skąd ukośnie padał na ziemię; u szczytu promienia świeciła modra gwiazda, rzucająca świe- tlaną smugę niby snop promieni...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- liski Micha 184 widrygieo ksi 57, 265 widziska Wanda 322 widziski Karol 322 wierzewski Ludwik 241 wiciccy 138 winka Jan 184 winka Mikoaj 184 wirscy 230...
- Czynniki rozwoju spoecznego"Rozwj nadorganiczny" przejawia si ju zacztkowo w wiecie owadw,wrd mrwek, pszcz i in...
- Toteż gdy po długiej żegludze wylądowali wreszcie w przystaniach pelopone-skich, padali na twarze i obejmując ramionami starą ziemię wołali ze łzami jak...
- W Polsce wprowadza si dopiero, i z oporami, zasady pastwowej suby cywilnej, w zwizku z czym zmiany polityczne na szczytach wadzy czsto pro- , wadz rwnie do...
- Sieć opadła gwałtownie na ziemię; dotkliwie potłuczeni napastnicy nie żałowali sobie jęków, przekleństw i okrzyków bólu...
- ośnieżonych szczytach Parnasu, odziany jedynie w skórę jelonka; jego ciało poruszało sięnieświadomie, prawie bezwolnie, niczym kwiat w rękach...
- Oczy Zakatha świeciły niczym błyskawice, gdy patrzył na urzędnika...
- 5) Żyj w bliskich relacjach z BogiemW świecie przedpotopowym (I Mojżeszowa r...
- Rozdział 11 ZAKOŃCZENIE Żyjemy w zadziwiającym świecie...
- larniejszych karabinów na świecie...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Z boków jasność spływała łagodnie, łącząc się z ciemno-
ściami nocy. a rdzeń jej grzał jak słońce. Zjawisko zdawało się tkwić na najbliższej górze i
tworzyło blade uwieńczenie szczytu wapiennych wzgórz. Było tak jasno, że ludzie widzieli
wzajemnie swoje twarze i wyryte na nich zdziwienie.
Promień świecił ciągle, zdziwienie poczęło zmieniać się w bojaźń i lęk; bojaźliwsi drżeli,
odważniejsi rozmawiali szeptem.
– Widziałeś kiedy coś podobnego? – pytał jeden.
– Zdaje mi się że światło wisi nad górą; nie mogę powiedzieć co to jest, nigdy czegoś po-
dobnego nie widziałem – brzmiała odpowiedź.
– Czyżby to spadająca gwiazda? – zapytał inny niepewnym głosem.
– Skoro gwiazda spadnie, światło gaśnie.
– Już wiem – zawołał jeden – pasterze ujrzeli lwa i zaświecili ogień, aby go zatrzymać z
dala od trzody.
Najbliższy sąsiad mówiącego odetchnął swobodniej i rzekł twierdząco: Tak, to co innego,
gdyż dziś tyle trzód rozbiegło się w dolinie.
– Nie, nie! Gdyby wszystkie drzewa z całej judzkiej doliny na jeden stos złożono i zapalo-
no, jeszcze by płomień nie był tak jasny.
Widząc, że nic się dalej nie dzieje groźnego, ludzie uspokoili się i nastąpiła cisza.
Bracia – przerwał ją wreszcie Żyd o sędziwym obliczu – powiadam wam, jasność ta, to
drabina, którą ojciec nasz Jakub widział we śnie. Niech będzie błogosławiony Bóg ojców na-
szych.
14
ROZDZIAŁ III
O dwie mniej więcej mile na południowy wschód od Betlejem leży dolina oddzielona od
miasta pasmem wzgórz. Rosną na niej drzewa karłowate: dęby, sosny i morwy. Ponieważ
dolina ta zasłonięta jest od wiatrów północnych, służy czy to latem, czy też zimą za doskonałe
pastwisko dla trzód, które tu pasterze zaganiają. Niedaleko od miasta znajdowało się wielkie
schronisko dla owiec, dokąd mogli się pasterze wraz ze swymi trzodami schronić. Było to
miejsce otoczone murem wysokości człowieka i ubezpieczone dokoła gęstymi krzakami cier-
niowymi, aby dziki zwierz, jak lew lub pantera, nie wpadł do owczarni i nie uczynił szkody.
Poprzedniego dnia, w którym zaszły co dopiero opowiedziane wypadki, przybyła pewna licz-
ba pasterzy ze swymi trzodami do doliny i od wczesnego już ranka brzmiały zarośla nawoły-
waniami, hukiem siekier, beczeniem kóz i owiec, rykiem bydła i szczekaniem psów. O za-
chodzie słońca spędzano trzody do zagród, a gdy wieczór zapadł, pasterze zapalili wielki
ogień niedaleko bramy, posilili się skromną wieczerzą i siedli, aby odpocząć i pogwarzyć,
zostawiając zawsze jednego na straży.
Widok tych ludzi dziwne robił wrażenie – nie nakrywają nigdy głów, toteż twarde włosy
sterczą wypalonymi przez słońce kępkami, brody kędzierzawe, splecione w warkocze zasła-
niają szyję i piersi, dodając postaciom wyrazu dzikości. Za odzienie służą im skóry kozie lub
baranie na zewnątrz włosem obrócone, grubym pasem w biodrach ujęte, a zostawiające ręce i
nogi obnażone aż do kolan. Stroju dopełniały małe woreczki zwieszone z prawego ramienia, a
zawierające zapasy żywności i kamienie do tradycyjnej procy, w którą każdy był uzbrojony.
Obok każdego leżał kij pasterski, symbol powołania i broń przeciw napaści. Rozmawiali o
swych trzodach i przygodach tego dnia, aż sen skleił ich powieki.
Noc była jasna, mroźna, gwiaździsta, bez żadnego wiatru. Atmosfera była czysta, jak nig-
dy, czuć było jakiś święty powiew, jakby przeczucie, że niebo zbliży się ku ziemi, aby jej
szepnąć wieść dobrą.
Przy wejściu do zagrody chodził miarowym krokiem będący na straży pasterz; czasem,
usłyszawszy jakiś głos wśród śpiącej trzody lub krzyk szakala od strony gór, przystawał i na-
słuchiwał. Północ się zbliżała. Poszedł więc ku ognisku, aby zbudzić zmieniającego go paste-
rza, gdy nagle oblała go niezwykła jasność, łagodna, niby księżycowa; ujrzał całą dolinę, pa-
stwiska, trzodę, wszystko jak za jasnego dnia. Dreszcz wstrząsnął nim całym. Spojrzał w gó-
rę, nie widział gwiazdy, światło jakby z otwartego w niebie okna padało na ziemię; wielce
przerażony począł wołać:
– Wstawajcie! Wstawajcie!
Psy zaczęły skomlić ze strachu.