wózku znalazłem ciepłą czapkę i szal...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- znalazł i któż zaręczy, czy ją znajdzie? – Prawda jest! Ale gdy Bóg go przez nasze ręce od Bohuna uwolnił i przez tyle niebezpieczeństw, przez...
- Serce Dawida znalazło się w rozdwojeniu, pod działaniem dwóch sił, mimo iż były one nierówne, ubóstwiał bowiem żonę, tkliwość zaś dla Lucjana ostygła...
- Kiedy St’ven zobaczył, że F’lessanowi drżą ręce, sam pozapinał mu kurtkę na guziki, znalazł jego hełm i założył mu na głowę...
- Wraz z przerzuconymi przez mur jeźdźcami lord znalazł się na wprost formującego się klina ur-podłych...
- - Znalazłem je - powiedział, podnosząc się z ławy z czapką w ręku; dopiero po chwili zauważył, że nie są same...
- Pomieszczenie, gdzie Bazyli znalazł ukrycie w parę chwil później, znajdowało się w magazynie...
- Następnego dnia po pracy wyszedłem z podręcznikiem i znalazłem się pod ich domem...
- W kopercie znalazła trzy kartki maszynopisu spięte spinaczem...
- Pastwo znalazo si w niezwykle gronym pooeniu...
- - Halo, znalazłem ją na piętrze, w laboratorium tkanek...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Kupiłem parę rękawic, o wiele za dużych,
najwyraźniej wydzierganych dla męża przez jakąś góralkę.
W maleńkim straganiku z ziołami udało mi się znaleźć kozłek. Na pobliskim
targu kupiłem pociętą w pasy wędzoną rybę, suszone jabłka i płaskie bochny bar-
dzo twardego chleba. Sprzedawca zapewniał, że mogę z nim wędrować daleko.
Próbowałem umówić się na przeprawę barką. Poszedłem na plac nad samym
brzegiem, gdzie najmowano robotników, mając nadzieję, że uda mi się pracą za-
płacić za podróż. Szybko się zorientowałem, że nikt nie najmował ludzi na barki.
— Słuchaj, przyjacielu — oznajmił mi wyniośle jakiś trzynastolatek — każdy
wie, że o tej porze roku barki nie kursują, chyba że za złoto. A w tym roku nie ma po co. Górska wiedźma nie daje handlować z górami. Jak nie ma czym handlować,
to i nie warto ryzykować. Proste. Zresztą nawet gdyby handel szedł normalnie, to zimą i tak mało kto pływa na drugą stronę. Latem tak. Wiatry mogą być kapryśne, ale dobra załoga poprowadzi barkę, żaglem czy na wiosłach, i w jedną, i w drugą.
O tej porze roku to tylko strata czasu. Co pięć dni sztorm, a w pozostałe wiatr wieje tylko w jedną stronę; barki albo są pełne wody, albo oblepione lodem i śniegiem. To dobry czas, żeby płynąć z gór do Błękitnego, jeśli ci nie przeszkadza, że jesteś mokry, zmarznięty i całą drogę odrąbujesz lód z takielunku. Ale aż do wiosny nie znajdziesz żadnej kursowej barki do gór. Mniejsze łodzie biorą ludzi, ale chcą drogo. Jeśli wynajmujesz taką łódź, płacisz złotem, a skoro szyper popełni błąd, to i życiem. Nie wyglądasz, jakbyś miał brzęczącą monetę, przyjacielu.
Był jeszcze bardzo młody, owszem, lecz doskonale wiedział, o czym mówi.
Przysłuchując się przypadkowym rozmowom, wciąż słyszałem to samo. Górska
wiedźma zamknęła górskie przejścia; niewinni podróżni byli napadani i rabowani
przez górskich bandytów. Podróżnych i kupców dla ich własnego dobra zawraca-
no z granicy. Wojna wisiała na włosku. Tym bardziej utwierdzałem się w przeko-
naniu, że muszę dotrzeć do króla Szczerego. Gdy jednak upierałem się, że muszę
przepłynąć na przeciwległy brzeg, i to jak najszybciej, poradzono mi, bym znalazł
pięć złotych monet, a do tego łut szczęścia. W którymś momencie jakiś człowiek
napomknął, że słyszał o pewnym zajęciu, nie do końca zgodnym z prawem, dzięki
któremu mógłbym w ciągu miesiąca albo nawet szybciej uzyskać potrzebną sumę.
Nie byłem zainteresowany. Dosyć już miałem kłopotów.
„Chodź do mnie!”
Wiedziałem, że jakoś dojdę.
Wyszukałem bardzo tani zajazd, walący się i odrapany, pełen przeciągów, więc
przynajmniej nie cuchnący zbytnio sutem. Zresztą klientela nie mogła sobie na
niego pozwolić. Dostałem siennik na poddaszu nad izbą gościnną. Powiesiwszy
płaszcz oraz resztę ubrania na krześle obok siennika, zdołałem wreszcie, po raz 240
pierwszy od wielu dni, wysuszyć odzienie. Mojej pierwszej próbie zaśnięcia wtó-
rowały dobiegające z dołu śpiewy i rozmowy, jedne hałaśliwe, inne przyciszone.
Jakiekolwiek odosobnienie było niemożliwe. Wreszcie wstałem i pięć domów da-
lej znalazłem łaźnię, w której zafundowałem sobie od dawna upragnioną gorącą
kąpiel. Przyjemnie mi było myśleć, że tej nocy będę spał w cieple i pod dachem, choć pewnie niezbyt spokojnie.
Całkiem niespodziewanie okazało się, że skromne warunki w zajeździe stwo-
rzyły mi doskonałą okazję do posłuchania plotek. Pierwszej spędzonej tam no-
cy dowiedziałem się znacznie więcej, niżbym sobie życzył, o pewnym młodym
szlachcicu, który nie u jednej, ale u dwóch panien służących spowodował stan odmienny. Poznałem też intymne szczegóły największej burdy w tawernie dwie ulice
dalej, w trakcie której Szyk Czerwononosy został przez skrybę Garbusa jednym
cięciem noża pozbawiony części ciała, od której zyskał przydomek.
Drugiej nocy usłyszałem pogłoski, że pół dnia drogi za Życiodajnym Źródłem
znaleziono dwunastu żołnierzy gwardii królewskiej zarżniętych przez bandytów.
Kolejnej nocy ktoś połączył fakty i opowiadano już historie o tym, że ciała zostały zbezczeszczone przez dziką bestię. W rzeczywistości prawdopodobnie ucztowali
na nich padlinożercy, ale w myśl złowieszczych historii nie sposób było żywić
wątpliwości, że to robota Bastarda skażonego Rozumieniem, który przemienił się
w wilka, wyswobodził z żelaznych kajdanów, a potem, przy świetle pełni księży-
ca, spadł na oddział żołnierzy jak furia. Jeślibym się miał kierować opisem zbrod-niarza, jaki usłyszałem od jednego z gości zajazdu, mogłem się nie obawiać, że
zostanę rozpoznany. Oczy nie lśniły mi czerwonym blaskiem, kły nie wystawa-
ły z ust. Zdawałem sobie sprawę z istnienia innych, bardziej prozaicznych ryso-
pisów. Od księcia Władczego dostałem na pamiątkę kolekcję blizn trudnych do
ukrycia. Zaczynałem pojmować, jak trudno było Cierniowi spełniać swoją rolę,
skoro miał twarz pocętkowaną ospowatymi dziobami.
Broda, która niegdyś tak mocno mnie irytowała, teraz wydawała mi się zupeł-
nie naturalna. Zarastała mi twarz sztywnymi lokami, które przywodziły na pamięć zarost króla Szczerego i były podobnie nieokiełznane. Rany i guzy, nabyte po
ostatnim spotkaniu z Piorunem, w większości już się zagoiły, choć w zimniejsze
dni nadal bolało mnie ramię. Wilgotne chłodne powietrze zaczerwieniło mi skórę
na kościach policzkowych, dzięki czemu krawędź blizny znacznie mniej rzuca-
ła się w oczy. Znak po cięciu na przedramieniu dawno już zniknął; niestety, na
złamany nos niewiele mogłem poradzić. Tyle że już nie wzdrygałem się na jego
widok, gdy spoglądałem w lusterko.
Trzeciego wieczoru w zajeździe usłyszałem plotkę, która zmroziła mnie do
szpiku kości.
— To był sam król, a z nim ten najważniejszy czarownik Mocy. Mieli płasz-