- Cofnąć się - rozkazał...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Ogniem i mieczem - Tom I Rozdzial VI- Moœci ksi¹¿ê - odpar³ Bychowiec - ³aska to wysoka waszej ksi¹¿êcej moœci, ¿e mog¹c rozkazaæ, na moj¹ wolê to zdajesz, której ³aski nie...
- Trzy dni wczeÅ›niej Besenval wydaÅ‚ zresztÄ… polecenie, aby carych budowa rozpoczęła siÄ™ z rozkazu przeÅ‚ożonego kupców Å‚y proch — 215 baryÅ‚ek —...
- 16 − Stójcie, panoczku, stójcie! Zatrzymajcie się, jeżeli Boga kochacie! Jagmin konia po- wstrzymał, nam to samo uczynić rozkazał i z siodła...
- - Podej dali - rozkazał i gówno szło kołem, z ręki do ręki, aż się po drodze w całości roztrwoniło...
- Przenocowaliśmy spokojnie, choć oczywiście nie omieszkałem rozkazać chłopcom, by na zmianę trzymali straż...
- Program komputerowy jest sekwencją rozkazów, które muszą być wykonane w określonym porządku, zaś wynik działania rozkazu często zależy od wyniku...
- od okoliczności i pomimo zewnętrznych nacisków, najbardziej szczegółowe i najdosko-nalsze metody wyborcze...
- Tak wiÄ™c nie można też ustalić, czy pewne rodzaje literackie uksztaÅ‚towaÅ‚y siÄ™ raczej pod naciskiem zjawisk realnych, czy raczej — norm kulturowych jako...
- Tuż obok błysnęło i na plaży niespodziewanie pojawił się mężczyzna ubrany w prostą, czarną bluzę i spodnie...
- Ćwiczenie 37 świerszcz, świetlny, tatarszczyzna, tatrzański, tchnąć, tchnę, temblak, tembr, tęsknota, tęsknić, tkliwy, tkliwość, tknąć, tknij, transcedentalny,...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Obrzucił szybkim spojrzeniem Fumero, który usiłował się dźwignąć, po czym przyjrzał się nam, najpierw mnie, a potem Caraxowi. Wyczułem w tym spojrzeniu przerażenie i wątpliwości.
- Powiedziałem cofnąć się.
Carax zatrzymał się i cofnął. Palacios patrzył na nas zimno, zastanawiając się, jak rozwiązać sytuację. Jego oczy spoczęły na mnie.
- Ty, wynoś się. To ciebie nie dotyczy. Jazda. Zawahałem się przez chwilę. Carax skinął głową.
- StÄ…d nikt nie wyjdzie - warknÄ…Å‚ Fumero. - Palacios, daj mi rewolwer.
Palacios milczał.
- Palacios - powtórzył Fumero, wyciągając zakrwawioną dłoń.
- Nie - mruknął Palacios przez zaciśnięte zęby.
W obłąkanym wzroku Fumero pojawiły się pasja i wzgarda. Inspektor chwycił broń Palaciosa i odepchnął go gwałtownie.
Wymieniłem spojrzenia z Palaciosem i już wiedziałem, co się stanie. Fumero powoli uniósł broń. Ręka mu drżała, rewolwer błyszczał, zalany krwią. Carax cofał się krok po kroku, szukając cienia, ale nie miał drogi odwrotu. Lufa rewolweru przesuwała się za nim. Poczułem, jakby wszystkie mięśnie przypalił mi ogień wściekłości. Śmiertelny grymas na twarzy Fumero, oblizującego wargi z szaleństwa i furii, spiął mnie jak uderzeniem z bicza. Palacios patrzył na mnie z wyrazem odmowy. Zignorowałem go. Carax już się poddał - stał nieruchomo na środku sali, czekając na kulę.
Fumero mnie nie widział. Dla niego istniał tylko Carax i zakrwawiona dłoń stopiona w jedno z rewolwerem. Dopadłem go jednym skokiem. Moje stopy oderwały się od ziemi, aby już nigdy więcej jej nie dotknąć. Świat zastygł w powietrzu. Odgłos strzału dobiegł mnie z daleka, jak echo oddalającej się burzy. Nie było bólu. Uderzenie przeszyło moje żebra. Pierwszy wybuch był tępy, jakby żelazny łom uderzył mnie z niewypowiedzianą furią i odrzucił w pustkę na kilka metrów, powalając na ziemię. Nie poczułem upadku, choć miałem wrażenie, że ściany zbiegają się ku sobie, a sufit opada błyskawicznie, jak gdyby miał zamiar mnie zgnieść.
Czyjaś ręka trzymała mnie pod głową i zobaczyłem pochylającą się nade mną twarz Juliana Caraxa. W moim widzeniu Carax wyglądał dokładnie tak, jak go sobie wyobrażałem, jakby płomienie nigdy nie pozbawiły go oblicza. Zobaczyłem niezrozumiałą dla mnie zgrozę w jego wzroku. Widziałem, jak kładzie dłoń na mojej piersi, i zastanowiłem się, co to za parująca ciecz wypływa spomiędzy jego palców. Wówczas poczułem okropny ogień, jak oddech żagwi pożerający moje wnętrzności. Z moich ust chciał się wydobyć krzyk, ale rozpłynął się, zdławiony ciepłą krwią. Rozpoznałem obok siebie twarz Palaciosa, złamaną żalem. Podniosłem wzrok i wtedy ją zobaczyłem. Bea szła powoli od drzwi biblioteki; na jej twarzy malowało się przerażenie, drżące dłonie przyłożyła do ust. Kręciła głową przecząco, w milczeniu. Chciałem ją ostrzec, ale gryzące zimno rozchodziło się po moich ramionach i nogach, cięciami noża otwierając sobie drogę do mojego ciała.
Fumero czekał ukryty za drzwiami. Bea nie zauważyła jego obecności. W chwili, kiedy Carax poderwał się jednym skokiem, a Bea gwałtownie się obróciła, rewolwer inspektora sięgał jego czoła. Palacios rzucił się, żeby powstrzymać Fumero. Spóźnił się. Carax już się nad nim pochylał. Usłyszałem jego daleki krzyk, wzywający imienia Bei. Sala rozjarzyła się blaskiem wystrzału. Kula przeszyła prawą rękę Caraxa. Chwilę później mężczyzna bez twarzy zwalił się na Fumero. Pochyliwszy się, zobaczyłem, jak Bea, cała i zdrowa, biegnie w moją stronę. Poszukałem Caraxa gasnącym wzrokiem, ale go nie znalazłem. Na jego miejscu pojawiła się inna postać. Był to Lam Coubert, dokładnie taki, jaki wzbudzał we mnie strach, gdy czytałem pewną książkę wiele lat temu. Tym razem szpony Couberta zanurzyły się w oczach Fumero i szarpnęły, jakby o coś zahaczyły. Zdążyłem zobaczyć nogi inspektora wleczone przez drzwi biblioteki, jego ciało skręcające się w konwulsjach, podczas gdy Coubert ciągnął je bezlitośnie w kierunku wyjścia, kolana, uderzające o marmurowe stopnie, i śnieg sypiący mu w twarz; zdążyłem zobaczyć, jak człowiek bez twarzy chwyta Fumero za kark i podnosząc do góry jak kukiełkę, rzuca do zamarzniętej sadzawki, jak dłoń anioła przeszywa pierś inspektora na wylot, a przeklęta dusza rozpierzcha się w postaci pary i czarnego tchu, lodowatymi łzami opadającego na lustro wody, podczas gdy powieki Fumero drżą, by wreszcie zamrzeć, a oczy powlekają się siateczką szronu.
Wówczas zapadłem się, niezdolny patrzeć ani sekundę dłużej. Ciemność barwiła się białym światłem, a twarz Bei oddalała się w tunelu mgły. Zamknąłem oczy i poczułem ręce Bei na swojej twarzy i oddech jej głosu błagającego Boga, żeby mnie nie zabierał, szepczącego, że mnie kocha i że nie pozwoli mi odejść, nie pozwoli mi odejść. Pamiętam tylko, że oderwałem się od tego przywidzenia z zimna i światła, że napełnił mnie dziwny spokój, zabierając ból i ogień spopielający moje wnętrzności. Zobaczyłem siebie samego, spacerującego po ulicach tamtej zaczarowanej Barcelony, za rękę z Beą - starsi państwo. Zobaczyłem swego ojca i Nurię Monfort, składających białe róże na moim grobie. Zobaczyłem Fermina, szlochającego w ramionach Bernardy, i mego starego przyjaciela Tomasa, zamilkłego na zawsze. Zobaczyłem ich tak, jak się widzi nieznajomych, z pociągu, który odjeżdża zbyt szybko. I wtedy, nie wiedząc nawet, jak to się dzieje, przypomniałem sobie twarz matki, której obraz zatraciłem przed tylu laty, jakby spomiędzy kartek książki wysunął się zagubiony wycinek. Jej światło było wszystkim, co towarzyszyło mi podczas odejścia.
Post mortem
27 listopada 1955 roku