miejskich; on, Francuz, wesoły hulaka – flamandzkich piwoszów; i to w dodatku publicznie...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- public static void main(String[] args) { analyze("I am happy about this"); analyze("I am not happy about this"); analyze("I am not! I am happy");...
- Schemat A2Zalenoci wystpujce midzy rozwojem public relations w Niemczech i w Stanach ZjednoczonychPraktyka PR w Niemczech przed 1945 rokuPraktyka PR...
- Artyku 105 1 EgzAdmU wymienia sposoby sprzeday rzeczy zajtej w toku egzekucji z ruchomoci:1) sprzeda w drodze licytacji publicznej,2) sprzeda po cenie...
- Już samo podanie w polskiej telewizji publicznej informacji o wyrażeniu przez kogoś krytycznej opinii o wspomnianym festiwalu (firmowanym wszak przez TVP) było...
- Ten bohaterski duch męstwa i wytrzymałości, który zatarł publiczne i prywatne nieporozumienia w całej flocie, jest wielkim legatem lorda Nelsona, potrój nie...
- W końcu wybuchnął jak francuska bomba wodorowa, dwadzieścia pięć kilometrów nad Sidi Ben Hassid, oślepiając wszystkich, którzy na niego patrzyli...
- Cortegiane lub z francuska courtisane swym źródłosłowem odnoszą się do dworu, bo w ów czas dwór staje się miejscem zdobywania i sprawowania władzy...
- informatyka-jezyk-c-dla-mikrokontrolerow-avr-od-podstaw-do-zaawansowanych-aplikacji-tomasz-francuz-ebook volatile, Patrz...
- Wasilij huknął Francuza w głowę, nad lewym uchem, jego własnym pistoletem...
- Opaque copy (directly or through your agents or retailers) of that edition to the public...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Zaprawdę tak nużących a fałszywych grymasów nigdy jeszcze chyba nie zdarzyło mu się stroić
dla królewskiej przyjemności.
Kardynał obrócił się więc ku drzwiom, i to najuprzejmiej w świecie (tak bardzo potrafił się o
to starać), gdy odźwierny oznajmił donośnie: „Panowie posłowie jaśnie oświeconego księcia
Austrii”. Nie trzeba chyba mówić, że oczy całej sali również zwróciły się w tamtą stronę.
I oto – z powagą, jakże odbijającą od niesforności duchownego orszaku Karola de Bourbon –
zaczęło wchodzić parami czterdziestu ośmiu posłów Maksymiliana Austriackiego. Wielebny w
Bogu ojciec Jan, opat Św. Alberta, Kanclerz Złotego Runa, i Jakub de Goy, pan na Dauby, wielki
bajliw Gandawy, kroczyli na przedzie. Wśród zebranych zaległa głęboka cisza, przerywana
22
niekiedy jeszcze stłumionym śmiechem. Przysłuchiwano się tym dziwacznym nazwiskom i tym
wszystkim mieszczańskim tytułom, które wchodzące persony wymieniały z powagą
odźwiernemu, odźwierny zaś rzucał je w tłum, mieszając i przekręcając niemiłosiernie. Był tam
więc mistrz Loys Roelof, ławnik miasta Louvain, i imć Klays d’Etuelde, ławnik Brukseli; imć
Paweł de Baeust, pan na Voirmizelle, przedstawiciel Flandrii, mistrz Jan Coleghens, burmistrz
miasta Antwerpii, mistrz Jerzy de la Moere, pierwszy ławnik sądu miasta Gandawy, i mistrz
Gheldolf van der Hage, przedstawiciel właścicieli ziemskich tegoż miasta, i wielmożny
Bierbecque, i Jan Pinnock, i Jan Dymaerzelle itd., itd., itd. – bajliwi, ławnicy, burmistrze;
burmistrze, ławnicy, bajliwi; a wszyscy sztywni, nadęci, wykrochmaleni, odświętnie wystrojeni
w aksamity i adamaszki, w czarnych aksamitnych kapturach z chwastami z nitek cypryjskiego
złota; poczciwe głowy flamandzkie w gruncie rzeczy, oblicza godne i surowe, z gatunku tych
silnych i poważnych twarzy, które się odcinają na ciemnym tle Nocnego rontu Rembrandta.
Ludzie ci mieli wypisane na czołach, że Maksymilian Austriacki słusznie uczynił „zdając się
całkowicie – jak głosił jego manifest – na ich rozsądek, męstwo, doświadczenie, uczciwość i
roztropność”.
Jeden z nich tylko wyróżniał się spośród towarzyszy. Twarz miał subtelną, inteligentną, chytrą
– istny pyszczek małpy czy też dyplomaty. A choć zwał się on tylko Wilhelmem Rymem i był
radcą i dostojnikiem miasta Gandawy – kardynał podszedł doń i powitał go głębokim ukłonem.
Niewielu wówczas ludzi wiedziało, kim był Wilhelm Rym. Niecodzienny ten geniusz w epoce
rewolucji zajaśniałby świetnie na powierzchni wydarzeń, ale w wieku piętnastym musiał się
ograniczyć jedynie do tajemnych, podziemnych intryg, do „życia w podkopach”, jak powiada
książę de Saint-Simon. Zresztą Wilhelma Ryma cenił też sobie wielce pierwszy ;,mistrz
podkopów” w Europie. Ludwik XI dopuścił go do poufałości w swych knowaniach. Rym często
przykładał swej ręki do tajnych spraw króla. Lecz nie wiedziała o tym ciżba patrząca w
zachwycie, jak wiele grzeczności świadczy kardynał temu mizernemu flamandzkiemu bajliwowi.
IV
MISTRZ JAKUB KOPENOL
Kiedy dostojnik miasta Gandawy i jego eminencja kardynał składali sobie nawzajem niskie
ukłony i wymieniali po cichu kilka słów, jakiś człowiek, wysoki, o szerokim obliczu i potężnych
barach, stanął u wejścia zamierzając przepchnąć się tuż za Wilhelmem Rymem, jak brytan obok
lisa. Jego filcowy kapelusz i skórzana kurta tworzyły plamę na tle otaczających go aksamitów i
jedwabi. Odźwierny sądząc, że to jakiś zabłąkany koniuszy, zastąpił mu drogę.
– Hola, przyjacielu, tutaj nie wolno!
Mężczyzna w skórzanej kurcie odepchnął go ramieniem.
– A ten hultaj czego chce ode mnie? – zapytał głosem tak gromkim, że uwaga całej sali
zwróciła się ku tej niezwykłej rozmowie. – Nie widzisz, że jestem jednym z posłów?
– Wasze imię, panie? – zapytał odźwierny.
– Jakub Kopenol.
– Urzędy wasze i tytuły?
– Pończosznik, spod wywieszki „Trzy Łańcuszki” w Gandawie. Odźwierny aż się cofnął.
Oznajmiać ławników i burmistrzów – od biedy ujdzie jeszcze; ale pończosznika – tego już było
23
mu za wiele! Kardynał kręcił się jak na szpilkach. Cały zgromadzony lud patrzył i słuchał. Od
dwóch dni już jego eminencja ze wszystkich sił starał się okrzesać nieco te flamandzkie
niedźwiedzie, żeby je można było pokazywać publiczności – i oto masz, taki wybryk!
Tymczasem Wilhelm Rym ze swym przebiegłym uśmiechem na ustach zbliżył się do
odźwiernego.
– Oznajmijcie mistrza Jakuba Kopenola, pisarza ławników miasta Gandawy – szepnął doń
bardzo cicho.
– Odźwierny! – powtórzył głośno kardynał – oznajmijcie mistrza Jakuba Kopenola, pisarza
ławników miasta Gandawy.
Był to błąd. Wilhelm Rym bez jego pomocy wybrnąłby z trudnej sytuacji; ale Kopenol
usłyszał słowa kardynała.
– Nie, na Krzyż Pański! – zawołał swoim grzmiącym głosem – Jakub Kopenol, pończosznik!
Hej, odźwierny, czy mnie słyszysz? Ani więcej, ani mniej. Na Krzyż Pański! Pończosznik – to
piękne rzemiosło. Sam jaśnie oświecony arcyksiążę nieraz musiał szukać swojej rękawiczki w
portkach, które w moim warsztacie uszyto.
Wybuchły śmiechy i oklaski. Paryżanie w lot pojmują każdy żart i oklaskują go sowicie.
Dodajmy jeszcze, że Kopenol był z ludu i że otaczająca go publiczność również z ludu była.
Toteż porozumienie pomiędzy nim a tłumem nastąpiło natychmiast, błyskawicznie i żeby tak
rzec, na równej stopie. Dumny wybryk flamandzkiego pończosznika upokarzając dworskich
dygnitarzy poruszył we wszystkich tych plebejskich duszach jakieś niejasne i nie skrystalizowane
jeszcze w piętnastym wieku poczucie godności. Ten pończosznik był im równy, a oto samemu
kardynałowi stawił czoło. Słodka to była myśl dla biedoty przywykłej do szacunku i
posłuszeństwa sług pachołków bajliwa, opata Świętej Genowefy, który nosił tren płaszcza
kardynała.
Kopenol skłonił się dumnie jego eminencji, a kardynał oddał ukłon wszechmocnemu
mieszczaninowi, którego się sam Ludwik XI obawiał. Po czym, ścigani uśmiechem Wilhelma
Ryma, „człeka mądrego, a złośliwego”, jak powiada Filip de Comines, uśmiechem wyrażającym
wyższość i drwinę, rozstali się i zajęli swoje miejsca – kardynał strapiony i zmieszany, Kopenol