Nie widziałam go jednak...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Zdarzy³o siê wiêc, i¿ jednego razu zaszed³ do œwi¹tyni gagatek z tych rodu, dziêki którym rzecz posz³a w mowie, ¿e warszawiak w pracy, a wilk u p³uga, to jednaka przys³uga...
- - Niedobitki Shaido wycofują się na północ - oznajmiła ponuro Amys - a coraz ich więcej przekracza Mur Smoka, jednak Rand al'Thor najwyraźniej o nich...
- punktach było ono skodyfikowaniem stosowanej ju uprzednio praktyki, jednak praktyce tej dopiero teraz nadało charakter w pełni instytucjonalny...
- Jest to przede wszystkim wyraz błagania… a jednak czai się w nim podejrzenie! Ach, do licha z tymi podejrzeniami! Gdybym chciał o nim rozpowiadać, zrobiłbym to już...
- Alezji podobna jest nieco do góry Gergowii z tego, że się kończy obszernym płaskowzgórzemszczytowym, na którym wznosi się oppidum; jest jednak od Gergowii...
- w swej głowie wymalował, iż potym sztychując ono z rzeczą prawdziwą a widomą, chocia sama w sobie onad rzecz była dziwnie osobna, jednak przeciwko onej...
- w pe³ni zrealizowany ze wzglêdu na wybuch U wojny œwiatowej, to jednak podstawy prawne pos³u¿y³y jako dorobek stanowi¹cy punkt wyjœcia do prac kontynuatorskich w Polsce...
- Czemu wiÄ™c pÅ‚akaÅ‚a? ObawiaÅ‚ siÄ™ jednak, Åœe jeÅ›li bÄ™dzie próbowaÅ‚ nalegać, tylko - Nie musi mi pani od razu odpowiadać –uspokoiÅ‚ jÄ…...
- Dorcas wpięła sobie we włosy stokrotkę; kiedy jednak szliśmy wzdłuż kamiennych ścian (ja owinięty szczelnie w mój płaszcz, a tym samym całkowicie...
- aby jednak spe³ni³y one swoj¹ profilaktyczn¹ rolê, powinny byæ podane dziecku jeszcze w okresie bezobjawowym, czyli na 2-3 tygodnie przed sezonem pylenia...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Czułam go tylko i słyszałam, i to mi wystarczało.
Wyglądało jednak na to, że po zapadnięciu mroku poszukiwania straciły na intensywności.
Obawiałam się, że żołnierze otoczą teren kordonem, może przyślą jakieś patrole, a potem, o
poranku, znów rozpoczną poszukiwania na szeroką skalę.
Mój pęcherz pękał w szwach i czułam, że nie jestem w stanie dłużej czekać. Gdy tylko
się ściemniło, wiedziałam, że muszę zaryzykować i zejść z drzewa. Modliłam się, by tym
razem na polanie było pusto, by żadni żołnierze nie czekali na mnie z karabinami w rękach i
wyrazem wilczej radości na twarzach. Poruszałam się powoli i ociężale jak koala, lecz równie
cicho, centymetr po centymetrze, uważnie macając w poszukiwaniu punktów oparcia,
zatrzymując się i nasłuchując po każdym przesunięciu się w dół.
Najbardziej przerażające były ostatnie trzy metry. Czułam się zupełnie bezbronna. Nie
miałam absolutnie żadnej możliwości obrony, a oni mogli mnie zobaczyć jak na dłoni.
Mogłam zarobić kulkę w plecy i zginąć, nawet nie zobaczywszy twarzy osoby, która mnie
zastrzeliła. Starałam się nie myśleć, jak by to było, ale w przeszłości dość często
wyobrażałam sobie taką chwilę. Doszłam do wniosku, że siła rażenia wywołałaby szok w
całym moim ciele: runęłoby w dół tak szybko i niespodziewanie, że w zasadzie niewiele bym
poczuła, wszystko skończyłoby się w kilka sekund. To było jedyne pocieszenie, jakie
umiałam sobie zaoferować.
Gdy moje stopy dotknęły ziemi, natychmiast przykucnęłam i szybko się rozejrzałam,
próbując zobaczyć, co się dzieje na polanie. Plecak na moich plecach uderzył jednak w pień i
przewrócił mnie na bok. Poza tym wielogodzinny bezruch też dawał mi się we znaki, więc nie
byłam w stanie szybko się pozbierać. W rezultacie niczego nie zobaczyłam. Musiałam się
wysilać, by znów stanąć na nogi. Jak zwykle nie okazałam się wysportowaną leśną
wojowniczką, lecz niezdarnym misiem koala. Pod tym względem nic się nie zmieniło.
Kiedy w końcu udało mi się odzyskać równowagę, przykucnęłam, by przyjrzeć się
polanie. Na kilka minut naprawdę zapomniałam o pęcherzu. Jeszcze przed chwilą uznałabym,
że to niemożliwe, ale to chyba kolejna korzyść płynąca ze strachu.
Na polanie panował całkowity spokój. W każdym razie przez mniej więcej dziesięć
sekund. Potem usłyszałam hałas. Typowy leśny odgłos, dźwięk wydany przez innego misia
koalę albo przez oposa, który po zmroku złazi z drzewa, by rozpocząć wieczorny obchód.
Tylko że to nie był żaden opos. To musiał być człowiek-opos w wydaniu Fi, Kevina albo
Homera. Nie czekałam jednak, by sprawdzić, w czyim dokładnie. Miałam ważniejsze
zmartwienie na głowie. Szybko manipulowałam przy guzikach dżinsów z nadzieją, że zdążę
je rozpiąć.
Mało brakowało, ale udało się.
Dopiero potem - a trochę to trwało - zadałam sobie trud, by spojrzeć, kto schodzi z
drzewa. Ktokolwiek to był, dotarł już prawie na ziemię. Miałam jedynie nadzieję, że nie
robiłam tyle hałasu co on lub ona. Podkradłam się jednak bliżej, idąc najciszej, jak umiałam.
To był Homer. Chciałam go uściskać, ale nie był zainteresowany. Gnębił go ten sam problem
co przed chwilą mnie. Dopiero gdy go rozwiązał, był gotów na powitanie.
Potem usłyszałam, że Kevin i Fi też schodzą z drzew. Ja i Homer rozglądaliśmy się w
ciemności, mając rozpaczliwą nadzieję, że nie zauważymy żadnego śmiertelnego zagrożenia.
Gdy znów stanęliśmy w komplecie, odbyliśmy szybką szeptaną naradę. Nasze szepty
były tak ciche, tak skrótowe, że cała rozmowa przypominała mi motyle dotykające leciutko
liści drzew.
- Musimy stąd wiać - szepnęła mi do ucha Fi.
- Wiem. Ale mogli wysłać patrole.
- Trzeba zaryzykować - powiedział Homer niskim pomrukiem. - Jutro będzie tu zbyt
niebezpiecznie.