go więzów...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Checking Serving multiple clients...
- — To niemożliwe, panie — przestraszyÅ‚ siÄ™ Rizzett...
- Meggie znieruchomiała...
- zwolić nam kręcić się po ich statku...
- podobny skutek przez rozmiękczenie, roztopienie tego, co w ciele zostało usztyw-nione...
- Tłumaczenie szło mu nader łatwo, co jego samego napawało zaskoczeniem...
- I jeszcze jedna sugestia: wystawy sklepowe...
- inspektor
- 1
- xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxc
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Stosując starą taktykę zasłaniał się osobą Bourdoncle’a: właśnie Bourdoncle i inni
zainteresowani żądali na każdym posiedzeniu usunięcia kierownika; on sam natomiast, jak
mówił, opierał się i bronił energicznie przyjaciela narażając się nawet na poważne kłopoty.
– ZresztÄ… można poczekać – mówiÅ‚a dalej pani Desforges. – Wie pan ta dziewczyna ma
być tutaj o godzinie piątej... Chcę, żeby się spotkali. Muszę poznać ich tajemnicę.
Powróciła w rozmowie do obmyślonego z góry planu, opowiedziała w gorączkowym
podnieceniu, że poprosiła panią Aurelię, aby jej przystała do domu Denise w celu obejrzenia
źle leżącego płaszcza. Gdy będzie już miała dziewczynę w swoim pokoju, to znajdzie jakiś
pretekst, aby zawołać też i Moureta, a potem postąpi, jak będzie uważała za stosowne.
Bouthemont, siedząc naprzeciwko niej w fotelu, patrzył na nią pięknymi, śmiejącymi się
oczyma, którym starał się nadać wyraz powagi. Ten wesoły kompan, o brodzie czarnej jak
atrament, ten wrzaskliwy hulaka, którego twarz barwiła gorąca gaskońska krew, myślał w tej
chwili o tym, że damy z towarzystwa to kobiety z gruntu przewrotne i że kiedy zdobywały się
na chwilę szczerości, można było dowiedzieć się ładnych historii. Z pewnością kochanki jego
przyjaciół, zwykłe sklepowe, nie pozwalały sobie na dalej idące zwierzenia.
– Co to pani szkodzi – odważyÅ‚ siÄ™ wreszcie powiedzieć – skoro przysiÄ™gam pani, że
między nimi nic a nic nie ma?
– WÅ‚aÅ›nie to jest ważne – powiedziaÅ‚a – bo z tego wynika, że on jÄ… kocha!... KpiÄ™ sobie z
wszystkich innych podbojów, ze wszystkich przygodnych związków, jednodniowych
kaprysów!
Z pogardą mówiła o Klarze. Opowiedziano jej, że Mouret po odmownej odpowiedzi
Denise wrócił znowu do tej wielkiej, rudej dziewczyny o końskiej głowie i robił to z
pewnością z wyrachowania; trzymał Klarę w dziale konfekcji, aby się nią afiszować i
obsypywać podarkami. Zresztą, blisko od trzech miesięcy Mouret prowadził okropny tryb
życia, oddany uciechom, siał pieniądze z taką rozrzutnością, że krążyły o tym
najfantastyczniejsze plotki; kupił jakoby willę dla jakiejś ladacznicy z teatru, dwie czy trzy
255
inne kokoty wyzyskiwały go jednocześnie, prześcigając się w kosztownych i głupich
kaprysach.
– To wszystko wina tej osóbki – powtarzaÅ‚a Henrietta. – CzujÄ™, że on rujnuje siÄ™ na inne
kobiety, ponieważ ona go odtrąca... Zresztą, co mnie obchodzą jego pieniądze! Wolałabym,
żeby był biedny. Sam pan wie, jak go kocham! Jest pan przecież naszym przyjacielem.
Zatrzymała się bliska płaczu. Dławiło ją wzruszenie; naturalnym, swobodnym ruchem
podała Bouthemontowi obydwie ręce. Była to rzeczywiście prawda, kochała Moureta dla jego
młodości i dla jego powodzenia: nigdy żaden mężczyzna nie zaspokajał w sposób tak
całkowity zarówno jej zmysłów, jak i próżności, przy tym myśl, że może go stracić, była dla
niej przypomnieniem o zbliżającej się czterdziestce; z przerażeniem zadawała sobie pytanie,
czym zdoła zastąpić to wielkie uczucie.
– Ach, zemszczÄ™ siÄ™ – wyszeptaÅ‚a – zemszczÄ™ siÄ™, jeÅ›li zachowa siÄ™ niewÅ‚aÅ›ciwie.
Bouthemont trzymał ją wciąż za ręce. Była jeszcze piękna. Byłaby to wprawdzie krępująca
kochanka, a on takich nie lubił. Należało się jednak zastanowić, może opłaciłoby się narazić
nawet na ewentualne kłopoty.
– Dlaczego pan nie zaÅ‚oży czegoÅ› na wÅ‚asnÄ… rÄ™kÄ™? – powiedziaÅ‚a nagle, uwalniajÄ…c dÅ‚onie.
Bouthemont zdziwił się. Potem odrzekł:
– Trzeba by na to poważnego kapitaÅ‚u... W zeszÅ‚ym roku miaÅ‚em pomysÅ‚, który mnie
bardzo pociągał. Jestem przekonany, że znalazłaby się w Paryżu klientela dla jeszcze jednego