Szpada, ach, prawda...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- że jest tam taki, prawda? To wcale nie jest żaden z tych kościołów, nie są to nawet wspólne ruchy ludzi, to jest bardzo ważne, drodzy bracia, bardzo ważne...
- znalazÅ‚ i któż zarÄ™czy, czy jÄ… znajdzie? – Prawda jest! Ale gdy Bóg go przez nasze rÄ™ce od Bohuna uwolniÅ‚ i przez tyle niebezpieczeÅ„stw, przez...
- Krótko mówiąc, dokonanie aktu agresji w sumie ponad 10 000 osób z różnych krajów twierdzenia tej hipotezy dostarczyły badania powoduje co prawda...
- Nałgała mu coś o jednym jedynym weekendzie w łóżku z narzeczonym, który poszedł do wojska i zginął, co potem okazało się szczerą prawdą, gdyż...
- W tym klarownym obrazie, jaki tworzy beztroski racjonalizm, jest co prawda pewien rys sprzeczność, na którą natrafili Ivan T...
- Tak sobie opowiadano o tym zamachu, nie wiadomo jednak, czy by³ato prawda, czy tylko pog³oska rozpuszczona przez Maksymina...
- Jest to przede wszystkim wyraz błagania… a jednak czai się w nim podejrzenie! Ach, do licha z tymi podejrzeniami! Gdybym chciał o nim rozpowiadać, zrobiłbym to już...
- - Nie udało się z gubernatorem?- Ach, przeprowadzą nowe dochodzenie za trzy miesiące - lub za trzy lata...
- ośnieżonych szczytach Parnasu, odziany jedynie w skórę jelonka; jego ciało poruszało sięnieświadomie, prawie bezwolnie, niczym kwiat w rękach...
- xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxc
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
.. Więc może to dlatego nie puszczono mnie do sofy Dostojnej? Chociaż każdy, komu przyszło na myśl osobiście złożyć życzenia i wychylić kielich pod jej chłodnym, ironicznym wzrokiem, szedł bez przeszkód!
Wróciłem pod swój filar, rozważając, czy nie odpiąć szpady. No bo cóż innego? Mogłem jeść i pić... Patrząc na niektórych, rozumiałem, że wolno też odwrotnie. Ale... cóż... nie po to przyszedłem. Incognito, prawda. Nieszczególny pomysł, daję słowo.
Gdy tak stałem, żując rąbek koronkowej chustki, jakaś kobieta rzuciła się na mnie. Uderzyłem głową o kolumnę, kapelusz wypadł mi z dłoni i zniknął pod falbanami wielkiej różowej sukni. Prawie usłyszałem (bo niemożliwe, bym usłyszał naprawdę spełniano właśnie toast), jak pęka nadepnięte pióro, a wspaniałej roboty agrafa trzeszczy pod naciskiem drobnej stopy. Kobieta chwyciła mnie za szyję i poczęła dusić z nienawiścią tak ogromną, że poznałem ją, zanim zdołałem spojrzeć w twarz.
— Luizo... — wychrypiaÅ‚em sztywno; ukÅ‚on wszak nie wchodziÅ‚ w rachubÄ™.
Rozpłakała się.
— O mój Boże — powiedziaÅ‚a — to naprawdÄ™ ty. ChwyciÅ‚a mnie pod ramiÄ™ i siÅ‚Ä… wyciÄ…gnęła z sali. Kapelusz byÅ‚ stracony, to pewna.
* * *
Anna Luiza stanowiła największy mój skarb. Zawsze brała krok przed matką i pozostałymi siostrami. Przez minione trzy lata budziłem się i zasypiałem z myślą o niej. Była siostrą i kochanką; przyjacielem i pierwszym w życiu wrogiem; obowiązkiem i odpoczynkiem. Grzechem, karą i nagrodą. Była wszystkim.
W pałacowym ogrodzie dogorywali pijacy. Ale w cieniu pod murem stała altana, pachnąca chłodem omszałych, kamiennych ławek, obrośnięta bluszczem, z którego teraz, jesienią, pozostały tylko suche badyle.
— NienawidzÄ™ ciÄ™ — powtórzyÅ‚a po raz dziesiÄ…ty. RozeÅ›miaÅ‚a siÄ™... i znowu rozpÅ‚akaÅ‚a.
— Dlaczego... dlaczego wyjechaÅ‚eÅ›? Dlaczego mnie zostawiÅ‚eÅ›? TrzymaÅ‚em jÄ… w ramionach, przyciskajÄ…c aż nazbyt mocno.
Nie odpowiadaÅ‚em — bo nic do powiedzenia nie byÅ‚o. WiedziaÅ‚a, dlaczego musiaÅ‚em wyjechać. PytaÅ‚a, nie oczekujÄ…c wcale odpowiedzi, nie wiedzÄ…c chyba nawet, że pyta... Co jakiÅ› czas chwytaÅ‚a mnie kurczowo za rÄ™kÄ™, jakby chcÄ…c siÄ™ upewnić o moim istnieniu, rozwiać podejrzenia, że Å›ni.
— Kobieta? — wydyszaÅ‚a... i to byÅ‚o pierwsze prawdziwe pytanie. PoczÄ…tek rozmowy.
— Ależ pani, to... chyba niedyskretne? Palnęła mnie w ucho — dziw, że nie odpadÅ‚o.
— Nie! — krzyknÄ…Å‚em. — Å»adna! W stolicy nie ma kobiet, przysiÄ™gam!
Ująłem jej ręce.
— Do diabÅ‚a... przez trzy lata... myÅ›laÅ‚em tylko o tobie. MarzyÅ‚em i tÄ™skniÅ‚em... Zlituj siÄ™.
Powracające wzruszenie chwyciło mnie za gardło.
— Zlituj siÄ™... — powtórzyÅ‚em z wysiÅ‚kiem.
CaÅ‚owaÅ‚em jÄ… zachÅ‚annie, próbujÄ…c chyba nadrobić wszystkie te miesiÄ…ce, podczas których mogÅ‚em co najwyżej myÅ›leć o jej ustach. ByÅ‚a wspomnieniem, pragnieniem i snem... W zimnej ciemnoÅ›ci altany rozburzyÅ‚em jej wÅ‚osy, nareszcie prawdziwie czujÄ…c dotyk, smak, zapach. Odepchnęła mnie nagle i rzuciÅ‚a siÄ™ w tyÅ‚, uderzajÄ…c plecami o ażurowÄ… Å›cianÄ™. DygotaÅ‚a tak, że sÅ‚yszaÅ‚em, jak szczÄ™kajÄ… jej zÄ™by, — Trzy lata, aaau...
Z urywanym, gardłowym skowytem chwyciła, po obu stronach bioder, przeplecione pnączami deszczułki. Zatrzeszczały.
— Trzy lata... i ani chwili dÅ‚użej... ZrobiÅ‚em krok ku niej. Zamknęła oczy.
— Ani chwili... sÅ‚yszysz? Ani chwili...
* * *
Chciała wiedzieć wszystko i od razu. Najważniejsze już mia-. ła: osobę. Teraz żądała tych trzech lat. Domagała się wszelkiej wiedzy, dotyczącej skradzionego okresu. Pragnęła jej przed innymi. Teraz, zaraz.
W gÅ‚Ä™bi ducha spodziewaÅ‚em siÄ™ podobnej zachÅ‚annoÅ›ci. PowracajÄ…c, myÅ›laÅ‚em o spotkaniu z każdym, najprÄ™dzej z DostojnÄ… — ale nigdy z niÄ…. Jeszcze w hucznej sali biesiadnej uciekaÅ‚em od myÅ›li o Luizie. Najpierw dlatego, że baÅ‚em siÄ™, iż odnajdÄ™ jÄ… w jakiÅ› sposób innÄ…... A po wtóre, moja miÅ‚ość do Anny Luizy byÅ‚a przecież zaledwie ogniskiem roznieconym w lodowej krainie ohydnego i przerażajÄ…cego małżeÅ„stwa. O powrocie do owej krainy myÅ›leć nie chciaÅ‚em i nie mogÅ‚em.
Uciekałem.
— Czego chcesz? — pytaÅ‚em z uÅ›miechem. — Moich przyjaciół stamtÄ…d? OpowieÅ›ci o rodzinie panujÄ…cej, o samym królu? O modzie?
— O modzie — wymruczaÅ‚a.
Ktoś chodził po parku, pohukując. Nasłuchiwałem przez chwilę.
— To ciebie szukajÄ….
— Och, nie...
Leżała na zimnej ławce, z głową na moich kolanach. Uniosła się niechętnie, poprawiając suknię i włosy.
— Czy wiesz, kto to? — zapytaÅ‚a retorycznie. — To szlachcic wielkiego rodu, którego mogÅ‚abym kupić za tÄ™ sukniÄ™... gdybyÅ› obszedÅ‚ siÄ™ pan z niÄ… delikatniej. Ale znakomity wojownik, ech! Nie uwierzysz, co wyprawiaÅ‚ w landach północnych, majÄ…c ledwie trochÄ™ muszkieterów i dragonów. Dostojna przydaÅ‚a mi go, żebym miaÅ‚a rozrywkÄ™. I co powiesz? Ten mężczyzna jest nudny jak jego wojny, naprawdÄ™...