śnie czekał na tę chwilę...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Przez chwilę wahała się - to, co chciała zrobić, nie było zakazane przez zwyczaj, ale mógł dokonać tego tylko ktoś bardzo poruszony, w sytuacji, która go...
- Po drugie: gdyby nawet państwa zachodniej Europy naprawdę robiły to samo, co kolejne rządy Polski (a nie robią, o czym za chwilę), to są to państwa bogate i jeśli...
- dobiegł do jej wytężonego słuchu — cichy jak brzęczenie komara daleki dzwonek, za chwilę ponowny • dzwonek, już bliżej, potem stukot...
- A za chwilę Paris miała poprowadzić Park Lane przez parcours - pod okiem Jane Lennox, która zamierzała opuścić tonący statek Jade’a...
- niałe deski), nie dziwiło jej, kiedy chwilę później kazano im przywrócić barakowi „daw- ny blask” (co polegało na zeskrobaniu gulaszu)...
- Jeszcze większą, niż dla fanatyków religijnych, bonanzą stała się Maszyna dla ludzi związanych z przeżywającym ostatnio ciężkie chwile przemysłem...
- Wspiąwszy się na kopiec kamieni zaścielający brzeg strumienia, Pawldo zatrzymał się, by chwilę odetchnąć...
- tabakę, nie zdejmujący prawie na chwilę swej wysokiej kuchmistrzowskiej czapki z białego perkalu...
- — Prośba o pomoc, która czekała tysiąc lat, może poczekać jeszcze kilka godzin — albo dni — prychnęła Jonja...
- Gnom zastanowił się nad tym przez chwilę, po czym wzruszył po prostu ramionami...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Nagle w lawinowym potopie płomiennego gradu tonów Hindus rzucił skrzypce na pulpit,
porwał z niego ogromny biały pęk i podsunął się do Haliny. Jego postać harmonijnie prze-
gięta i wulkan w oczach, przyćmionych mgłą namiętności, był skrystalizowaniem brzmiącej
jeszcze pieśni i ostatniej, szaleńczej egzaltacji. Pełnym wdzięku i powagi ruchem złożył na
kolanach Strzemskiej cudowną, świeżo rozkwitłą, pełną czarującej woni i blasku, olbrzymią
więź indyjskich dżongdży.
Okrzyk jej zdumienia zdusił cichy a wstrząsający głos z pochylonych nad nią szkarłatnych
ust jego:
– Spełniłem w części wyjawione marzenia... pani...
*
Ocean zaczynał się powoli wyzwalać z oków nocnego mroku.
Gdy Halina Strzemska wyszła ze swej kabiny na pokład, statek spał jeszcze, oprócz czu-
wających marynarzy. Widok Strzemskiej o tak rannej godzinie nie zdziwił ich. Znali jej uko-
chanie morza. Często w nocy przebywała na pokładzie długie godziny, patrząc na fosforyza-
cję oceanu, lub gdy świecił zodiak. I teraz znalazła się zupełnie sama. Trzymała w ręku pęk
białych dżongdży, już nieco więdnący, ale o tym silnym zapachu, mającym w sobie jakiś dur
wschodni, przesycony rozkoszą zmysłową, wytworną. Śnieżne płatki niebywałej delikatności
91
drżały lekko w atmosferze świtu. Z szarawych wnętrz kielichów wytryskał pręcik niby stru-
mień krwi gorącej. Tak pomarańczowo-czerwone pręciki z purpurą serduszek na końcu, ze
szkarłatem cieniutkich wąsów, równoległych z pręcikami, drżały życiem i zdawały się kipieć
z dna kielichów. Nieuchwytny, szczególny czar był w tych kwiatach i w ich woni; miały wy-
gląd żywych istot zaklętych w te przepyszne kielichy, jedyne w swoim rodzaju i trudne do
zdobycia, jak szarotki na szczytach gór. Strzemska pielęgnowała je prawie z nabożeństwem.
Nie dlatego, że sprowadzone tu były z kontynentu na pełnię oceanu dla niej, że przeleciały
powietrzem, jak ptaki-wizje, na skinienie Mahawastu Dżhanu, choć nie były istotnym jej ma-
rzeniem; ale pielęgnowała te kwiaty dlatego, że teraz postanowiła złożyć je w ofierze oce-
anowi przy wschodzie słońca jako wyraz swego pożegnania.
Dziś, za chwilę, dokona tego czynu. Całą noc nie spała, szepcząc do purpurowych wnętrz
dżongdży wszystko to, co było jej treścią, jej duchem, jej istotą, myślą, uczuciem. Mówiła im,
co żegna i dlaczego, i co z sobą zabierze, odjeżdżając na zawsze. Dżongdże słuchały jej słów
gorących i płonęły żarem zachwytu, słuchały jej wyznań i bladły z żalu i bólu, że wszystko,
co jest najpiękniejsze, pożegnać trzeba, że przeznaczenie właściwe człowieka zawsze jest
szare, a jeśli błysną złotopłomienne łuny, to po to tylko, by tym jaskrawiej oświetlić szarzy-
znę i... zgasnąć.
Dżongdże zbyt dobrze rozumiały szept Haliny, zbyt silnie przejęły w siebie jej uczucia i
dlatego odurzająca ich woń wzmogła się i płatki osłabły. Drżały żywe w ręku Haliny, mówiły,
zda się, do niej: „Nie zapominaj”, a ona odpowiadała im z przejmującym smutkiem: „Czyż
zdołam?...”
Usta jej wrażliwe dygotały tajoną męką przed chwilą pożegnania. Nocne cienie na oceanie,
jak nieobjęta chmura szarańczy, zaczynały odlatywać, niby szarańcze zrywające się groma-
dami. Nikły w przestworzach coraz nowe połacie chmur, odrywały się z fali i znowu nikły.
Jakby szyba z gładkiego o zielonym, zimnym odcieniu szkła, tak się ocean wynurzał z chmu-
ry cieniów i jaśniał, i lśnił coraz żywiej, coraz bogaciej.
Strzemska w szerokim, białym, sukiennym płaszczu obserwowała te odloty cieniów z ser-
cem bijącym i z szeptem niepokoju w głębi duszy:
– Zbliża się ostatnia chwila...
Dżongdże silniej drgnęły, a ocean połyskiwał stalą, rozlewał się płynną, srebrno-perłową
roztoczą. Niebo jaśniało, chmury nocnych szarańczy znikły, resztki ich uciekały z załomów
fal, spłoszone rosnącym blaskiem.
Aż w pewnej chwili z głębin oceanu, jakby z dna, zalśniło coś subtelnym różem. Brzo-
skwiniowy lekki refleks wsączał się w srebro fal i nasycał je miękko delikatną barwą. Morze
stawało się teraz perłą urańską, prześwietlone zorzą, zapaloną we wnętrzu jego. Coś się działo
w odmętach, bo oto zaczęły na tym różu przejasnym drgać kropelki krwi, złote kulki wiro-
wały już gęsto, tryskały pojedyncze odpryski złota, skupiając się w kaskady coraz obfitsze,
coraz świetniejsze.
Obłoki zapłonęły nagle blaskiem i łuną krwawą jakby na znak szczególny. I w tej chwili z
imperatorskim despotyzmem gwałtownie wybuchnęło znad horyzontu oceanu wielkie, roz-
palone stosem ognia słońce.
Strzemska wydała głuchy okrzyk, lecz nagle... umilkła. Tam pod tarczą królewskiego
wschodu zamajaczyła jakaś ciemna linia niby wstęga lasu. Linia ta rozszerza się w górę, ol-