Kiedy skończyła się uroczystość, nikt nie miał pojęcia, co robić...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- – Kiedy tylko dotrzemy tam, gdzie mają w miarę rozwinięty przemysł – dodał po chwili – będziemy musieli sprawić sobie trochę odtylcowych...
- Kiedy robisz to…82… IDE robi to83Skąd się biorą programy84IDE pomaga Ci kodować86Kiedy zmieniasz coś w IDE, zmieniasz...
- Szli w zupełnej ciszy, w milczeniu pokonywali zalaną martwym światłem drogę, a kiedy po forsownym marszu doszli do Hali Pisanej, zatrzymali się bez...
- Kiedy Canan przejął zarządzanie codziennymi operacjami magazynu, Lovejoy jeszcze bardziej skupił swą uwagą na rekrutacji, sprowadzając ostatecznie jeszcze...
- Ed siedział właśnie przy biurku w rogu swojego salonu sprzedaży żując pierwsze tego dnia cygaro, kiedy zobaczył dwóch mężczyzn w roboczych koszulach i...
- «Dlaczego więc ośmiela się podejść do kapłana za pierwszym razem, kiedy jest całkiem nieczysty, a za drugim razem – zbliżyć się nawet do...
- Skacz, dziecko, skacz! Od kiedy moja córka Zara umiała już bez pomocy stanąć na stole, na którym zmieniano jej pieluszki, bawię się z nią w...
- nizujących poglądach na temat oczyszczenia i poznania prawdy? Istotnie, kiedy czytamy o tym, co według Pseudo- Dionizego znaczy oczyszczenie napotykamy w...
- Nie masz te,nie masz adnego w tym cudu,Kiedy raz na dno,pod oboki drugiLatajc,musi nadweredzi fugi;Wpadszy w najgbsze na ostatek...
- Dokładnie w tym samym momencie pociąg silnie zarzucił i Harry rozpaczliwie jął wymachiwać rękoma, kiedy potworna ziejąca w dole czerń ruszyła mu na spotkanie...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Wszyscy siedzieliśmy jeszcze przez chwilę i nikt się nie ruszał, dopóki Terrell nie zaczął grać na trąbce. Wtedy zebrani wstali. Płakali i znów mnie ściskali. Nie wiem, jak długo przyjmowałem kondolencje. Byłem im wdzięczny, ale jeszcze bardziej brakowało mi Sheili. Ból był zbyt świeży.
Rozglądałem się za Tanyą, ale zniknęła.
Ktoś oznajmił, że w bufecie czeka poczęstunek. Żałobnicy powoli ruszyli w tym kierunku. Zauważyłem matkę Sheili stojącą w kącie i ściskającą w dłoniach torebkę. Pani Rogers wyglądała tak, jakby opuściły ją wszystkie siły. Przecisnąłem się do niej.
- Pan jest Will? - zapytała.
- Tak.
- Jestem Edna Rogers.
Nie objęliśmy się, nie pocałowali ani nawet nie podaliśmy sobie rąk.
- Gdzie możemy porozmawiać? - zapytała.
Poprowadziłem ją korytarzem w kierunku schodów. Squares zorientował się, że chcemy być sami, i odpowiednio pokierował ruchem. Minęliśmy nowy gabinet lekarski, pokoje psychiatrów, przychodnię odwykową. Wiele naszych podopiecznych to młode lub przyszłe matki. Staramy się je leczyć. Inni mają poważne problemy z psychiką. Im też próbujemy pomóc. Oczywiście całe mnóstwo dzieci ulicy ma poważne kłopoty z powodu narkotyków. Dla nich też robimy wszystko, co możemy.
Znaleźliśmy pusty pokój i weszliśmy do środka. Zamknąłem drzwi. Pani Rogers odwróciła się do mnie plecami.
- To była piękna uroczystość - powiedziała. Skinąłem głową.
- Nie miałam pojęcia... - urwała i potrząsnęła głową ...kim stała się Sheila. Żałuję, że o tym nie wiedziałam. Że nie zadzwoniła i nie opowiedziała mi o swoim nowym życiu. Milczałem.
- Sheila za życia nigdy nie dała mi powodu do dumy. Edna Rogers wyrwała chusteczkę z torebki, jakby walczyła o nią z kimś ukrytym w środku. Pospiesznie i zdecydowanie wytarła nos, a potem schowała ją z powrotem. - Wiem, że to nie brzmi najlepiej. Była pięknym dzieckiem. Dobrze jej szło w podstawówce. Jednak w którymś momencie... - odwróciła głowę i wzruszyła ramionami - ...nie wiem kiedy, zmieniła się. Zgorzkniała. Była wiecznie nieszczęśliwa. Podkradała mi pieniądze z portmonetki. Kilkakrotnie uciekała z domu. Nie miała przyjaciółek. Chłopcy ją nudzili. Nienawidziła szkoły. Nienawidziła Mason. Pewnego dnia rzuciła szkołę i uciekła na dobre. Nigdy nie wróciła.
Spojrzała na mnie, jakby spodziewała się jakiejś reakcji.
- I więcej jej pani nie widziała? - zapytałem.
- Nie.
- Nie rozumiem. Co się stało?
- Pytasz, dlaczego uciekła z domu?
- Tak.
- Myślisz, że może miała jakiś poważny powód, tak? powiedziała nieco głośniej, zaczepnie.
- Na przykład molestował ją ojciec albo ja ją biłam. Niczego takiego nie było. Jej ojciec i ja nie byliśmy doskonali, to prawda. Jednak to nie była nasza wina.
- Nie chciałem sugerować...
- Wiem, co chciałeś zasugerować.
Wydęła usta i spoglądała na mnie wojowniczo. Postanowiłem zmienić temat.
- Czy Sheila dzwoniła do pani? - zapytałem.
- Tak.
- Jak często?
- Ostatni raz trzy lata temu. Zamilkła, czekając na dalsze pytania.
- Skąd dzwoniła?
- Nie chciała wyjaśnić.
- A co mówiła?
Tym razem Edna Rogers odpowiedziała dopiero po chwili. Zaczęła krążyć po pokoju, przyglądając się łóżkom oraz szafkom. Poprawiła poduszkę i wygładziła prześcieradło.
- Mniej więcej raz na sześć miesięcy Sheila dzwoniła do domu. Zazwyczaj była wtedy naćpana albo pijana. W każdym razie bardzo podekscytowana. Płakała bez końca i mówiła mi okropne rzeczy.
- Na przykład?
Potrząsnęła głową.
- Czy prawdą jest to, co powiedział ten mężczyzna z tatuażem na czole? Że spotkaliście się tutaj i zakochali? Czy rzeczywiście?
- Tak.
Wyprostowała się i spojrzała na mnie. Jej usta wygięły się w lekkim uśmiechu.
- A więc - powiedziała i w jej głosie usłyszałem jakąś nową nutę - Sheila sypiała ze swoim szefem.
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i nagle przedzierzgnęła się w zupełnie inną osobę.
- Pracowała tu jako wolontariuszka - powiedziałem.
- Uhm. A w jakim charakterze pracowała dla ciebie, Will? Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach.
- Wciąż chcesz mnie osądzać? - zapytała.
- Myślę, że powinna pani już iść.
- Nie potrafisz spojrzeć prawdzie w oczy, tak? Uważasz mnie za potwora. Myślisz, że bez powodu wyparłam się córki.
- Nie ja powinienem to rozstrzygać.
- Sheila była niedobrym dzieckiem. Kłamała. Kradła...
- Chyba zaczynam rozumieć - wpadłem jej w słowo.
- Co takiego?
- Dlaczego uciekła.
Zmierzyła mnie gniewnym wzrokiem.
- Nie znałeś jej. Wciąż jej nie znasz.
- Czy nie słyszała pani tego, co mówiono na dole?
- Słyszałam. Tylko że ja nigdy nie znałam takiej Sheili. Ta Sheila, którą znałam...
- Z całym szacunkiem, ale naprawdę nie mam ochoty wysłuchiwać, jak bruka pani jej pamięć.
Edna Rogers stanęła jak wryta. Zamknęła oczy i usiadła na brzeżku łóżka. W pokoju zrobiło się bardzo cicho.
- Nie po to tu przyszłam.
- A po co?
- Przede wszystkim chciałam usłyszeć coś dobrego.
- Usłyszała pani. Skinęła głową.
- To prawda.
- Czego jeszcze pani chce?
Edna Rogers wstała. Podeszła do mnie, a ja z trudem powstrzymałem chęć cofnięcia się o krok. Spojrzała mi w oczy.
- Jestem tu z powodu Carly.
- Nie znałem i nie znam żadnej Carly.
Znowu na jej ustach zagościł okrutny, zimny uśmiech.
- Nie okłamywałbyś mnie, prawda, Will? Ponownie przeszedł mnie dreszcz.
- Nie.
- Sheila nigdy nie wspominała o Carly?
- Nie.
- Jesteś tego pewien?
- Tak. Kto to taki?
- Carly jest córką Sheili.
Byłem całkowicie zaskoczony. Edna Rogers zauważyła moją reakcję. Wydawała się nią cieszyć.
- Twoja śliczna wolontariuszka nigdy nie wspomniała, że ma córkę, co? Nie odpowiedziałem.
- Carly ma teraz dwanaście lat. I nie, nie wiem, kto jest jej ojcem. Nie sądzę, żeby Sheila to wiedziała.
- Nie rozumiem.
Sięgnęła do torebki i wyjęła zdjęcie. Była to jedna z tych fotografii, jakie robią w szpitalach na oddziałach położniczych. Niemowlę zawinięte w kocyk, zmrużone niewidzące oczy. Na odwrocie ktoś napisał „Carly”. Pod spodem widniała data urodzenia.
- Sheila po raz ostatni zadzwoniła do mnie w dziewiąte urodziny Carly - oznajmiła Edna Rogers. - Wtedy z nią rozmawiałam. Z Carly.
- A gdzie ona jest teraz?
- Nie wiem. Dlatego tu jestem, Will. Chcę odnaleźć moją wnuczkę.
25
Kiedy dowlokłem się do mojego mieszkania, ujrzałem Katy Miller. Siedziała pod drzwiami, trzymając miedzy nogami plecak. Podniosła się na mój widok.
- Dzwoniłam, ale... Kiwnąłem głową.
- Nie wytrzymam w domu ani dnia dłużej. Pomyślałam, że mogłabym przespać się na twojej kanapie.
- To nie jest dobry moment - powiedziałem.
- Och.