— Jaki wykres? — zdziwił się Igor Pietrowicz...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- ver appetebat, cum Hannibal exhibernis movit; c) cum explicati-vum lub coincidens = gdy, skoro,przez to, e (z tyme trybem i cza-sem, jaki jest w zdaniu...
- jaki zwiedzać będzie Paryż, gdy z jednej strony Sekwany zostaną tylko szczątki z Tuileriów, brama Saint-Denis, Magdalena, pałac Inwalidów etc...
- - Szczęście osiąga w procesie nieustannie realizowanej pełni życia i niezależne jest od celu, jaki pozwoli zrealizować los; a tam gdzie życie pełne, na miarę...
- Maria była ciekawa, jaki związek ma krew, która wyciekała spomiędzy jej nóg, z byciem panną, lecz matka nie umiała jej tego wyjaśnić...
- Gdy przemawiam do hindusow, mowie im: "Wasi kaplani nie beda tym zachwyceni (zauwazcie, jaki jestem dzisrano ostrozny), ale Bog, zgodnie z nauka Jezusa Chrystusa,...
- jaki sposób w małej zbiorowości lokalnej obrotny przedsiębiorca bogaci się, inwestuje, uzależnia od siebie innych, prowadzi wystawny tryb życia, wchodzi do...
- Rozwój dzieci dyslektycznych jest nieharmonijny, dlatego też na tym etapie badania poszukuje się, w jakim zakresie jest on zaburzony i jaki jest stopień tego...
- W tym klarownym obrazie, jaki tworzy beztroski racjonalizm, jest co prawda pewien rys sprzeczność, na którą natrafili Ivan T...
- ZARZĄDZANIE INFORMACJĄZapisz w kilku zdaniach, w jaki sposób zamierzasz prowadzić sprawozdawczość finansową i rejestr pozostałych...
- - Osłabiony? W jaki sposób?- Jego wola może znacząco zmaleć, do poziomu zwykłego starca...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
— Ten, co tu leży...
— Ach ten! To nieistotne. Sniegowoj przychodzi tu w czasie pana nieobecności?
— Nieistotne — powtórzył za nim Malanow. — Wie pan, może to dla pana jest nieistotne — powiedział, spiesznie zbierając z biurka papiery i byle jak wpychając je do szuflad. — Siedzi człowiek, haruje jak głupi, potem przychodzą tacy różni i mówią, że to nieistotne — mamrotał siedząc w kucki i zbierając z podłogi brudnopisy.
Igor Pietrowicz obserwował go z idealną obojętnością, starannie wkręcając papieros w cygarniczkę. Kiedy Malanow, zły i spocony, sapiąc wrócił na swoje miejsce, Igor Pietrowicz zapytał uprzejmie:
— Czy pozwoli pan, że zapalę?
— Pozwolę — powiedział Malanow. — Tu jest popielniczka... I wie pan, proszę szybciej pytać o to, co pana interesuje. Ja mam pilną pracę.
— To zależy tylko od pana — oświadczył Igor Pietrowicz, delikatnie wydmuchując dym kątem ust, żeby smuga ominęła Malanowa. A więc na przykład pytanie następujące: — Jak pan zwykle mówi o Sniegowoju — pułkownik, po nazwisku czy też Arnold Pawłowicz?
— Czasem tak, a czasem inaczej — burknął Malanow. — Co panu za różnica, jak ja go nazywam?
— Pułkownikiem też go pan nazywa?
— Też. No i co z tego?
— To bardzo dziwne — powiedział Igor Pietrowicz, ostrożnie strząsając popiół. — Bo widzi pan, Sniegowoj został mianowany pułkownikiem dopiero przedwczoraj.
To był cios. Malanow milczał, czując, jak jego twarz robi się purpurowa.
— A więc skąd pan wiedział, że Sniegowoj dostał awans na pułkownika?
Malanow machnął ręką.
— Dobrze już — powiedział. — Co tam... To tak, dla szpanu... Nie wiedziałem, że jest pułkownikiem... czy może tam podpułkownikiem. Po prostu byłem u niego wczoraj i zobaczyłem płaszcz z dystynkcjami... patrzę — pułkownik...
— A kiedy był pan wczoraj u niego?
— Wieczorem. Późno... Pożyczyłem od niego książkę... Tę właśnie...
Niepotrzebnie się wygadał o książce. Igor Pietrowicz natychmiast zabrał się do książki i zaczął ją przeglądać, a Malanow spłynął zimnym potem, ponieważ nie miał pojęcia, co to za książka i o czym.
— A w jakim to jest języku? — z roztargnieniem zapytał Igor Pietrowicz.
— E... — wymamrotał, po raz drugi spływając zimnym potem, Malanow — po angielsku, jak należy przypuszczać...
— Chyba raczej nie — powiedział Igor Pietrowicz wpatrzony w tekst. — To przecież cyrylica, a nie łaciński alfabet... O! To przecież rosyjski!
Malanow spocił się po raz trzeci, ale Igor Pietrowicz odłożył książkę na miejsce, rozsiadł się w fotelu, wsadził na nos swoje czarne okulary i wlepił je w Malanowa. A Malanow nie odrywał oczu od Igora Pietrowicza, starając się nie mrugać i nie spoglądać w bok. W głowie kołatało mu, co następuje: ty sukinsynu, ty zawszony kapitanie Konkassor... nie powiem, gdzie są nasi...
— Do kogo ja jestem podobny, pana zdaniem? — nagle zapytał Igor Pietrowicz.
— Do ekspedienta! — palnął bez zastanowienia Malanow.
— Źle — powiedział Igor Pietrowicz. — Niech pan spróbuje jeszcze raz.
— Nie wiem... — wydukał Malanow.
— Źle! Powiedziałbym — bardzo źle! Fatalnie. Dziwne ma pan wyobrażenie o naszych organach ścigania... Coś podobnego — ekspedient!
— No więc do kogo? — zapytał tchórzliwie Malanow.
Igor Pietrowicz dydaktycznie potrząsnął przed sobą okularami.
— Do niewidzialnego człowieka! — oznajmił z naciskiem.
Zamilkł. Zapadła dotykalna, jak z waty, cisza, nawet ciężarówki przestały wyć za oknem. Do Malanowa nie docierał żaden dźwięk i ponownie z udręką zapragnął się obudzić. I w tym momencie w tej ciszy zagrzmiał telefon.
Malanow wzdrygnął się. Igor Pietrowicz, zdaje się, również. Dzwonek zagrzmiał powtórnie. Malanow oparł się o poręcze fotela, nieco uniósł ciało i pytająco spojrzał na Igora Pietrowicza.
— Proszę — powiedział tamten. — To zapewne do pana.
Malanow dotarł do tapczanu i podniósł słuchawkę. To był Weingarten.
— Czołem, astrofagu — burknął. — Dlaczego nie dzwonisz, bydlaku?
— Rozumiesz... nie miałem do tego głowy...
— Z babą się zabawiasz?
— T-tak... nie. Coś ty, jakie tam baby...
— Ech, gdyby tak moja Swietka dostarczała mi swoje przyjaciółki! — powiedział Weingarten z zawiścią.
— T-tak... — wybełkotał Malanow. Cały czas czuł na plecach spojrzenie kapitana Konkassora. — Słuchaj, Walka, później do ciebie zadzwonię...
— A co tam u ciebie? — natychmiast zaniepokoił się Weingarten.
— Nic takiego... potem ci opowiem.
— Ta baba?
— Nie.
— Mężczyzna?
— Aha...
Weingarten ciężko sapał w słuchawkę.
— Słuchaj — powiedział, zniżając głos. — Zaraz do ciebie przyjadę. Chcesz?
— Nie! Tylko ciebie mi tu brakowało... Weingarten znowu zasapał.
— Słuchaj! — powiedział. — Czy on jest rudy?
Malanow mimo woli spojrzał na Igora Pietrowicza. Ku jego zdumieniu Igor Pietrowicz w ogóle na niego nie patrzył, tylko poruszając wargami czytał książkę Sniegowoja.
— Ależ skąd, co za pomysł? Dobra, później do ciebie zadzwonię...
— Zadzwoń koniecznie! — wrzasnął Weingarten. — Jak tylko on sobie pójdzie, zaraz zadzwoń!
— Dobra — powiedział Malanow i odłożył słuchawkę. Następnie wrócił na swoje miejsce mruknąwszy „pardon...”.
— Nie szkodzi, nie szkodzi — powiedział Igor Pietrowicz i odłożył książkę. — Ma pan rozległe zainteresowania, Dymitrze Aleksiejewiczu...
— T-tak... nie narzekam... — wydusił z siebie Malanow. Do diabła, żeby tak choć przez sekundę zobaczyć, co to za książka. — Drogi panie — powiedział prosząco — może byśmy tak zakończyli, jeśli można? Już druga godzina.