Wsiadła do karetki, okrywając się futrem...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- 1 Odzyskać to, co zostało stracone...
- ‼Nie podniecaj się niezdrowo...
- Å‚ami
- - Stregobor moze i sprawia wrazenie pomylonego, ale nie do tego stopnia...
- - Dużym błędem jest - zauważył spokojnie dziadek Borejko, wpatrując się z zachwytem w dwa krzepkie ciałka wnuków, tarzających się po podłodze jak małe...
- — To niemożliwe, panie — przestraszyÅ‚ siÄ™ Rizzett...
- Z drugiej strony, przynajmniej jeden bystry obserwator, John Kenneth Galbraith, wyraził pogląd, że być może Nixon zwyciężył pomimo stosowania tych środków...
- USD,20020617,4
- Marek Aureliusz cytaty Marek Aureliusz...
- woźniak, geodezja inżynierska, przestrzenne wciecie w przód Politechnika Wrocławska Rok akademicki Wydział Geoinżynierii 2011/2012...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Ja dźwigam na plecach ciężki kufer, tak zresztą niezgrabnie, że potrącam jakiegoś karabiniera, który — dobrodusznie — pomaga mi umieścić ciężar w pojeździe.
— Kufer zapewne jest bardzo ciężki, bo mam tam wszystkie moje futra — zauważyła Wanda.
Usadowiłem się na koźle obok woźnicy, ocierając kroplisty pot z czoła. Moja pani wymieniła nazwę hotelu. W parę minut później zatrzymaliśmy się przed wspaniałym domem.
— Są wolne pokoje? — zapytała portiera.
— Si, madame.
— Dwa dla mnie, jeden dla mego służącego — wszystkie z piecami.
— Mamy właśnie tylko dwa z kominkami. Dla służącego może być nieogrzany — zauważył garson, wybiegając skwapliwie do karetki.
— Proszę mi pokazać te pokoje. Obejrzała je przelotnie i zgodziła się.
— Dobrze. Proszę mi tylko rozniecić ogień. Służący może spać w pokoju bez ogrzewania.
Spojrzałem na nią z niemym wyrzutem.
— Niech Grzegorz przyniesie mój kufer — rozkazuje mi, nie zważając na moje błagalne spojrzenia — muszę się przebrać i zejść do sali jadalnej. Ty także potem dostaniesz coś na wieczerzę.
Zaczęła się przebierać w drugim pokoju. Ja tymczasem taskałem na plecach kufer, w czym pomógł mi usłużny garson, zasypując mnie mocno łamaną francuszczyzną pytaniami na temat mojej pani. Obaj roznieciliśmy następnie ogień na kominku. Rozejrzałem się po pokoju. W kącie stało wysoko zasłane poduszkami łóżko, na podłodze leżały dywany. Ogień parskał na kominku. Jakże tu miło, jak błogo...
Zszedłem na dół i zażądałem czegoś do zjedzenia. Życzliwie usposobiony kelner, były żołnierz austriacki, rozpoczyna ze mną rozmowę i obsługuje mnie po przyjacielsku. Wreszcie, po trzydziestu sześciu godzinach, doczekałem się ciepłej strawy... Ledwie wziąłem do ręki nóż i widelec, ona weszła do sali. Wstałem od stołu.
— Jak pan może prowadzić mnie do tej samej sali, gdzie siedzi mój służący — zwraca się gniewnie do garsona i opuszcza jadalnię.
Podziękowałem w duchu Bogu, że się tak stało i że mogłem spokojnie się posilić. Następnie udałem się do przeznaczonego dla mnie pokoju. Była to mała, brudna klitka, w której paliła się lampka olejna i gdzie w jednym kącie stało proste łóżko, a obok mój kufereczek. Ani okna, ani pieca, ani nawet lufcika. Do tego wściekle zimno! Zapewne cele więzienne w Wenecji nie były gorsze, pomyślałem i wybuchnąłem tak głośnym śmiechem, że aż się sam siebie przeląkłem.
Nagle otworzyły się drzwi i ukazał się garson, rozkazując mi po włosku, z teatralnym gestem:
— Idźcie do swojej pani, natychmiast. Chwyciłem czapkę i udałem się po schodach na pierwsze piętro. Stanąłem przed jej drzwiami i zapukałem.
— Wejść!
* * *
Wchodzę ostrożnie i zatrzymuję się przy drzwiach. Wanda rozgościła się zupełnie swobodnie. Jest tylko w negliżu ozdobionym bogato koronkami. Usadowiła się w pobliżu kominka na puszystym dywanie, otulając się w to samo futro, w którym ukazała mi się po raz pierwszy jako bogini.
Pokój oświetlony wspaniale. Światło lamp odbija się w olbrzymich lustrach weneckich; od kominka bije czerwona poświata, jak łuna. Oświetla bujne włosy mojej pani, gronostaje i jej twarz posągową, która przyjaźnie ku mnie się zwraca.
— Jestem z ciebie zadowolona, Grzegorzu — zaczęła. Ukłoniłem się.
— Przyjdź bliżej. Usłuchałem rozkazu.
— Jeszcze bliżej — spojrzała na mnie czule i wyciągnęła ramię spod futra. — "Wenus w gronostajach" wita swego niewolnika... Widzę, że jest pan kimś więcej, niż pospolitym fantastą i że zdolny pan jest sprostać swoim postanowieniom. Okazał się pan takim, jakim go sobie nawet trudno było wyobrazić — to mi się bardzo podoba, to mi imponuje. Jest w tym moc, a moc zawsze budzi podziw. Sądzę nawet, że w czasach ku temu odpowiednich mógłby pan odegrać niepospolitą rolę. Na przykład za pierwszych cesarzy rzymskich byłby pan niezawodnie męczennikiem, podczas reformacji anababtystą, w czasie rewolucji francuskiej — jednym z najzagorzalszych żyrondystów, którzy z Marsylianką na ustach szli na gilotynę. Niestety, pan jest obecnie moim niewolnikiem, moim...
Zerwała się nagle, tak że płaszcz opadł jej z ramion, i oplotła mnie ramionami jak polip.