- Czy jej matka wie, co się stało?Ertekin potrząsnął głowę...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- resów, na które na le ¿y prze kie ro waæ wia do moœæ, plik fil tru mo¿e za wie raæ te sty za - war to œci przy chodz¹cej wia do mo œci, tak by na przyk³ad wia do...
- — Re Alide to kupa gruzów — rzekł krótko; zdało mi się, iż temat nie był dlań przyjemny — ale o tym na pewno pan wie...
- Komnata znajdowała się na samym szczycie najwyższej wieży fortecy Przeoczenie na południe od Pułapki Cienia, miasta położonego na południowym krańcu...
- Kto wie, jak działa na proste katolickie umysły eksponowana w mediach świetność beatyfikacji i kanonizacji, jak bardzo wyraża się w kanonizacjach określona...
- — Trzy czwarte personelu medycznego i techników wie coś, co mogłoby się przydać wrogowi — przerwał mu ostro O’Mara...
- entgegengetreten wird, und gar mit Erfolg, dann muß, wie gesagt, wenigstens dieser angezweifelt und herunter {451 Energielosigkeit des Bürgertums}...
- Nie mogłem pojąć, jak to się stało, gdy nagle z przeciwnej strony wypadł na mnie mój ordynans i zasypawszy mnie gradem płynących z serca powinszowań wyłożył mi...
- Maria była ciekawa, jaki związek ma krew, która wyciekała spomiędzy jej nóg, z byciem panną, lecz matka nie umiała jej tego wyjaśnić...
- na tym poprzestaje i ani za sobą, ani za nikim, jak wiesz, się nie wstawia i rad by księcia wię- cej do oszczędności niż do wspaniałości nakłonić...
- W tym miejscu naley przynajmniej par sw powiedzie o sowie "zainteresowania", ktre obecnie w potocznym uyciu stao si terminem wytartym i martwym...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Już się z nią nie kontaktujemy, ani Sevgi, ani ja. Hatun dzwoniła do nas tylko żeby nas gromić albo próbować namówić Sevgi na powrót do Turcji. Sevgi przestała odbierać jej telefony, gdy miała piętnaście lat. Nawet teraz poprosiła mnie, żebym nie mówił matce. I tak chyba jest lepiej. Hatun by nie przyjechała, a gdyby to zrobiła, to po to, żeby urządzić scenę, lamentując i domagając się sądu nad nami.
Słowo „sąd” uderzyło w Carla jak poruszona struna.
- Nie jest pan wierzący, prawda? - zapytał go Ertekin.
To prawie było warte uśmiechu.
- Jestem trzynastką.
- A tym samym genetycznie niezdolnym do wiary. - Ertekin kiwnął głową. - Powszechna wiedza. Wierzy pan w to?
- A jest jakieś inne wyjaśnienie?
- Kiedy byłem młodszy, nie byliśmy tak zapatrzeni w czynniki genetyczne. Mój dziadek był komunistą. - Cierpka mina. - Wie pan, co to?
- Tak, czytałem o nich.
- Wierzył, że człowiek może zostać, kim tylko zechce. Że ludzie mogą zostać, kim tylko zechcą. Że wszystko zależy od środowiska. Nie jest to już modne podejście.
- Bo łatwo dowieść, że to nieprawda.
- A jednak byliście - wszystkie odmiany wariantu trzynastego - gruntownie warunkowani środowiskowo. Nie zaufali waszym genom, żeby dostać żołnierzy, których potrzebowali. Od kołyski był pan wychowywany w brutalności, jakby była częścią życia.
Carl pomyślał o Sevgi, igłach, rurkach i słabnącej nadziei.
- Brutalność jest cholerną częścią życia. Nie zauważył pan?
Ertekin poruszył się na ławce, obrócił się w jego stronę. Carl wyczuł, że mężczyzna jest bliski sięgnięcia, ujęcia dłonią jego ręki.
Szukał czegoś.
- Naprawdę wierzy pan, że stałby się tym, że takie było pańskie genetyczne przeznaczenie niezależnie od tego, jak wychowywano by pana jako dziecko?
Carl niecierpliwie machnął ręką.
- Nie jest ważne to, w co wierzę. Stałem się tym, a sposób dotarcia do tego punktu jest kwestią akademicką. Niech sobie naukowcy dyskutują na ten temat, piszą artykuły i je publikują, niech żyją z mieszania. Tak naprawdę nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.
- Owszem, ale może mieć dla innych podobnych panu, w przyszłości.
Teraz przekonał się, że potrafi się uśmiechnąć - twardym uśmiechem prawdziwego rozbawienia.
- W przyszłości nie będzie takich jak ja. Nie na tej planecie. Jeszcze pokolenie i znikniemy.
- To dlatego pan nie wierzy? Czuje się pan opuszczony?
Uśmiech przeszedł w coś w rodzaju śmiechu.
- Chyba mógłby pan sprawdzić, doktorze Ertekin, że techniczny termin na coś takiego to „przeniesienie”. To pan czuje się opuszczony. Ja nigdy nie spodziewałem się niczego więcej niż bycia samotnym, więc nie martwi mnie, gdy okazuje się to prawdą.
W jego głowie obudziła się Marisol, nazywając go kłamcą. Obok przemknęła Elena Aguirre, szepcząc. Stłumił dreszcz, zagłuszył go słowami.
- I gubi pan dość istotny punkt dotyczący mojego braku przekonań religijnych. Aby być wyznawcą, trzeba nie tylko wierzyć, trzeba także chcieć czegoś dużego i patriarchalnego, co zaopiekowałoby się pańskimi sprawami. Musi pan być skłonny do oddawania czci. A trzynastki nie oddają czci, nikomu ani niczemu. Nawet gdyby zdołał pan przekonać wariant trzynasty wbrew wszelkim dowodom, że istnieje Bóg, dostrzegłby w nim tylko zagrożenie, które należy wyeliminować. Gdyby dało się dowieść realności Boga? - Spojrzał w oczy Ertekina. - Faceci tacy jak ja zaczęliby po prostu szukać sposobu na znalezienie go i zniszczenie.
Ertekin drgnął i odwrócił wzrok.
- Dobrze pana wybrała - wyszeptał.
- Sevgi?
- Tak. - Wciąż patrząc w inną stronę, sięgnął do kieszeni marynarki. - Będzie pan potrzebował tego.
Podał Carlowi małe opakowanie, szczelnie zamknięte śliską, antyseptyczną bielą z pomarańczowymi napisami ostrzegawczymi. Tekst w nieznanym mu języku kojarzącym się z niemieckim. Carl zważył je na dłoni.
- Proszę, niech pan to schowa. - Ogród zaczął się zapełniać studentami i pracownikami szpitala wychodzącymi na przerwę obiadową.
- To bezbolesne?
- Tak. Z duńskiej firmy, która specjalizuje się w takich rzeczach. Potrwa to około dwóch minut od podania.
Carl schował opakowanie.
- Skoro pan to przywiózł - odezwał się cicho - do czego jestem panu potrzebny?