Nie mam pojęcia, kiedy przyszło mi do głowy poszukać wzrokiem Ambrose’a...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- – Kiedy tylko dotrzemy tam, gdzie mają w miarę rozwinięty przemysł – dodał po chwili – będziemy musieli sprawić sobie trochę odtylcowych...
- Kiedy robisz to…82… IDE robi to83Skąd się biorą programy84IDE pomaga Ci kodować86Kiedy zmieniasz coś w IDE, zmieniasz...
- Szli w zupełnej ciszy, w milczeniu pokonywali zalaną martwym światłem drogę, a kiedy po forsownym marszu doszli do Hali Pisanej, zatrzymali się bez...
- Kiedy Canan przejął zarządzanie codziennymi operacjami magazynu, Lovejoy jeszcze bardziej skupił swą uwagą na rekrutacji, sprowadzając ostatecznie jeszcze...
- Ed siedział właśnie przy biurku w rogu swojego salonu sprzedaży żując pierwsze tego dnia cygaro, kiedy zobaczył dwóch mężczyzn w roboczych koszulach i...
- «Dlaczego więc ośmiela się podejść do kapłana za pierwszym razem, kiedy jest całkiem nieczysty, a za drugim razem – zbliżyć się nawet do...
- Skacz, dziecko, skacz! Od kiedy moja córka Zara umiała już bez pomocy stanąć na stole, na którym zmieniano jej pieluszki, bawię się z nią w...
- nizujących poglądach na temat oczyszczenia i poznania prawdy? Istotnie, kiedy czytamy o tym, co według Pseudo- Dionizego znaczy oczyszczenie napotykamy w...
- Nie masz te,nie masz adnego w tym cudu,Kiedy raz na dno,pod oboki drugiLatajc,musi nadweredzi fugi;Wpadszy w najgbsze na ostatek...
- Dokładnie w tym samym momencie pociąg silnie zarzucił i Harry rozpaczliwie jął wymachiwać rękoma, kiedy potworna ziejąca w dole czerń ruszyła mu na spotkanie...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Przez jakiś czas rozglądałem się po sali, w końcu szturchnąłem łokciem Simmona. Spojrzał znad gry w szelągi, w którą bawił się z Wilemem.
– Gdzie jest nasz najlepszy przyjaciel? – zapytałem.
Simmon popatrzył na mnie pustymi oczyma i pojąłem, że zbyt wiele wypił już szklaneczek, żeby wyłapać sarkazm.
– Ambrose – wyjaśniłem. – Gdzie jest Ambrose?
– Zmył się – oznajmił Wilem, a w jego głosie brzmiały wojownicze nutki. – Gdy tylko skończyłeś grac. Nie zaczekał nawet, aż ci wręczą fletnię.
– Wiedział. Wiedział – zaintonował Simmon z radością. – Wiedział, że ją dostaniesz, i za nic nie mógł na to patrzeć.
– Nie wyglądał najlepiej, kiedy wychodził – dodał Wilem z kiepsko ukrywaną złośliwą radością. – Blady i drżący. Jakby się nagle zorientował, że przez cały wieczór ktoś mu sikał do wina.
– Może i tak było – wtrącił Simmon z niespotykaną u niego złością. – Ja z pewnością bym tak zrobił.
– Drżał? – zapytałem.
Wilem skinął głową.
– Trząsł się, jakby go ktoś zdzielił pięścią w brzuch. Linten musiał go podtrzymywać, kiedy wychodzili.
Objawy skojarzyły mi się dość jednoznacznie z dreszczami towarzyszącymi tworzeniu wiązania. I wtedy zrodziło się we mnie podejrzenie. Wyobraziłem sobie, co musiał czuć Ambrose, gdy słuchał mojego mistrzowskiego wykonania jednej z najpiękniejszych pieśni, jakie w życiu słyszał, i gdy zaczynało do niego docierać, że zdobędę fletnię.
Nie zrobiłby oczywiście nic, co mogłoby na niego ściągnąć gniew słuchaczy, ale może znalazł gdzieś luźną nitkę lub odłupał ze stołu długą drzazgę. Każda z nich dałaby mu jedynie najsłabszą z możliwych więzi sympatetyczną z moja lutnią: jeden procent w najlepszym wypadku, może jedna dziesiąta tego.
Wyobraziłem sobie dalej, jak Ambrose czerpie z ciepła swego ciała i koncentruje się, czując chłód powoli ogarniający ręce i nogi. Wyobraziłem sobie, jak drży, jak coraz trudniej mu oddychać, póki wreszcie struna nie pęka...
...A potem wbrew wszystkim jego wysiłkom dokończyłem pieśń. Uśmiechnąłem się na tę myśl. Były to oczywiście czyste spekulacje, niemniej nie miałem żadnych wątpliwości, że struna mojej lutni sama z siebie nie pękła, poza tym bez wątpienia Ambrose spróbuje czegoś podobnego. Spojrzałem znów na Simmona.
– ...jemu i powiem: „Nie mam pretensji za tamto w Hucie, kiedy pomieszałeś moje sole, a potem prawie oślepłem na resztę dnia. Nie. Nie mam, napijmy się!” Ha! – zaśmiał się Simmon, pogrążony w swoich mściwych fantazjach.
Tymczasem pochód gratulacyjny zaczął się cokolwiek przerzedzać: kolega lutnista, utalentowany mistrz organków, którego widziałem na scenie, miejscowy kupiec. Mocno wyperfumowany dżentelmen z napomadowanymi włosami poklepał mnie po plecach i wręczył sakiewkę z pieniędzmi na „nowe struny”. Nie spodobał mi się. Sakiewkę zatrzymałem.
– Dlaczego wszyscy w kółko mówią tylko o tym? – zapytał mnie Wilem.
– O czym?
– Połowa z tych, którzy tu przyszli uściskać twoją rękę, bełkocze na temat tego, jak piękna była pieśń. Druga połowa ledwie wspomina o pieśni, a zamiast tego gadają tylko o twojej grze bez jednej struny. Jakby w ogóle nie słyszeli muzyki.
– Pierwsza połowa nie zna się na muzyce – wyjaśnił Simmon. – Tylko ci, którzy poważnie do niej podchodzą, są w stanie docenić to, czego dokazał dzisiejszego wieczora nasz mały E’lir.
– To, co zrobiłeś, było trudne, tak? – drążył Wilem.
– Nigdy nie widziałem, aby ktoś zagrał choć Wiewiórkę na dachu bez kompletu strun – poinformował go Simmon.
– Cóż – rzekł Wil. – W twoim wykonaniu wyglądało to na łatwe. A skoro najwyraźniej poszedłeś po rozum do głowy i nie chcesz już pić tego yllskiego soczku z owoców, może postawię ci kolejkę znakomitego ciemnego scuttena, napoju królów Cealdu?
Potrafiłem usłyszeć nawet dwuznaczny komplement, ale nie miałem szczególnej ochoty na wino, skoro już powoli zaczynało mi się rozjaśniać w głowie.
Na szczęście przed koniecznością wymyślania jakichś wykrętów uratowała mnie Marea, która też przyszła złożyć mi gratulacje. To była ta śliczna złotowłosa harfistka, która ubiegała się o oznakę talentu i zawiodła. Przez chwilę myślałem nawet, że to ona śpiewała partię Aloine, ale po chwili wsłuchiwania się w brzmienie jej głosu doszedłem do wniosku, że to niemożliwe.
Niemniej była śliczna. Nawet ładniejsza, niż wydawała się na scenie, co nie zawsze się zdarza. Z rozmowy dowiedziałem się, że jest córką jednego z radnych Imre. Jasnoniebieska suknia podkreślała ciemny błękit oczu, okolonych burzą włosów w barwie głębokiego złota.
Mimo iż miałem przed sobą niekłamane kobiece piękno, jakoś nie bardzo potrafiłem się skupić na rozmowie. Myślałem już tylko o tym, żeby odejść od baru i poszukać tej, która zaśpiewała ze mną partię Aloine. Porozmawialiśmy więc krótko i uśmiechnęliśmy się do siebie, na pożegnanie wymieniając uprzejme słowa oraz obietnice kolejnego spotkania. Potem zniknęła w tłumie, a ja pożegnałem wzrokiem jej łagodne krągłości.