nie miał pojęcia, co robić...
- Nie mam pojęcia, kiedy przyszło mi do głowy poszukać wzrokiem Ambrose’a...
- aspektach pojęcia, wyróŜnionych międzyobserwowalne...
- Pierwsze pojcie i...
- Ustalenie zakresu pojcia zwykych potrzeb rodziny zaley od kryterium, ktre stanowi bdzie podstaw zdefiniowania tego pojcia...
- Przykład ten pokazuje, że logika Arystotelesa dotyczy stosunku między pojęciami, w tym przypadku pojęciami „żywej istoty” i „śmiertelności”...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Rusz się, dobrze? Siedzisz na moim ręczniku - powiedział Stradlater. Rzeczywiście siedziałem na tym jego głupim ręczniku.
- Jane Gallagher! - mówiłem. Nie mogłem się uspokoić. - Rany boskie!
Stradlater smarował sobie włosy brylantyną. Moją brylantyną.
- Jest tancerką - powiedziałem. - Balet i tak dalej. Ćwiczyła po dwie godziny dziennie, nawet w najgorsze upały. Martwiła się, że od tego mogą jej nogi zbrzydnąć, pogrubieć w łydkach. Grywaliśmy z nią całymi dniami w warcaby.
- W co grywaliście całymi dniami?
- W warcaby.
- W warcaby! O Jezu!
- A właśnie. Nie chciała nigdy ruszać swoich dam. Jak zrobiła damkę, to jej nie chciała z miejsca ruszyć. Zostawiała ją w ostatnim rzędzie. Wszystkie damki ustawiała pod sznurek na brzegu warcabnicy. Wcale ich nie używała. Lubiła, jak stały sobie tak wszystkie rzędem. ;
Stradlater milczał. Takie historie mało kogo interesują.
- Jej matka należała do tego samego klubu co my - ciągnąłem. - Czasem nosiłem za graczami kije, żeby sobie trochę zarobić. Parę razy chodziłem też z jej matką.
Stradlater nie bardzo słuchał, co gadałem. Szczotkował swoje wspaniałe loki.
- Powinien bym skoczyć i przynajmniej się z nią przywitać - powiedziałem.
- To czemu nie skaczesz?
- Zaraz polecę.
Stradlater rozczesywał na nowo przedziałek. Potrzebował chyba całej godziny na uczesanie.
- Jej rodzice się rozwiedli. Matka wyszła drugi raz za jakiegoś obrzydliwego pijaka - opowiadałem. - Chudy facet z włochatymi nogami. Pamiętam go. Stale chodził w szortach. Jane mówiła, że on pisze sztuki czy coś w tym rodzaju, ale nie widziałem, żeby się czymś zajmował, tylko trąbił whisky i słuchał wszystkich możliwych detektywek nadawanych w radio. I łaził nago po domu. Przy Jane, przy wszystkich.
- Co ty powiesz! - zdziwił się Stradlater. Coś go wreszcie naprawdę zainteresowało. Ta historia o pijaku, który łaził nagi po domu, nie krępując się obecnością Jane. Stradlater bardzo lubił te rzeczy.
- Miała okropnie smutne dzieciństwo. Nie bujam.
Ale to już Stradlatera nie wzruszyło. Zainteresował się tylko pieprznymi szczegółami.
- Jane Gallagher. Panie Jezu! - Nie mogłem się otrząsnąć z wrażenia. Słowo daję, nie mogłem. - Powinien bym zejść na dół i przywitać się z nią.
- Więc czemu, do diabła, nie idziesz, zamiast oowtarzać to w kółko? - rzekł Stradlater.
Podszedłem do okna, ale nic nie było przez nie widać, tak zaszło mgłą w parnocie łazienki.
- Na razie nie mam melodii - odparłem. Rzeczywiście nie byłem w nastroju. Do takich spotkań trzeba mieć nastrój. - Myślałem, że jest w Shipley. - Przez chwilę kręciłem się po łazience. Nie miałem właściwie nic innego do roboty. - Podobał się jej mecz? - spytałem.
- Chyba tak. Nie wiem.
- Mówiła ci, że grywaliśmy w warcaby? Co ci mówiła?
- Nie wiem. Przecież ledwie się z nią zapoznałem - powiedział Stradlater. Skończył przygładzanie swoich pięknych włosów. Odkładał już brudne przybory toaletowe do neseseru.
- Słuchaj. Pozdrów ją ode mnie. Będziesz pamiętał?
- Dobra - zgodził się Stradlater, wiedziałem jednak prawie na pewno, że tego nie zrobi. Takie typy jak on nigdy nie spełniają tego rodzaju poleceń.
Wrócił do naszego pokoju, ale ja zostałem jeszcze chwilę w łazience myśląc o Jane. Wreszcie poszedłem za nim.
Stradlater właśnie wiązał krawat przed lustrem. Spędzał pół życia przed lustrem. Siadłem w fotelu i przyglądałem mu się czas jakiś.
- Słuchaj - powiedziałem. - Nie mów jej, że mnie wylali z budy. Nie powiesz?
- Dobra.
Stradlater miał jedną wielką zaletę. Nie trzeba mu było każdego szczegółu tłumaczyć jak Ackleyowi. Głównie chyba Całego, że go to mało obchodziło. Tak, na pewno dlatego. Z Ackleyem było inaczej. Ackley lubił wtykać nos w cudze sprawy.
Stradlater wbił się w moją marynarkę.
- Bój się Boga, staraj się nie rozpychać jej tak n wszystkie strony - powiedziałem. - Ledwie dwa razy miałem ją na sobie.
- Dobra. Gdzie, u diabła, podziały się papierosy?
- Na biurku. - Stradlater nigdy nie pamiętał, gdzie co położył. - Pod szalikiem.
Wetknął paczkę papierosów do kieszeni. Do mojej kieszeni. Odwróciłem czapkę daszkiem do przodu dla odmiany. Nagle zacząłem się denerwować. Jestem w ogóle bardzo nerwowy.
- Gdzie się z nią wybierasz? - spytałem. - Już coś zaplanowałeś?
- Nie, jeszcze nie wiem. Do Nowego Jorku, jeśli czasu starczy. Wzięła przepustkę tylko do wpół do dziesiątej.
Nie podobał mi się jego ton, więc powiedziałem:
- Może dlatego, że nie wiedziała, jaki jej się trafi przystojny i czarujący chłopak. Gdyby wiedziała, zwolniłaby się do wpół do dziesiątej, ale rano.
- Pewnie, że tak - odparł Stradlater. Niełatwo dawał się speszyć. Za bardzo był zarozumiały. - Ale mówmy bez żartów. Napisz za mnie to wypracowanie. - Włożył palto, gotów już do wyjścia. - Nie wysilaj się zanadto, byle to miało charakter opisowy. Dobra?
- Zapytaj ją, czy wciąż lubi jeszcze ustawiać damy rzędem na warcabnicy.
- Dobra - rzekł Stradlater, ale wiedziałem, że nie spyta. - No, serwus. - i trzasnął drzwiami.
Siedziałem przez jakieś pół godziny po jego odejściu w fotelu. Siedziałem i nic nie robiłem. Myślałem o Jane i o tym, że Stradlater umówił się z nią na randkę. Nerwy mnie ponosiły, diabli mnie brali. Wspomniałem już, że Stradlater był okropnie łasy na te rzeczy.
Znienacka pojawił się znów Ackley. Swoim zwyczajem wlazł przez kabinę z natryskiem. Po raz pierwszy tym całym głupim życiu ucieszyłem się z jego wizyty. Oderwał moje myśli od tamtych spraw.
Sterczał mniej więcej do obiadu, wyliczając wszystkich chłopaków w "Pencey", których nie cierpiał, i wyciskając ogromnego wągra na brodzie. Żeby chociaż używał przy tej czynności chustki do nosa. Wątpię, czy miał w ogóle chustkę, jeśli chcecie wiedzieć prawdę. W każdym razie nigdy nie widziałem, żeby Ackley posługiwał się chustką do nosa.
5.
W sobotę wieczorem jedliśmy w "Pencey" nieodmiennie to samo co zawsze danie. Miała to być wielka feta: befsztyki. Założę się o tysiąc dolarów, że zgadłem dlaczego zarząd szkoły to robił: w niedzielę przyjeżdżał zwykle tłum rodziców i stary Thurmer wykombinował, że każda matka spyta najdroższego synka, co jadł poprzedniego wieczora na kolację, a synek odpowie: "Befsztyka". Co za lipa! Trzeba by zobaczyć te befsztyki. Małe, twarde jak podeszwa, można by na nich nóż połamać. Do tego zawsze podawano piure z ziemniaków, pełne jakiś gruzłów, a na deser budyń z chleba, którego nikt do ust nie brał, z wyjątkiem pętaków z najniższych klas, bo ci się oczywiście nie znają na niczym, no i typów w rodzaju Ackleya - bo ten by zżarł każde świństwo.