i przez to trochę pomniejszony wyznawca Jarosława oraz Jan B...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- W jakiej więc mierze obiektywny jest uzyskany przez nas opis świata, w szczególności - opis świata atomów? Fizyka klasyczna opierała się na przekonaniu (może...
- Istotne jest, iż te dokumenty obejmują okres wykraczający poza ramyczasowe działania obecnego Parlamentu, a tym samym poza okres sprawowania władzy przez...
- Chciałabym mękę waszej pracy pić przez rurkę, jak komar krew hipopotama - o ile to możli-we w ogóle - i przemieniać na moje idejki, takie piękne, takie motylki,...
- Ulice Mardecin wybrukowane były granitowymi płytami, wytartymi przez całe pokolenia stóp i kół wozów, wszystkie zaś budynki zbudowano albo z cegły, albo z...
- ver appetebat, cum Hannibal exhibernis movit; c) cum explicati-vum lub coincidens = gdy, skoro,przez to, e (z tyme trybem i cza-sem, jaki jest w zdaniu...
- czstki (przed zmierzeniem jej cech), ktra nie znajduje si nigdziew przestrzeni i czasie? Jeli za jeden obiekt uwaa to, co jestopisywane przez jeden wektor...
- Odwrci si tyem do wiata reflektora i osaniajc oczy przed blaskiem bijcym mu spod ng, sprbowa zajrze w krysztaow gbin jak przez ld, ktry skuwa jezioro...
- Przez jakiś czas obserwowałem ich i może dlatego, że byli nowi, patrzenie na nich sprawiało mi przyjemność; przy nich czułem się bezpieczny...
- 2asmienia jednostki czy dominacji nad ni, lecz w celu ochrony praw zagroonych przez inne instytucje spoeczne: Jednym z najtrudniejszych aspektw spoecznego...
- uśmierzyć bizony, gdy klatki przez dłuższy czas pozostaną odkryte?Tymczasem orszak zbliżył się do pierwszej klatki, przy której trzymało...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
, który widocznie utrzymał się przy nich do wieczora.
– Może wypijemy? – uśmiechnąłem się bez przekonania do kolegi ze studiów, który dalej ciągnął opowiadanie, ale bałem się, że lada chwila skończy i zacznie serdecznie a szczerze wypytywać, jak mi leci. Zmartwiłem się jego wyjaśnieniem, że nie może, bo właśnie prowadzi motor i musi dziś jeszcze przejechać prawie dwieście kilometrów, rozłożyłem bezradnie ręce, ucieszyłem się raz jeszcze z naszego nieoczekiwanego spotkania, usłyszałem, że on cieszy się także. I właśnie wtedy, już właściwie przy końcu, spytał, jak mi leci, a ja odpowiedziałem, że nieźle, dokładnie tak, jak to sobie przed chwilą wymyśliłem, poparłem to mocnym uściskiem dłoni i dodałem .też, że się jeszcze nie ożeniłem.
– Pewnie – powiedział teraz on. Przyglądał mi się dokładnie, sprawdzał jakość butów, garnituru, krawata. – Pewnie – powtórzył. – Tutaj w mieście... – Posmutniał trochę. – No, lecę. Czekają tu na ciebie. No to cześć! Najserdeczniej.
– No to cześć! – Skręciłem w stronę Jarosława. – Na pewno się kiedyś spotkamy.
– Na pewno.
Zobaczyłem jeszcze, że przerzuca książkę telefoniczną, potem usiadłem na wolnym krześle przy barku. Jarosław przysunął w moją stronę przygotowany jarzębiak.
Jeśli nie masz innych planów, może wpadniesz dziś z nami do niego – wskazał krótko ostrzy-
żonego szerokiego. – Obiecuje koniak.
Powiedziałem, że może wpadnę, i Jarosław zamówił dla mnie następny jarzębiak. Z boku Jan B. obiecywał rewanż.
– Już wkrótce ukaże się specjalny numer wymienił nazwę miesięcznika – poświęcony ro-mantykom. Nie może w nim zabraknąć głosu eseisty Sobieskiego. Tak, tak, powinniście brać z niego wzór. Z daleka od łatwych .koniunktur tworzy autentyczne wartości kulturowe.
Jan B. zdradził mi kiedyś, że posiada pewien udział w autorstwie tych esejów, przy czym re-zygnuje z umieszczenia swojego nazwiska w zamian za pewne rekompensaty finansowe.
Kolega z uniwersytetu roześmiał się przy słuchawce, przekazując trochę za głośno pozdro-wienia od siebie i żony.
Pomyślałem, że Ewa mogła po prostu iść do kina. Od dawna szykowała się na słynny film ja-pońskiego reżysera. Wyszła rzeczywiście wcześnie rano, załatwiła sprawy ze swoją firmą; po-szła do kina, a potem na spacer. Przez chwilę nawet ta myśl wydawała mi się zupełnie prawdo-podobna.
– Tak, tak, niełatwo jest oderwać się od wirówki nonsensu w „Cafe Snob”, a eseista Sobieski to potrafi.
Oczywiście do kina na pewno nie poszła, nigdy nie chodziła sama. Mogła na przykład wstą-
pić do tych znajomych, u których byliśmy wczoraj, do tej lekarki, mogła czegoś u niej zapomnieć i teraz wrócić i zostać na herbacie. Albo mogły razem pójść do kina. Potem pomyślałem, że jeżeli rzeczywiście wyszła o piątej rano, to sprawa może wyglądać jeszcze gorzej, i wtedy właśnie przez chwilę zacząłem się bać. Ale odrzuciłem zaraz tę myśl i tę sprawę czując znów ciężar odpowiedzialności i winy, wróciłem do historii z kinem, która nie była dla mnie taka nie-korzystna – Ewa mogła uspokoić się, porozmawiać z ludźmi. Wydawało mi się, że za dużo rozmawialiśmy ze sobą, że za dużo sobie mówiliśmy, za często byliśmy razem. A może właśnie Ewa wyjechała na parę dni, na tydzień? Pomyślałem, że chyba nie czułbym się z tym źle. Potem znów zrobiło mi się jej żal i poczułem za to złość do siebie. Przypomniałem sobie, jak mówiła mi, że wyjedzie na parę dni, obserwując mnie uważnie, wyczekując mojej reakcji, a ja odpowiadałem wykrętnie, czując jej ciężką, duszącą podejrzliwość.
– Mamy wiadomości, że ona – pokazał Jarosław dziewczynę – ma ojca nauczyciela, który spłukuje się na nią, oraz szesnaście lat. Ona uważa jednakże, że spłukuje się na nią za mało, po-za tym konfrontując zasady ojca z życiem oraz jego mieszkanie z innymi mieszkaniami jest wła-
śnie w trakcie poszukiwania zasad innych.
39
– Ty jej znajdziesz, nie, Jarek? Znajdziesz jej – roześmiał się szeroki.
– To zresztą są tylko przypuszczenia – nie zwracając na niego uwagi ciągnął Jarosław. Kim jest twój ojciec? – spojrzał na dziewczynę.
– Pracuje w banku. – Dziewczyna starannie ułamywała główki zapałek.
– Jako właściciel?
– Co się, Jarek, wygłupiasz – roześmiał się szeroki. – Ty jak co powiesz...
Ten kolega ze studiów – chyba Władek – skończył rozmawiać przez telefon, skłonił się niezgrabnie w moją stronę i szedł opięty zniszczoną motocyklową kurtką, z hełmem w ręku, dochodził już do drzwi, i wtedy właśnie odleciał nagle śmiesznie do tyłu, zatoczył się na szatnię i zatrzymał podnosząc rękę do twarzy, a za nim wszedł duży, odrobinę chwiejący się na nogach, gładko przylizany właściciel warsztatu samochodowego, którego znałem z widzenia, któremu ostatnio szło coraz gorzej i zaczął ostro pić. Z tyłu przytrzymywał go za rękę o wiele niższy, z małą, szarą twarzą. Teczkę trzymał w jednej ręce, drugą wczepiał się w niego powtarzając: „Tadek, to nie ten.”
Władek rozejrzał się, przejechał spojrzeniem po mnie i poszedł w stronę drzwi.
– To nie ten – zapiszczał znowu mały, szary. – Coś ty, Tadek, coś ty!
– Panowie, dzwonię po milicję – wysunął się zza kontuaru szatniarz i zaraz, odepchnięty, poleciał na bok.