Tu i ówdzie ruszały się, jakby ożywając, nie dość mocno osadzone przedmioty; zagrzechotało w kambuzach od zderzających się naczyń, zachwiały się...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- I nagle, jakby zmysły postradał, porwał się z siedzenia i chwyciwszy w obie ręce chudego dryblasa, co kawę roznosił i węgle do fajek, począł głową jego tłuc o...
- I po cóż to wszystko, po cóż te wyrzeczenia dla sprawy tak od początku przegranej? Jakby z odkrytej karty czytać było można...
- 80 Hippagreci byli to jakby rotmistrze dowodz¹cy oddzia³em z³o¿onym z 300 jeŸdŸców stanowi¹cych przyboczn¹ stra¿ króla...
- Posuwał się w stronę przeciwną do kierunku inwazji, jakby zwijając na powrót nić wojny, drogą uwolnioną już od wojennego napięcia...
- Jakby w odpowiedzi z białego tunelu w pobliżu sufitu wysunęła się nagle czarna sylwetka...
- Więzień, któremu drgnęły usta jakby w zalążku uśmiechu, potarł się po podbródku...
- Mahskevic nie podniósł nawet wzroku znad swych korzennych roślin, choć przerwał wyrywanie chwastów na dość długo, by zastanowić się nad tą propozycją...
- Verin pokiwała głową, jakby takiej właśnie spodziewała się odpowiedzi...
- Podszed wprost do Nataszy wpatrujc si w ni uporczywie i powiedzia:- Moja wizyta u pani o tej godzinie i bez zapowiedzi jest do dziwna i przekracza granice...
- Uzmysłowiła sobie, że ściska ją w pasie jakby żelazna obręcz...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Stu-kot, zmieszane dźwięki szkła, blachy, plastyków falą przeszły przez cały pocisk od dziobu po rufę. Tymczasem z hibernatora dochodził już gwar głosów; ludzie
z nicości, w której trwali przez siedem miesięcy, poprzez krótki sen, wracali do jawy.
Statek tracił szybkość. Planeta zakryła gwiazdy, cała w rudej wełnie obłoków.
Wypukłe lustro oceanu z odbiciem słońca przesuwało się coraz wolniej. W po-
le widzenia wszedł bury, upstrzony kraterami kontynent. Ludzie na stanowiskach pokładowych nie widzieli nic. Głęboko pod nimi, w tytanowych trzewiach pędni
narastał stłumiony ryk, olbrzymi ciężar ściągał palce z rękojeści. Chmura, któ-
ra dostała się w promień odrzutu, rozsrebrzyła się wybuchem rtęci, rozpadła się i znikła. Ryk silników wzmógł się na chwilę. Rudawa tarcza rozpłaszczała się: tak planeta przekształca się w ląd. Widać już było przeganiane wiatrem sierpowa-te wydmy, smugi lawy, rozchodzące się jak szprychy koła od najbliższego krateru, zagrały odbitym pożarem rakietowych dysz, silniejszym od słonecznego.
— Cała moc na osi. Statyczny ciąg.
Strzałki leniwie przesuwały się w następny sektor skali. Manewr przeszedł
bezbłędnie. Statek jak odwrócony wulkan zionący ogniem wisiał pół mili nad
ospowatą płaszczyzną, z utopionymi w piaskach, skalnymi grzędami.
— Cała moc na osi. Zmniejszyć statyczny ciąg.
Widać już było miejsce, w którym buchająca pionowo w dół fala odrzutu bije
w grunt. Podniosła się tam ruda burza piasku. Z rufy strzelały fioletowe błyskawice, bezdźwięczne z pozoru, bo grzmoty pochłaniał silniejszy od nich ryk gazów.
Różnica potencjałów wyrównała się, błyskawice znikły. Jakaś ścianka działowa
rozjęczała się, dowódca wskazał ją ruchem głowy inżynierowi: rezonans. Trzeba usunąć. Ale nikt nie odezwał się, pędnie wyły, statek opadał, teraz już bez jednego drgnienia, jak zawieszona na niewidzialnych linach stalowa góra.
4
— Pół mocy na osi. Mały statyczny ciąg.
Kolistymi pierścieniami, jak bałwany prawdziwego morza, na wszystkie stro-
ny gnały dymiące fale pustynnego piachu. Epicentrum, trafione z niewielkiej odległości krzaczastym płomieniem wylotów, nie dymiło już. Piasek znikł, prze-
istoczył się w lustro bąblistej czerwieni, w kipiące jezioro stopionej krzemionki, w słup jazgocących eksplozji, aż wyparował. Obnażony, jak kość, stary bazalt
planety zaczął mięknąć.
— Stosy na jałowy bieg. Zimny ciąg.
Błękit ognia atomowego zgasł. Z dysz trysnęły skośne promienie borowodo-
rów, i w jednej chwili pustynię, ściany skalnych kraterów i chmury nad nimi zalała upiorna zieleń. Bazaltowe podłoże, na którym miała osiąść szeroka rufa „Niezwyciężonego”, nie zagrażało już stopieniem.
— Stosy zero. Zimnym ciągiem do lądowania.
Wszystkie serca uderzyły żywiej, oczy pochyliły się nad instrumentami, rę-
kojeści spotniały w skurczonych palcach. Sakramentalne słowa oznaczały, że nie będzie już odwrotu, że nogi staną na prawdziwym gruncie, niechby to był i piasek pustynnego globu, ale będzie tam wschód i zachód słońca, horyzont i chmury, i wiatr.
— Lądowanie punktowe w nadirze.
Statek pełen był przeciągłego jęku turbin, tłoczących materiał pędny w dół.
Zielony, stożkowato rozchodzący się słup ognia połączył go z dymiącą skałą. Ze wszystkich stron podniosły się chmury piasku, oślepiły peryskop środkowych po-kładów, tylko w sterowni na ekranach radarów niezmiennie pojawiały się i gasły wzdłuż promieni wodzących zarysy krajobrazu, tonące w tajfunowym chaosie.
— Stop przy styku.
Ogień kotłował się buntowniczo pod rufą, przytłaczany milimetr po milime-
trze osuwającym się nań cielskiem rakiety, zielone piekło strzelało długimi bryź-
nięciami w głąb dygocących piaskowych chmur. Rozziew między rufą a opalonym