- Halo, znalazłem ją na piętrze, w laboratorium tkanek...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- znalazÅ‚ i któż zarÄ™czy, czy jÄ… znajdzie? – Prawda jest! Ale gdy Bóg go przez nasze rÄ™ce od Bohuna uwolniÅ‚ i przez tyle niebezpieczeÅ„stw, przez...
- Serce Dawida znalazło się w rozdwojeniu, pod działaniem dwóch sił, mimo iż były one nierówne, ubóstwiał bowiem żonę, tkliwość zaś dla Lucjana ostygła...
- Kiedy St’ven zobaczył, że F’lessanowi drżą ręce, sam pozapinał mu kurtkę na guziki, znalazł jego hełm i założył mu na głowę...
- Wraz z przerzuconymi przez mur jeźdźcami lord znalazł się na wprost formującego się klina ur-podłych...
- - Znalazłem je - powiedział, podnosząc się z ławy z czapką w ręku; dopiero po chwili zauważył, że nie są same...
- Pomieszczenie, gdzie Bazyli znalazł ukrycie w parę chwil później, znajdowało się w magazynie...
- 2013-12-03 16:42 180461 180352 Podstawy Automatyki\Laboratorium\Starsze 3\PA\egzamin\PodstawyAutomatyki\Podstawy Automatyki\Zadania\lin pierw_zapasy...
- Następnego dnia po pracy wyszedłem z podręcznikiem i znalazłem się pod ich domem...
- W kopercie znalazła trzy kartki maszynopisu spięte spinaczem...
- Pañstwo znalaz³o siê w niezwykle groŸnym po³o¿eniu...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Ostra sztuka. Dziabnęła mnie, ale to nic wielkiego. Wyszła przez okno na gzyms... Nie, nie widać jej. Gzyms skręca za róg... Nie, wątpię, żeby skoczyła. Dobermany spuszczone?... Dobra. Jedyny problemem, że jeżeli dotrze na front, ktoś z ulicy może ją zobaczyć... Tak... Spojrzę na gzyms po drugiej stronie.
Strażnik schował radionadajnik do futerału przy pasie, zamknął okno, zabezpieczył je i wybiegł z pokoju, ściskając zranioną rękę.
Czwartek, 26 lutego
Godzina 17.47
Susan z całej siły zaciskała zęby, gdyż ciężka, dwumetrowa sufitowa płytka z winylu powoli wysuwała jej się z rąk. Trzymała ją koniuszkami palców, przyciskając do znajdujących się po przeciwnej stronie metalowych wsporników, dlatego zdrętwiały jej dłonie. Na dole strażnik mówił coś do mikrofonu nadajnika. Gdyby wypuściła płytę, wiedziałby, gdzie się ukryła. Mocno zwarła powieki, żeby nie myśleć o zdrętwiałych palcach i bolących przedramionach. Płyta wysuwała się. Mogła opaść lada chwila. Strażnik włączył nadajnik, a potem zaniknął okno. Jakoś wytrzymała. Nie słyszała, jak wyszedł, ale kiedy opadła z głuchym hukiem, cały sufit zatrząsł się. W czasie kiedy do palców z bólem napływała jej krew, pilnie nasłuchiwała. Ale na dole panowała cisza. Odetchnęła.
Znajdowała się nad sufitem laboratorium tkanek. Jak na ironię, gdyby nie odkrycie, którego dokonała na bloku operacyjnym Szpitala Głównego, nie miałaby pojęcia, co znajduje się za winylowymi płytami. A przecież to, że wspięła się tutaj, uratowało jej życie. Dobrze, że znalazła się szafka, na której mogła stanąć, żeby unieść płytę.
Wyjęła plany instytutu i spróbowała zorientować się w nich w skąpym świetle, które przesączało się przez szpary pomiędzy płytami sufitu. Kiedy jednak jej oczy przywykły do mroku, stwierdziła, że to niemożliwe. Rozejrzawszy się, o jakieś sześć metrów od siebie zauważyła szczelinę, przez którą wpadał silniejszy strumyk światła. Przytrzymując się pionowych słupków wyznaczających ścianę laboratorium i sąsiedniego gabinetu, przedostała się tam i usadowiła tak, że mogła widzieć plany.
Chciała sprawdzić, gdzie znajduje się główny kanał, taki jak ten, który odkryła w Szpitalu Głównym. Gdyby okazał się dość obszerny, prawdopodobnie mogłaby się nim wydostać. Ale w legendzie planu nie był uwzględniony. Jednakże kiedy obok szybu windowego natrafiła na rysunek prostokąta, uznała, że jest to kanał, którego szuka.
Posuwając się po szczycie ściany laboratorium i przytrzymując pionowych słupków, dotarła do schodka prowadzącego na sufit biegnący nad korytarzem. Sufit ten był z betonu, ponieważ musiał utrzymać szyny, którymi transportowano pacjentów. Wędrówka od razu stała się łatwiejsza i Susan skierowała się ku szybowi windy.
Im bliżej niego, tym trudniej było jej się poruszać, bo było tu nie tylko ciemniej, ale w kierunku jej marszu zbiegało się coraz więcej rur, drutów i przewodów. Musiała iść na wyczucie, posuwając się wolno, po omacku, krok za krokiem. Kilka razy sparzyła się, dotykając gorącej rury centralnego ogrzewania. Swąd przypalonej skóry podrażnił jej nozdrza.
W całkowitych ciemnościach dotarła do szybu windy i wymacała pionową ścianę z betonu. Trzymając się rury, obeszła róg i odkryła, że załamuje się ona pod kątem prostym. Inne rury załamywały się podobnie. Wychyliwszy się ponad nimi, spojrzała w ciemność i daleko w dole zobaczyła przesączające się skądś światło.
Wymacała rękami kształt kanału. Miał około sześćdziesięciu centymetrów kwadratowych, a ściana, którą dzielił z szybem windy, była z betonu. Wybrawszy rurę o przekroju pięciu centymetrów. Susan uchwyciła się jej oburącz i opuściła do kanału, plecami dotykając betonowej ściany. Potem wymacała stopami inne rury i plecami zaparła się w beton. W ten sposób centymetr po centymetrze zaczęła schodzić w dół kanału, jak alpinistka w skalnym kominie.
Nie było to łatwe. Obniżając się za każdym razem o kilka centymetrów, starała się, nie zawsze z dobrym skutkiem, unikać zetknięcia z parzącymi rurami centralnego ogrzewania. Po jakimś czasie nauczyła się je rozpoznawać. Spoglądając w ciemność i dostrzegając niewyraźne kształty, w pewnej chwili zdała sobie sprawę, że dotarła do sufitu parteru. Ten sukces nieco ją pokrzepił, choć mąciła go myśl, że skoro ona wpadła na pomysł, żeby zejść kanałem, ktoś może zechcieć wspiąć się nim w górę. To uświadomiło jej również, jak łatwo dostać się w Szpitalu Głównym do zaworu w przewodzie tlenu.
Znów ruszyła w dół. Pod nią było teraz trochę więcej światła i coraz głośniej słychać było jakieś urządzenie elektryczne. Zbliżając się do parteru, zdała sobie nagle sprawę, że przecież tam nie ma sufitu i że nie będzie mogła poruszać się równolegle górą, pozostając przy tym w ukryciu. Opuściła się już na tyle nisko, że widziała podłogę parteru. Zatrzymała się i zaklinowała bezpiecznie całym ciałem, żeby się zorientować, gdzie jest.
Maszynownię i znajdującą się w niej prądnicę oświetlało kilka żarówek. Rura, której trzymała się podczas schodzenia, przewodziła bez wątpienia wodę i biegła do samej podłogi. Ale inne, grubsze od niej, załamywały się i biegły w poziomie ponad metr od płyty sufitowej, zawieszone na metalowych listwach wysoko nad maszynownią.
Weszła na jedną z nich. Nie była wprawdzie akrobatką, ale pomogła jej chyba zręczność urodzonej tancerki. Z prawą ręką i głową przyciśniętą do betonowego pułapu, posuwała się w kucki naprzód, starając się nie patrzeć w dół.