- Nie tylko Mike został tej nocy porznięty jak świąteczny indyk - powiedział w końcu Eddie...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Czy to ojczyzna moze byc kiedyniekiedy, byc i nie byc na przemian? Ojczyzna moze byc tylko kraj stanowiacy nieprzerwalnie teren historyczny narodu, i to teren centralny...
- Najczęściej wolno ci tylko kopiować pliki z serwera, ale często możesz także kopiować własne pliki na serwer do specjalnie w tym celu utworzonego katalogu...
- – Nie masz powodu, by kochać którekolwiek ze swych rodziców, Gwydionie – powiedziaÅ‚a Morgiana i jej dÅ‚oÅ„ zacisnęła siÄ™ na jego rÄ™ce, ale zadziwiÅ‚...
- – Kiedy tylko dotrzemy tam, gdzie majÄ… w miarÄ™ rozwiniÄ™ty przemysÅ‚ – dodaÅ‚ po chwili – bÄ™dziemy musieli sprawić sobie trochÄ™ odtylcowych...
- Już dawniej kilka razy udało mi się wślizgnąć między Żydów pracujących we dnie poza gettem; kontrola nie była ścisła, chyba tylko wariat pchałby...
- — Siadaj, chÅ‚opaku — powiedziaÅ‚ dowódca...
- – Zgadzam siÄ™ – powiedziaÅ‚a nie ociÄ…gajÄ…c siÄ™ Colette...
- — Tego kuÅ›nierza mogÅ‚abyÅ› lepiej pamiÄ™tać, skoro zetknęłaÅ› siÄ™ z nim osobiÅ›cie — powiedziaÅ‚am z niezadowoleniem i naganÄ…...
- — Chce pan powiedzieć, że rurÄ™ zaÅ‚ożono, kiedy nie byÅ‚o jeszcze krateru ani tego wÄ…wozu? — spytaÅ‚em...
- Służy też temu miejscu i ono, cośmy w pytaniu: Jeśli czarownicy czary swoje zawsze z szatanami odprawują? powiedzieli, gdzie położyła się przeszkoda trojaka,...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Henry wyglądał, jakby przetrwał całe dwanaście rund z Rockym Balboa w Cuisinart.
- N-n-nadal chcesz zadzwonić na p-p-policję, B-b-beverly?
Na nocnym stoliku leżały chusteczki higieniczne, ale zalane perrierem zmieniły się obecnie w gąbczastą, wilgotną masę. Weszła do sypialni, obeszła ciało szerokim łukiem, wzięła ręcznik i zmoczyła go zimną wodą. Gdy dotknęła nim swojej rozpalonej, nabrzmiałej twarzy, poczuła się naprawdę cudownie. Miała wrażenie, że nareszcie znowu jest w stanie myśleć trzeźwo - nie tyle rozsądnie, ile właśnie trzeźwo. Ogarnęło ją przekonanie, że gdyby starali się teraz postępować racjonalnie, nie pożyliby długo. To by ich zabiło. Ten gliniarz Rademacher. Był podejrzliwy. Niby dlaczego nie? Ludzie nie dzwonią do biblioteki o wpół do czwartej nad ranem. Przypuszczał, że miała coś wspólnego z tą napaścią. Kto wie, może nawet była współwinną? Co by pomyślał, gdyby wiedział, że dzwoniła z pokoju, gdzie na podłodze leżał trup mężczyzny z rozprutym brzuchem i wbitą weń szyjką butelki po wodzie perrier? Co by powiedział, gdyby się okazało, że ona i czterech innych facetów przybyło do miasta zaledwie dzień wcześniej na małe spotkanko po latach i dziwnym trafem ten gość wziął udział we wspomnianym spotkaniu? Czy kupiłaby tę historię, gdyby była na jego miejscu? Czy ktokolwiek byłby w stanie to kupić? Naturalnie, mogłaby jeszcze dodać, iż prawdziwym celem ich przybycia do Derry było ostateczne zniszczenie potwora gnieżdżącego się w kanałach pod miastem. To z pewnością dodałoby całej historii wymaganej odrobiny realności i prawdopodobieństwa. Wyszła z łazienki i spojrzała na Billa.
- Nie - powiedziała. - Nie chcę powiadamiać policji. Myślę, że Eddie ma rację - coś mogłoby się nam przydarzyć. Jakiś śmiertelny wypadek. Ale to nie jest ostateczny powód. - Spojrzała na czterech przyjaciół. - Złożyliśmy przysięgę - przypomniała. - Przyrzekliśmy to. Bratu Billa... Stanowi... i wszystkim innym... a teraz również Mike’owi. Jestem gotowa, Bill.
Bill spojrzał na pozostałych. Richie skinął głową.
- W porządku, Wielki Billu. Spróbujemy.
- Nasze szansę przedstawiają się gorzej niż kiedykolwiek - stwierdził Ben. - Dwóch z naszej grupki odpadło.
Bill nie odezwał się ani słowem.
- Dobra. - Ben skinął głową. - Ona ma rację. Przysięgaliśmy.
- E-e-eddie?
Eddie uśmiechnął się nieśmiało.
- Wydaje mi się, że znów będziesz musiał znieść mnie na barana, no nie? Jeżeli ta drabinka jeszcze tam jest.
- Tym razem nikt nie będzie w nas ciskał kamieniami - wtrąciła Beverly. - Oni nie żyją. Wszyscy trzej.
- Idziemy już teraz, Bill? - zapytał Richie.
- T-t-tak. W-w-wydaje mi się, że j-już czas.
- Czy mogę coś powiedzieć? - spytał nagle Ben.
Bill spojrzał na niego i uśmiechnął się pod nosem.
- P-p-proszÄ™ bardzo.
- Jesteście najlepszymi przyjaciółmi, jakich kiedykolwiek miałem - rzekł Ben. - Niezależnie od tego, jak się wszystko skończy... Po prostu... no, wiecie, chciałem wam to powiedzieć.
Rozejrzał się wokoło, wodząc wzrokiem po ich twarzach. Odpowiedzieli mu spojrzeniami pełnymi powagi i zamyślenia.
- Cieszę się, że was sobie przypomniałem - dorzucił. Richie prychnął. Beverly zachichotała. A potem wszyscy wybuchnęli śmiechem i pomimo że Mike był w szpitalu, balansując na krawędzi życia i śmierci i być może właśnie dogorywał, mimo że Eddie miał (znowu) złamaną rękę i choć było diablo wcześnie, patrzyli na siebie nawzajem i czuli się tak, jak przed laty, za starych, dobrych czasów.
- Humbak, ty umiesz się tak ładnie wyrażać? - zdziwił się Richie, śmiejąc się i ocierając oczy. - To on powinien być pisarzem, Wielki Billu.
Bill, wciąż się uśmiechając, powiedział: - I t-t-tą u-uwagą...
5
Pojechali pożyczoną limuzyną Eddiego. Prowadził Richie. Mgła była coraz większa, sunęła ulicami niczym gęste kłęby papierowego dymu, choć nie obejmowała swoim zasięgiem zapalanych latarni ulicznych. Gwiazdy na niebie były drobniutkimi okruchami lodu - wiosenne gwiazdy... ale odwracając głowę ku na wpół otwartemu oknu po stronie pasażera, Bill miał wrażenie, że słyszy dobiegający z oddali huk gromu letniej burzy. Gdzieś, za linią horyzontu, zanosiło się na burzę. Richie włączył radio i usłyszeli Gene’a Vincenta śpiewającego Be-Bop-A-Lula. Wcisnął inny guzik i złapał Buddy’ego Holly’ego. Po trzecim przełączeniu kanału rozległy się dźwięki Summertime Blues Eddiego Cochrana.
- Chciałbym ci pomóc, synu, ale jesteś zbyt młody, aby głosować - rzekł basowy głos.
- Wyłącz to, Richie - powiedziała cicho Beverly.
Wyciągnął rękę i nagle jego dłoń znieruchomiała.
- Posłuchajcie dalszego ciągu koncertu Richiego Toziera - show wszystkich tych, którzy odeszli! - rozległ się pełen rozbawienia, wrzaskliwy głos klowna dobiegający pośród dźwięków piosenki Eddiego Cochrana. - Nie dotykaj wyłącznika, niech gra, najwyżej podkręć głos, podkręć głos na cały regulator, o tak, tak, słuchajcie tych piosenek z najwyższych miejsc list przebojów sprzed lat i jedźcie dalej, tak, tak, przyjedźcie tu, przyjedźcie wszyscy! Kiedy już znajdziecie się tu na dole, usłyszycie prawdziwy koncert! Zagramy same hity! Saaame przeboje! A jeśli mi nie wierzycie, posłuchajcie naszego gościa, dyskdżokeja podczas tej cmentarnej zmiany, George’a Denbrougha. Powiedz im, George!
I nagle przez radio dobiegł ich piskliwy głos George’a. Wysłałeś mnie tamtego dnia i To mnie zabiło! Myślałem, że To było w piwnicy, Wielki Billu, a To było w kanale, To było w kanale i To mnie zabiło, pozwoliłeś, aby To mnie zabiło, pozwoliłeś, aby To... Richie wyłączył radio, robiąc to tak gwałtownie, że aż oderwał gałkę. Potoczyła się na matę wyściełającą podłogę.
- Mam już po dziurki w nosie tego starego rock and rolla - powiedział. Jego głos drżał nieznacznie. - Bev ma rację. Dajmy sobie teraz spokój z muzyką, dobra? Co wy na to?