W morzu tym spędzałem często długie godziny, zupełnie bezczynnie pozwalając się w nim po prostu unosić...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — ProÅ›ba o pomoc, która czekaÅ‚a tysiÄ…c lat, może poczekać jeszcze kilka godzin — albo dni — prychnęła Jonja...
- Chociaż trenowałem i trenowałem godzinami, nie przypuszczałem, że dwanaście zaledwie minut walki może trwać tak bardzo długo...
- Najczęściej wolno ci tylko kopiować pliki z serwera, ale często możesz także kopiować własne pliki na serwer do specjalnie w tym celu utworzonego katalogu...
- John chodził po nierównym stożku przez ponad godzinę, co chwila przestawiając dwuobiektywowe soczewki w szybce hełmu na coraz dłuższe okresy, aby spenetrować...
- hłasko marek, dom mojej matki (rtf)Chodziłem czasem na przedmieście i wałęsałem się godzinami po piaszczystych i krzywych uliczkach, gdzie przycupnęły...
- Szczegó³owa relacja o ostatnich godzinach Hitlera w bunkrze w dniu 30 kwietnia 1945 roku pochodzi od jego kierowcy Ericha Kempki...
- Było to nadal za mało jak na ich potrzeby, „wszystko było wspaniale zorganizowane, bardzo zabawne zupełnie inaczej niż obecnie jest zorganizowane nasze centrum...
- Podszed³ wprost do Nataszy wpatruj¹c siê w ni¹ uporczywie i powiedzia³:- Moja wizyta u pani o tej godzinie i bez zapowiedzi jest doœæ dziwna i przekracza granice...
- Szli w zupełnej ciszy, w milczeniu pokonywali zalaną martwym światłem drogę, a kiedy po forsownym marszu doszli do Hali Pisanej, zatrzymali się bez...
- do apteki, wykupuje receptę i postępuje zgodnie z instrukcjami lekarza, na przykład: “zażywać dwie tabletki co cztery godziny"...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Trudno to jakoś wyrazić, ponieważ jesteśmy tak bardzo przyzwyczajeni do ruchu, a pasożyty ze swej strony tak bardzo pomieszały nasze nawykowe procesy myślowe. Ale to właśnie cisza jest dla człowieka czymś naturalnym: cisza jest spokojem absolutnym. Wie o tym każdy poeta, ponieważ w ciszy zaczyna pojmować wielkość swych wewnętrznych mocy, “duszy" - jakby powiedział Wordsworth. Jeśli się rzuci kamyk we wzburzone morze, nie zobaczy się nic. Jeśli wrzuci się go w wodę spokojnego stawu, można zaobserwować każdą falę i usłyszeć, jak uderza ona o brzeg. Pasożyty utrzymywały umysły ludzkie w stanie ciągłego wzburzenia, wykorzystując do tego celu zakłócające wpływy Księżyca i to właśnie było powodem tego, że człowiek nie był nigdy w stanie spożytkować swych olbrzymich możliwości. Jedynymi, którzy w ogóle podejrzewali ich istnienie, byli poeci i tak zwani ludzie genialni.
Doszliśmy do punktu, w którym należało podjąć decyzję. Byliśmy już dziesięć dni poza Ziemią. Mieliśmy zapas paliwa wystarczający na to, by dostrzec do najbliższego sztucznego satelity. Pasożyty umysłu były bliskie załamania. Czy wolno nam ryzykować dalszy lot i być może bezpowrotne zagubienie się w przestrzeni? Przestaliśmy korzystać z wszelkich urządzeń elektrycznych wiedząc, że energia ta jeszcze będzie nam potrzebna. Statek nasz posiadał ogromne żagle fotonowe, które zostały rozwinięte zaraz po wyjściu z atmosfery ziemskiej, tak więc do pewnego stopnia byliśmy popychani przez ciśnienie światła słonecznego. Spora część energii poruszającej silniki statku również czerpana była ze Słońca. Oczywiste było jednak, że żagle fotonowe nie zdadzą się na nic w drodze powrotnej na Ziemię, jako że manewrowanie statkiem kosmicznym jest absolutnie bardziej skomplikowane niż manewrowanie jachtem. To prawda, że lecąc przed siebie zużywaliśmy bardzo mało energii. W przestrzeni nie napotykaliśmy na żaden opór, jedyną siłą, którą musieliśmy przezwyciężyć, było przyciąganie odległych planet i meteorytów, które przelatywały wokół nas z częstotliwością dwóch czy trzech na godzinę.
Postanowiliśmy podjąć ryzyko. Jakoś dziwnie nie przychodziło nam na myśl to, że nie będziemy w stanie powrócić na Ziemię. Tak więc posuwaliśmy się systematycznie do przodu, ignorując wszelkie problemy i czekając, aż pasożyty rozluźnią ucisk.
Zdarzyło się to czternastego dnia podróży i nikt z nas nie podejrzewał, że tak to będzie wyglądało. Przez całe popołudnie wyczuwałem, jak wzbiera się w nich nienawiść i strach. Od czasu kiedy pozostawiliśmy w tyle Księżyc, nigdy jeszcze umysł mój nie był tak chmurny i niespokojny... Siedzieliśmy z Reichem blisko tylnego luku, gapiąc się w kierunku oddalającej się Ziemi. Nagle twarz jego wykrzywił strach, poczułem narastającą w sobie falę paniki. Spojrzałem przez luk, aby upewnić się, czy nie zobaczył tam czegoś przerażającego. Kiedy odwróciłem się, twarz jego była sina i wyglądał jakby był bardzo chory. Wstrząsały nim dreszcze i na chwilę zamknął oczy - i raptem nastąpiła w nim .przemiana. Wybuchnął głośnym śmiechem, była to jednak zdrowa, wypływająca z głębokiego zadowolenia radość. I w tym momencie poczułem pochodzący z dna mego jestestwa rozdzierający, straszliwy ból, jakby jakieś żywe stworzenie wżerało się we mnie, by w ten sposób wydostać się na zewnątrz. Agonia fizyczna i umysłowa zlały się w jedno. Byłem pewien, że to już koniec. Usłyszałem wtedy wrzask Reicha nad uchem:
- Wszystko w porządku. Pokonaliśmy je. Odchodzą!
Wszystko co mnie otaczało było przepełnione ohydą. Coś nieskończenie złego i śliskiego wydobywało się z mego wnętrza. Na moment uświadomiłem sobie, że myliłem się traktując pasożyty jako odrębne istoty. Stanowiły jedno. Były “tym czymś", co można byłoby jedynie porównać do ogromnej galaretowatej ośmiornicy, której macki oddzielone są od ciała i mogą się niezależnie poruszać. Były niewiarygodnie wstrętne. Miałem uczucie, jakbym znalazł pod ubraniem wżartego w ciało mięsożernego ślimaka. Teraz to skrajnie podłe stworzenie wychodziło ze swej kryjówki, czułem jego nienawiść wobec mnie, nienawiść tak wszechogarniającą, że wymagałoby to znalezienia jakiejś zupełnie nowej dla niej nazwy.
Następnie przyszła przeogromna, niewyobrażalna ulga, że już po wszystkim. Moja reakcja była odmienna od Reicha. Szczęście i wdzięczność, które mnie wypełniały, były tak silne, że o mało co nie rozerwałyby mi serca, oczy zalały mi łzy, tak że światło słoneczne stało się jaśniejącą plamą, taką jaką widziałem pływając pod wodą, gdy byłem dzieckiem. Kiedy i to minęło, czułem się jak rekonwalescent, który przed chwilą był świadkiem tego, jak lekarze usunęli z jego wnętrza ohydny nowotwór.
Pozostali jedli w pokoju obok. Pospieszyliśmy tam, by powiedzieć, co stało. Wszyscy byli niezwykle podekscytowani i zaczęli zadawać nam mnóstwo pytań. Oprócz nas nikt więcej nie odczuwał tych wstępnych bólów. Wydaje mi się, że to nasze usytuowanie - spoglądaliśmy w tył ku Ziemi - było powodem tego, że pierwsi doznaliśmy tego. Poradziliśmy więc pozostałym, by przeszli do sąsiedniego pomieszczenia i ostrzegliśmy ich mówiąc, co ich czeka. Następnie przeszliśmy z Reichem na drugi koniec statku, gdzie wszystko było pogrążone w ciemnościach, aby dokonać pierwszej podróży do nowej, wolnej już krainy umysłu.