Należało się spodziewać, że ze wszystkich Verealów przede wszystkim don Diego uszanuje świętość tradycji, tymczasem właśnie don Diego stał się sprawcą...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Byæ mo¿e, i¿ tu w³aœnie odkryjemy jeszcze dziedzinê naszego wynalazku, dziedzinê, w której zdobyæ siê mo¿emy jeszcze na oryginalnoœæ, naprzyk³ad [!] jako parodyœci...
- Ed siedział właśnie przy biurku w rogu swojego salonu sprzedaży żując pierwsze tego dnia cygaro, kiedy zobaczył dwóch mężczyzn w roboczych koszulach i...
- • skrzynia biegów, dÅ‚uga – ponieważ jest wiele szybkich partii (Å‚uki, czasami proste), na których to wÅ‚aÅ›nie dużą prÄ™dkoÅ›ciÄ… można sporo...
- Minąłem pokój znajdujący się obok i poczułem na sobie wzrok pedantycznej Gülizar, nerwowej Gülendam i Gülcihan, która właśnie wróciła, położywszy do...
- ottawskich, wspomni, ile czasu i pieniędzy pochłonie prześwietlenie, i zapewni pacjenta, żewykonane właśnie badanie daje niemal stuprocentowo pewne...
- nawet wtedy, kiedy została już sprasowana w kostki, i właśnie dlatego trzeba ją było Szczęście bywa czasami bardzo kapryśne...
- binka, pogrążony w myślach; właśnie doszedłem do wniosku, że druga filiżankakawy dobrze by mi zrobiła, kiedy ciszę rozdarł przeraźliwy krzyk...
- Co jeszcze świeżego dodałaby Iza? Liście malin! Właśnie tego mi trzeba! Nie ma to jak liść maliny na poranne nudności...
- Odważyła się podnieść wzrok i spostrzegła Horacego, który siedział za kontuarem i podnosił właśnie do oczu gazetę...
- W sklepie bierzesz towar w ręce, dokładnie go oglądasz, a jak jesteś przekonany, że właśnie on ci jest potrzebny - płacisz...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Najstarsze swoje dziecko, córkę, wydał bardzo wcześnie za mąż za Cabrilla. Cabrillowie byli fabrykantami likierów w mieście Meksyku, gorzej jeszcze, byli to ludzie nowi, nawet w środowisku fabrykantów wódek.
Jeżeli cofniemy się o jedną generację wstecz, skonstatujemy, że historia tej rodziny zapada się nagle w nieprzeniknioną ciemność. Mówiono, że stary Cabrillo, który pchnął swój ród na wyższy szczebel społeczny, sam był jeszcze zwykłym chłopem. Jedno było pewne: kobiety i mężczyźni w tej rodzinie nosili na swoich tępych twarzach piętno pospolitego pochodzenia. Wszyscy prócz Franciszka, ten za młodu był szczupły i zgrabny, wesoły i miły w obejściu. Pewnie dlatego zauważył go don Diego. Zaprzyjaźnili się, zżyli z sobą i w końcu Vereal zaręczył z tym człowiekiem swoją jedyną córkę.
Zanim to zrobił, nie widział w ogóle rodziny swego młodego przyjaciela. Franciszek bowiem trzymał ostrożnie swoich krewnych z daleka od San Triste. Kiedy jednak w dniu ślubu zjechali, by być świadkami uroczystości, i kiedy Vereal zobaczył typy wytworzone przez tę rasę ludzką: krótkie nosy, małe oczy, grube wargi - wzdrygnął się ze wstrętem. Ale sprawy zaszły już za daleko i nie można było wstrzymać biegu wypadków. Córka Vereala wyszła za Cabrilla i z tego małżeństwa narodził się syn Manuel. Co kryło się w głębinach jego serca, nie wiadomo, z powierzchowności sądząc, był to prawdziwy Cabrillo. Miał krótkie, pałąkowate nogi, szeroki tors, długie mocne ramiona, szyję grubą jak u zapaśnika, dużą głowę o niskim czole i wystającą szczękę. Kształcono go oczywiście we Francji, szlif i ogładę otrzymał z rąk wytrawnych nauczycieli, może ich wysiłki odniosły skutek co do jego umysłu, nie mogli jednak zmienić jego powierzchowności. Wyglądał na dużą małpę i niekiedy tak się zachowywał. Odziedziczył ogromną fortunę Verealów, wzmocnioną i pomnożoną dzięki działalności Józefa Simona.
Tego dnia siedział pod palmami rosnącymi na skraju wzgórza, na którym stał pałac Verealów. Naprzeciw niego siedział Fryderyk de Alverado. Był to, od czasu wygaśnięcia Verealów, przedstawiciel najstarszej i najbardziej szanowanej w mieście rodziny. Wysoki i prosto się trzymający dżentelmen w średnim wieku, był typem zupełnie od Cabrilla odmiennym; twarz miał szczupłą, oczy ciemne, a ręka, w której trzymał szklankę wina była tak wąska i delikatna jak ręka kobiety. Od razu nasuwał się wniosek, że od wielu pokoleń żaden Alverado nie zhańbił swego ducha i nie spospolitował ciała pracą fizyczną.
Alverado był ubrany tak, jak gdyby miał za chwilę pójść na przechadzkę na paryski bulwar, zasiąść w kawiarni przy szklance jasnego piwa i przyglądać się rozmarzonym wzrokiem śpieszącym dokądś, rozgadanym, strojnym paryskim tłumom. Natomiast żaden strój nie był w stanie przeobrazić Cabrilla w człowieka cywilizowanego. Potężne muskuły niezgrabnie wypychały marynarkę w ramionach. Nie umiał przyzwoicie siedzieć, ubranie jego, w dziesięć minut po włożeniu, było już pogniecione, a zanim zdążył przejść kilka kroków, ślicznie wyczyszczone buciki pokrywały się kurzem i miały obdrapane nosy. Choć nosił zwyczajne, przyzwoite ubranie, jeden szczegół zdradzał barbarzyńcę: okręcony był kilkakrotnie w pasie jaskrawo kolorową szarfą. Rozwalał się na krześle, głowę miał spuszczoną, nogi rozkraczone. We Fryderyku de Alverado wzbudzał taki wstręt, że gość nie mógł wprost patrzeć na pana domu, a jeżeli już koniecznie musiał spojrzeć w jego stronę, obierał sobie za punkt obserwacji jakiś określony przedmiot: guzik przy ubraniu albo sztywny biały kołnierzyk ściskający dokuczliwie byczą szyję Cabrilla.
Rozmawiali dotąd o różnych drobnych zdarzeniach, ale Cabrillo należał do tego typu ludzi, którzy nienawidzą stopniowego zbliżania się do właściwego tematu. Lubił za jednym zamachem znaleźć się w samym sednie sprawy. Gwałtownym ruchem podniósł szklankę wina do ust, skrzywił się połykając jej zawartość i parsknął niezadowolony.
- Przynieś tequilę! - krzyknął głośno.
Zza krzaków wyłoniła się biało odziana postać służącego, który tam czekał na rozkazy.
- To wino, to prawdziwa woda. Napełnia brzuch i nie sprawia żadnej przyjemności. Dawaj prędko tequilę.
Cabrillo niecierpliwił się, czekając na nową butelkę, zerwał się z krzesła i zaczął charakterystycznym, chwiejnym krokiem chodzić tam i z powrotem po tarasie. Nie mógł się doczekać, więc wyrwał służącemu szklankę z ręki, napełnił ją po brzegi bezbarwnym napojem i wychylił duszkiem. Po czym dysząc ciężko, upadł na krzesło, przymknął oczy i rozkoszował się uczuciem wewnętrznego ognia, spowodowanym mocnym trunkiem. Marynarkę miał rozpiętą i kilka kropel napoju upadło mu na koszulę. Chciał je zetrzeć, ale ręce miał wilgotne, więc plamy rozmazały się. Wzruszył wówczas ramionami, zaśmiał się gardłowym śmiechem, ruchem dłoni odsunął od siebie te drobne niedogodności i zwrócił się do towarzysza, którego twarz wyrażała najwyższe skrępowanie.
- Teraz, amigo mio, mogę rozmawiać - odezwał się serdecznym głosem. - Gdyby nam Pan Bóg nie dał tego napoju, byłbym człowiekiem niemym! Ale teraz mogę gadać. Sprowadziłem pana tutaj, bo chcę, byśmy zostali najlepszymi przyjaciółmi!
Alverado skłonił się w milczeniu i ruchem całej postaci podziękował grzecznie za te słowa. Po czym szybko odwrócił oczy. Wzrok jego objął trawniki, łagodny spadek tarasów, wielkie cyprysy rosnące za rzeką Sabriną, która ze wschodu i północy okalała ogród. Ktoś wiosłował na Sabrinie i Alverado nie mógł oczu oderwać od leniwego ruchu lśniących wioseł. Domyślał się, co teraz nastąpi i konał ze strachu.