poirytowany dyrektor...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Dyrektywa NAME określa nazwę, która będzie użyta dla oznaczenia modułu obiektowego wygenerowanego na podstawie bieżącego programu...
- * * * Nazajutrz zostaliśmy przyjęci w prefekturze przez pana Lecussan, dyrektora Archiwum Administracyjnego...
- liacji, ponieważ próbowały realizować oba te cele Załóżmy na początek, że oba efekty powstają dzię- dzięki skoncentrowaniu się na odczuciach...
- CS2 displays dialogs in playback mode...
- płci męskiej, hipostazy lokalnych bogów burzy...
- którym nabarziey iasnowidzący nic by nie dopatrzył ani nie pochwycił nie znaiąc iego żeny, taką miał w sobie przystoyność, wdzięczną postawę y...
- - Wiem...
- Ramię w ramię z nieludzkimi przeraźliwymi stworami maszerowała masa nagich postaci ludzkich - ludzi, których dusze Krwawnik schwytał z pomocą niszczącej...
- kał w sposób logiczny z form kontaktu i realizacji, które okazały się bardzozbliżone w wydaniu portugalskim i holenderskim...
- ni
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Mieszkamy w hotelu Hilton - przypomniałem Marczakowi. - To najdroższy hotel w
Bogocie. Obawiam się, że ceny w barze są odpowiednio wysokie. Co będzie, jeśli
zamówię brandy i zabraknie mi pieniędzy? Chyba pan nie chce, abym naraził na szwank
dobre imię Centralnego Zarządu Muzeów?
- Tak, tak, oczywiście. Przenigdy nie wolno nam się kompromitować - pośpiesznie
zgodził się ze mną Marczak.
- Da mi więc pan kilka pesos?
Marczak zastanowił się.
- A może zamówi pan tylko wodę sodową? - zaproponował.
- Po wodzie sodowej nie rozjaśnia się w głowie...
Marczak ciężko westchnął, pogrzebał w kieszeni i wreszcie wręczył mi monetę -
pięćdziesiąt centavos, coś w rodzaju pięćdziesięciu groszy. Czyniąc zaś ten
wspaniałomyślny gest, nie omieszkał głośno zastanowić się:
- Nie jestem pewien, czy nie łamię przepisów. Nie dano nam tych skromnych diet na
alkohol.
Nie pozostało mi nic innego, jak schować monetę do kieszeni i podziękować
Marczakowi za jego szczodrość. Wstałem z fotela i w towarzystwie Florentyny
opuściłem nasz apartament. Kilkanaście kroków szliśmy w milczeniu korytarzem, aż w
pewnej chwili znaleźliśmy się tuż obok drzwi do jej pokoju. Wtedy delikatnie dotknęła
mojego ramienia.
- Panie Tomaszu - szepnęła nieśmiało. - Chcę panu coś ofiarować.
To mówiąc włożyła klucz do zamka drzwi swego pokoju i otworzyła je na oścież.
Byłem zaskoczony. A cóż takiego chciała mi ofiarować panna Florentyna, otwierając
przede mną drzwi? Lecz ona wbiegła do pokoju i po chwili wróciła z garścią pesos w
dłoni.
- To, co dał panu dyrektor Marczak, nie wystarczy na kieliszek brandy - oświadczyła,
skromnie kryjąc oczy za opuszczonymi powiekami. - Oszczędzałam na kupno jakiegoś
drobiazgu, wiem jednak, że muszę się poświęcić dla sprawy.
- Nie mogę przyjąć od pani pieniędzy - odezwał się mój męski honor.
Monetę, którą mi wcisnęła, włożyłem z powrotem w jej dłoń i pobiegłem do windy.
Nie zamierzałem, rzecz jasna, raczyć się alkoholem. Po prostu, gdy siedziałem na
górze naprzeciw Marczaka, przyszło mi na myśl, że nie tylko my dwaj, lecz także inni
uczestnicy konferencji zapewne komentują wypadek włamania do Muzeum Złota.
Muzealnikom zaś towarzyszą muzealni detektywi, a niektórzy z nich, podobnie jak
bohater wspaniałej powieści, lubią odwiedzać bary, gdzie po kieliszku brandy rozjaśnia
się im w głowie. Chciałem znaleźć się wśród nich, posłuchać rozmów i uwag,
dowiedzieć się czegoś więcej o sprawie włamania. Garść pesos potrzebna mi była, aby
dla zacieśnienia znajomości z kimś dobrze poinformowanym, zaproponować mu właśnie
kieliszek brandy.
Po ogromnym hallu hotelowym spacerował tylko portier w liberii. Nie musiałem pytać
go o drogę, gdyż czerwony neon nad schodami prowadzącymi do podziemi wyraźnie
informował: „Coctail-bar”. Zszedłem po tych schodach do dość sporego pomieszczenia,
gdzie w półmroku królował ogromny, półkolisty bufet z wysokimi stołkami, a ściana za
10
barem przypominała witrynę sklepu z najdroższymi i najbardziej kolorowymi butelkami
przeróżnych alkoholi. Niestety, ku mojemu rozczarowaniu, coctail-bar był pusty. A
ściślej, prawie pusty. Na wysokim stołku siedziała samotnie młoda kobieta w
wieczorowej, skąpej sukni na cienkich ramiączkach i sączyła przez słomkę jakiś cocktail
z wysokiej, cienkiej szklanki. Za barem urzędował barman w białej marynarce i z czarną
muszką pod brodą - chyba Metys, bo miał oliwkową cerę, wystające kości policzkowe i
nieprzeniknioną twarz o dziwnie nieruchomych oczach. No cóż, nie uwzględniłem faktu,
że dyrektorzy muzeów zaproszeni na konferencję do Bogoty byli przeważnie starszymi
panami, nienawykłymi przesiadywać nocami w coctail-barach. Detektywi zaś, których
ze sobą przywieźli, nie należeli do osób sowicie opłacanych i jeśli naszła ich ochota na
rozjaśniającą umysł brandy, woleli chyba pójść do baru na sąsiednią ulicę, gdzie alkohol
kosztował taniej.
Zamierzałem wyjść z podziemia, gdy barman raptownie ożywił się, zrobił
zapraszający gest ręką i uśmiechnął się szeroko. W moim kierunku obróciła się także