Pani Krystyna uczyniła przypuszczenie, że obrożę ktoś ukradł...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — Gdy przyjechaÅ‚em, byÅ‚a pani na dole?— Tak...
- Czemu wiÄ™c pÅ‚akaÅ‚a? ObawiaÅ‚ siÄ™ jednak, Åœe jeÅ›li bÄ™dzie próbowaÅ‚ nalegać, tylko - Nie musi mi pani od razu odpowiadać –uspokoiÅ‚ jÄ…...
- Pani Hunter regularnie co miesi¹c wystawia³a czeki za swój pobyt w klinice; bez mrugniêcia w³asnorêcznie wpisywa³a odpowiednie sumy, mimo ¿e czasami nawet...
- - Pani Weronika, na Czarnomorskiej dwadzieścia siedem mieszka, piąte piętro, mieszkania osiemnaście...
- Podszed³ wprost do Nataszy wpatruj¹c siê w ni¹ uporczywie i powiedzia³:- Moja wizyta u pani o tej godzinie i bez zapowiedzi jest doœæ dziwna i przekracza granice...
- VIII Urojenia Kelvina Hallidaya Następnego ranka byli w ogrodzie, kiedy przyszła pani Cocker z pilną wiadomością...
- innymi nie otworzono już drzwi tego dnia, bo pani była zdrożona, a przy tym musiała się za-jąć panem Nowowiejskim...
- – Głupia, powinna mu była wcześniej powiedzieć, że duch jej pierwszego męża będzie go dręczył – rzekła pani Crick...
- degredior, degredi, degressus sum zejœæ na dó³iipinor, -ari, opinatus sum mniemaæ, przypu-szczaæ, wierzyæ, przewidywaæopinans...
- – Czy to oznacza dla mnie kÅ‚opoty?Pani porucznik zaprzeczyÅ‚a ruchem gÅ‚owy...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Pies jest pełen zaufania do ludzi i łagodny, pozwolił ją zdjąć byle komu. Pawełek zażądał, żeby natychmiast dać psu aspirynę. Janeczka wyraźnie poczuła, że nie zniesie dłużej tych debat i tej niepewności. Zanim rodzice zdążyli ją powstrzymać, zaczęła dzwonić do sąsiadów. Pies cierpliwie czekał.
Sąsiedzi z tego piętra wyparli się znajomości z psem. U nikogo żadnych gości nie było. Idący po schodach sąsiad z innego piętra przyznał, że on też widział tu rano tego psa, ale ani o nim, ani o żadnym właścicielu nic nie wie. Nikt nic nie wie. Pies jest bezpański.
W duszy Janeczki zalęgło się nagle granitowe, niezłomne, nieopanowane pragnienie towarzyszenia psu w tej bezpańskości. Dotychczas bez oporu godziła się z myślą, że w domu nie ma warunków, żeby trzymać jakieś zwierzę, mieszkają w środku miasta, rodzice pracują, oni obydwoje z Pawełkiem chodzą do szkoły, zwierzęciu byłoby źle i smutno... Teraz poczuła nagle, że z tym łagodnym, opuszczonym, nieszczęśliwym, prawdopodobnie chorym psem wiąże ją jakaś nić, sznur, lina okrętowa i raczej sama wypędzi się na ulicę, niż pozwoli wypędzić psa! On czeka. Ona widzi przecież, że on czeka, że kołaczą się w nim jakieś resztki nadziei i cierpliwie, w okropnym napięciu i zdenerwowaniu czeka, żeby się nim wreszcie ktoś zajął.
- Weźmy go!!! - wyjęczała rozdzierająco. - On nie może tak zostać! Weźmy go do domu!!!
- Nie możemy - odparła przygnębiona pani Krystyna.
- W takim razie ja też się tu położę na słomiance - oświadczył Pawełek z determinacją. - I będę leżał, aż też dostanę zapalenia płuc!
- Fioła macie obydwoje! - zdenerwował się pan Chabrowicz. - Jutro zaczynamy przeprowadzkę, cały dom się likwiduje, nowy w ruinie, jeszcze nam tylko psa brakowało! Obcego psa!
Pani Krystynie, która już miękła, przejęta losem psa prawie tak samo jak jej dzieci, słowa męża przypomniały o aktualnych kłopotach. Nie, to wykluczone, w żadnym razie nie mogli sobie teraz pozwolić na obce zwierzę!
- Nie możemy go wziąć - zdecydowała. - Dzieci, na litość boską, wy sobie w ogóle nie wyobrażacie, jakie tu od jutra będzie zamieszanie. Przecież ten pies by tego nie wytrzymał!
- A leżenie na klatce schodowej to wytrzyma?! - wrzasnął buntowniczo Pawełek.
- Jeżeli go tak zostawicie, wyprę się was - zagroziła Janeczka. - Zostanę z nim tutaj. Nie pójdę do szkoły. Będę chora.
- Będę zdziwiony, jeśli z tego wszystkiego nie oszaleję - rzekł posępnie gdzieś w przestrzeń pan Chabrowicz.
- Proszę was bardzo, żebyście się zastanowili logicznie - powiedziała stanowczo pani Krystyna. - Tym psem trzeba się porządnie zaopiekować. Coś mu jest, powinien go obejrzeć weterynarz. Od jutra zaczynamy się przeprowadzać, dla zdrowego psa to jest okropna katastrofa, a co mówić dla chorego...
- No więc daj mu tę aspirynę!
- Aspiryna nie zmieni sytuacji. On jest do nas nie przyzwyczajony, od tej przeprowadzki dostanie rozstroju nerwowego, nie znajdzie sobie miejsca. On potrzebuje spokoju!
- Trzeba go na razie odwieźć do schroniska - zadecydował pan Chabrowicz. - Tam się nim na pewno dobrze zaopiekują, a potem zobaczymy.
Janeczka i Pawełek w milczeniu popatrzyli na siebie. Pies czuł się chory, to było wyraźnie widoczne, należało go przede wszystkim leczyć. Jutrzejsze trzęsienie ziemi wykluczało stworzenie mu właściwych warunków. To schronisko, nie wiadomo co to jest, ale może się okazać odpowiednie. Chwilowo muszą chyba się zgodzić, ale na dalszą metę nie popuszczą...
- Gdzie to jest? - spytała pani Krystyna. - Dali ci adres?
- Gdzieś potwornie daleko, za lotniskiem, na Okęciu. Spróbuj mu dać mleka i aspiryny.
Pawełek bez słowa porwał wiaderko ze śmieciami i popędził na dół. Wrócił po dwóch minutach. Pani Krystynie błysnęła myśl, że opróżnił je tuż za drzwiami budynku, nie docierając do śmietnika, ale wolała się o to w tej chwili nie dopytywać. Janeczka patrzyła jej na ręce takim wzrokiem, jakby podejrzewała własną matkę o trucicielskie zamysły.
Pies mleka się napił, ale aspiryny nie chciał. Z urazą odwracał głowę od świństwa na łyżce, obraził się nawet i pełen wyrzutu przeniósł się na wycieraczkę pod innymi drzwiami. Pani Krystyna zrezygnowała z terapii.
- Umiem wlać psu do pyska lekarstwo, oczywiście - tłumaczyła swoim dzieciom, pełnym milczącego potępienia - ale to jest obcy pies, on mnie nie zna, nie mogę mu siłą otwierać pyska, bo się zdenerwuje. Własny pies, przyzwyczajony do właściciela, to zupełnie co innego. Własny pies ma zaufanie.
- Dosyć tego, jedziemy - powiedział pan Chabrowicz, wychodząc z mieszkania z grubym sznurkiem w ręku. Janeczka spojrzała na ojca nieufnie.
- Po co ci sznurek?
- A jak mam go prowadzić? Za rękę? Odwieziemy go i zaraz wracamy. Dzieci, do domu!
Żadne z dzieci nawet nie drgnęło. Stały nadal, niczym posągi, przymurowane do podestu. Pawełek patrzył spode łba. Janeczka miała wypieki. W obydwojgu narastał histeryczny opór. Pan Chabrowicz wiązał psu na szyi sznurek.
- Jeżeli obiecamy, że będziemy wszystko po sobie sprzątać i wcześnie chodzić spać... -zaczął Pawełek łamiącym się głosem.
- Udusisz go!!! - wrzasnęła Janeczka okropnie, rzucając się ku ojcu.
Pan Chabrowicz wzdrygnął się gwałtownie, pani Krystyna nagle pojęła, co się dzieje w duszach jej dzieci. Pomyślała, że kotłujących się w nich uczuć, w gruncie rzeczy szlachetnych, nie należy brutalnie przełamywać.
- W porządku - rzekł a pośpiesznie. - Możecie też jechać. Przynieście jakąś starą szmatę, trzeba mu podłożyć w samochodzie.