Uciążliwych ości nie posiadają: duży sandacz, duży łosoś, duży dorsz, węgorz, flądra, turbot i rekin...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Zastanawiałeś się kiedyś czy zasób słów jaki posiadamy ma wpływ na po- ziom naszej kreatywności...
- politykom, ludziom, władcom rządzenie i posiadanie wpływu na ludzi...
- Wiemy już, że komponenty posiadają właściwości i metody...
- organizacyjnej nie posiadajcej osobowoci prawnej...
- Posiadacz zegarka skinął ręką...
- le duy, by wchon znaczny kapita pochodzcy ze skadek i przy-nie zysk wyszy od inflacji...
- */ DataTable myTable = m_ds...
- 44
- Co Polacy musieli przeżywać w zaborze rosyjskim - dobrze ilustruje list Zygmunta Krasińkiego do Delfiny Potockiej, pisany w styczniu 1848 r...
- CeâNedra na ich widok wydała z siebie okrzyk radości...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Podobno można usmażyć nawet leszcza tak, że ości w nim właściwie nie ma. To znaczy
wiem na pewno, że można, bo jadłam. Jest to tajemnica kuchni, w którą nawet nie usiłowałam wnikać.
Smażyć świeże ryby potrafią tylko osoby, mieszkające przez całe życie tuż nad wodą.
Co nie przeszkadza, że jedna z takich osób usmażyła węgorze na cukrze i wcale nie miał
to być eksperyment gastronomiczny.
Otóż dwie siostry znajdowały się poza domem i jedna z nich była jeszcze zajęta, a druga już nie. I ta jedna poprosiła tę drugą, żeby, znalazłszy się w jej domu, bo mieszkały oddzielnie, usmażyła przygotowane węgorze, na które czekało grono gości.
Ryby, jako takie, mogę wyłącznie powiedzieć, że istnieją.
Ta druga zatem przybiegła do kuchni pierwszej, ujrzała wszystko gotowe, węgorze w
kawałkach, mąkę na dużym talerzu i olej, i czym prędzej przystąpiła do smażenia. Umiała doskonale, nie sprawiało jej to najmniejszych trudności, dziwiła się tylko trochę, że jakoś jej ta ryba do patelni zbytnio przywiera. Nie spróbowała, bo po co, goście zjedli, nawet chwalili,
stwierdzając przy okazji, że miały te węgorze nader osobliwy i nigdzie nie spotykany smak, po czym okazało się, że owa mąka na talerzu to był cukier-puder, przygotowany do czegoś całkiem innego.
Dorsz mnie zaskoczył.
We wczesnych latach powojennych, kiedy to wmawiano w nas zalety margaryny,
pojawiały się także na murach miast i wsi zachęcające hasła: „JEDZCIE DORSZE!”. Pod tym w wielu miejscach dopisany był mniejszymi literami ciąg dalszy: „gówno gorsze”.
W pełni się z owym dalszym ciągiem zgadzałam i nie tylko ja. Co nasze punkty żywienia
zbiorowego z tym dorszem robiły, Bóg jeden raczy wiedzieć, ale doprawdy niewiele
obrzydliwszych rzeczy można było sobie wyobrazić. Zdaje się, że z reguły był nieźle
przechodzony.
Kiedy zatem po raz pierwszy w życiu spróbowałam świeżutkiego dorsza prosto z morza,
usmażonego ze znajomością rzeczy, osłupiałam kompletnie. Okazało się, że jest to znakomita, delikatna, nad wyraz smaczna ryba. W dodatku kotlety rybne z niczego nie wychodzą równie dobre, jak z dorsza. Mogę wobec tego powtórzyć stare hasło już bez dalszego ciągu:
„JEDZCIE DORSZE!”.
Zważywszy, iż ryby jadam wyłącznie nad morzem, nad jeziorami i w Danii, a nie
przyrządzam ich nigdzie, więcej się wtrącać nie będę.
RYŻ
Ryż ma taki smak, jaki mu się nada dodatkami i przyprawami. Sam z siebie nie ma
żadnego.
Z jednej strony jest to wada, a z drugiej ogromna zaleta.
Co do gotowania, wymyśliłam swój prywatny sposób.
Nie wdawałam się w pierzyny i stare gazety, tylko zwyczajnie posłużyłam się piecykiem.
Zagotowałam ryż w garnku z ilością wody dostateczną, żeby się nie przypalił, nastawiłam piecyk na maleńki gaz, wepchnęłam szczelnie przykryty garnek do środka i zostawiłam
własnemu losowi.
Kiedy zajrzałam po godzinie, a może nawet dwóch, ryż robił wrażenie ugotowanego
konkursowe, każde ziarnko oddzielnie, spęczniał, nic się nie przypaliło, kiedy go jednak spróbowałam, okazał się twardy jak kamień. No, może odrobinę mniej niż kamień.
Po namyśle i dokonaniu ponownej próby pojęłam, że dostał za mało wody. Przy
dolewaniu do garnka wykazywał wręcz chciwość. Dolałam zatem. Chyba za późno i za mało, bo coś mi wyszło nie tak.
Przy drugiej próbie wody mu już nie pożałowałam, wobec czego ugotowała się na
miękko gęsta pacia.
Przy trzeciej pilnowałam piecyka, co jakiś czas sprawdzałam, co się z tym cholernym ryżem dzieje, i dolewałam wody sukcesywnie. No owszem, ugotował się, ale na arcydzieło nie wyglądał.