Evelyn przez chwilę się zastanawiała...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- W jakiej więc mierze obiektywny jest uzyskany przez nas opis świata, w szczególności - opis świata atomów? Fizyka klasyczna opierała się na przekonaniu (może...
- Istotne jest, iż te dokumenty obejmują okres wykraczający poza ramyczasowe działania obecnego Parlamentu, a tym samym poza okres sprawowania władzy przez...
- Chciałabym mękę waszej pracy pić przez rurkę, jak komar krew hipopotama - o ile to możli-we w ogóle - i przemieniać na moje idejki, takie piękne, takie motylki,...
- Ulice Mardecin wybrukowane były granitowymi płytami, wytartymi przez całe pokolenia stóp i kół wozów, wszystkie zaś budynki zbudowano albo z cegły, albo z...
- ver appetebat, cum Hannibal exhibernis movit; c) cum explicati-vum lub coincidens = gdy, skoro,przez to, e (z tyme trybem i cza-sem, jaki jest w zdaniu...
- czstki (przed zmierzeniem jej cech), ktra nie znajduje si nigdziew przestrzeni i czasie? Jeli za jeden obiekt uwaa to, co jestopisywane przez jeden wektor...
- Odwrci si tyem do wiata reflektora i osaniajc oczy przed blaskiem bijcym mu spod ng, sprbowa zajrze w krysztaow gbin jak przez ld, ktry skuwa jezioro...
- Przez jakiś czas obserwowałem ich i może dlatego, że byli nowi, patrzenie na nich sprawiało mi przyjemność; przy nich czułem się bezpieczny...
- 2asmienia jednostki czy dominacji nad ni, lecz w celu ochrony praw zagroonych przez inne instytucje spoeczne: Jednym z najtrudniejszych aspektw spoecznego...
- uśmierzyć bizony, gdy klatki przez dłuższy czas pozostaną odkryte?Tymczasem orszak zbliżył się do pierwszej klatki, przy której trzymało...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
— A kto jeszcze mógłby chcieć go zabić?
— Kochana, nie jest to kwestia tego, kto chciał, ale kto by to zrobił. Oto jest pyta-
nie. Niektórzy mówią, że mógł to być Smokey Samotnik. Inni, że to Eva Bates i jej ban-
da znad rzeki — Bóg wie, jacy to byli twardziele. No i ci z klubu Dill Pickle, którzy tak
się trzymali razem. Trudno powiedzieć... No i jeszcze oczywiście... — pani readgoode
zawiesiła głos — ...jeszcze była Ruth.
Evelyn była zdumiona.
— Ruth? Ale gdzie ona była tej nocy, kiedy popełniono morderstwo? Na pewno ktoś
wie.
Pani readgoode pokręciła głową.
— No, właśnie, kochana. Tego nikt nie jest pewien. Idgie mówi, że była z Ruth w du-
żym domu u mamy readgoode, która była chora. I ja jej wierzę. Ale są tacy, którzy
mają wątpliwości. Wiem tylko, że Idgie prędzej z ochotą położyłaby się w grobie, zanim
pozwoliłaby, żeby imię Ruth było kojarzone z morderstwem.
— Czy kiedykolwiek odkryto, kto to zrobił?
— Nie, nigdy.
— No, jeżeli nie zrobili tego Idgie i Duży George, to jak pani myśli — kto go zabił?
— Pytanie za sześćdziesiąt cztery dolary, co?
— Nie chciałaby pani wiedzieć?
— Pewnie, że bym chciała, kto by nie chciał? To jedna z wielkich tajemnic tego świa-
ta. Ale, kochana, nikt tego nie będzie wiedział poza tą osobą, która to zrobiła, i Frankiem
Bennettem. A wiesz, co powiadają... zmarli trzymają język za zębami.
260
261
ŚRÓDMIEJSKA MISJA RATUNKOWA
JIMMY’EGO HATCHERA
345 23RD AVENUE SOUTH
BIRMINGHAM, ALABAMA
23 stycznia 1969
Smokey Samotnik siedział na brzegu żelaznego łóżka w misji, kaszląc przy pierw-
szym papierosie tego dnia. Po zamknięciu kawiarni Smokey przez jakiś czas wędro-
wał po kraju. Potem dostał pracę jako kucharz w wagonie restauracyjnym numer jeden
w Birmingham, ale pił w pracy i został zwolniony. Dwa tygodnie później brat Jimmy
znalazł go bez życia pod wiaduktem na Szesnastej Ulicy i przyprowadził do misji. Smo-
key był już zbyt stary, by się włóczyć, zdrowie miał słabe i wypadły mu prawie wszystkie
zęby. Brat Jimmy i jego żona umyli go i nakarmili i od tej pory na następnych piętnaście
lat Misja Śródmiejska stała się jego domem. Brat Jimmy był dobrym człowiekiem. Sam
kiedyś był pijakiem, ale, jak mówił, przebył długą podróż „od Jacka Danielsa do Jezusa”
i postanowił poświęcić swe życie innym nieszczęśliwym i potrzebującym pomocy. Po-
wierzył Smokeyowi opiekę nad kuchnią. Jedzenie składało się głównie ze zbywających
mrożonek z darów. Stałym punktem w jadłospisie były paluszki rybne i tłuczone karto-
fle, nikt się jednak nie skarżył.
Kiedy nie pracował w kuchni albo nie był pijany, Smokey spędzał czas na górze, pijąc
kawę i grając w karty z innymi mężczyznami. Wiele się tu napatrzył... Pewien mężczy-
zna z jednym kciukiem spotkał tu swego syna, którego nie widział od dnia jego naro-
dzin. Ojciec i syn, obaj w dołku, wylądowali w tym samym miejscu. Widział mężczyzn,
którzy niegdyś byli bogatymi lekarzami i prawnikami, i jednego, który był senatorem
w stanie Maryland. Smokey spytał raz Jimmy’ ego, co sprawiło, że tacy ludzie stoczy-
li się. „Większość z nich w jakiś sposób się rozczarowała — odparł Jimmy — zwłaszcza
w stosunku do kobiet. Mieli kobietę, stracili ją albo nigdy nie spotkali takiej, jakiej po-
trzebowali... no i zagubili się w tym, i zaczęli się włóczyć. Wielką rolę odgrywa tu stara,
dobra whisky. Ale powiedziałbym, że przez wszystkie te lata, kiedy patrzyłem, jak jedni
260
261
odchodzą, a drudzy przychodzą, rozczarowanie było głównym źródłem nieszczęścia”.
Przed sześcioma miesiącami Jimmy umarł, rozpoczęto renowację śródmieścia Bir-
mingham i misja ratunkowa miała być rozebrana. Smokey musiał się wkrótce wynieść.
Nie wiedział jeszcze, dokąd...
Zszedł na dół. Na zewnątrz był chłodny, czysty dzień i niebieskie niebo, postano-
wił więc się przejść. Minął budę z hot dogami Gusa i poszedł Szesnastą Ulicą. Przeszedł
koło starego dworca i pod Tęczowym Wiaduktem, a potem ruszył torami kolejowymi,
aż wreszcie złapał się na tym, że idzie w stronę Whistle Stop. Zawsze był tylko waga-
bundą, włóczęgą, rycerzem drogi, nieudacznikiem. Wolnym duchem, który wiele razy
jadąc nocą w wagonie towarowym, widział spadające gwiazdy. Jego pojęcie o tym, jak
się wiedzie krajowi, określała wielkość niedopałków, które zbierał z chodników. Oddy-
chał świeżym powietrzem w drodze z Alabamy do Oregonu. Naoglądał się rozmaito-
ści, wyprawiał różne rzeczy, nie należał do nikogo. Ot, jeszcze jeden włóczęga, jeszcze
jeden pijak. On jednak, Smokey Jim Phillips, wieczny nieudacznik, kochał jedną jedy-
ną kobietę i był jej wierny przez całe życie. To prawda, że spał z wieloma żałosnymi ko-
bietami w marnych hotelikach, w lesie, na dworcach, żadnej jednak nie potrafił poko-
chać. Dla niego istniała tylko ta jedna. Pokochał ją w chwili, gdy zobaczył ją w kawiarni,
w tej kwiecistej sukience z organdyny, i nigdy nie przestał kochać. Kochał ją, gdy było
mu niedobrze, gdy rzygał w uliczce za jakimś barem albo leżał na wpół żywy w domu
noclegowym, otoczony ludźmi z otwartymi ranami i w alkoholowym delirium, wrzesz-
czącymi i walczącymi z wyimaginowanymi owadami czy szczurami. Kochał ją pod-
czas tych nocy, gdy dopadał go ulewny, mroźny, zimowy deszcz, a on miał na sobie tyl-
ko cienki kapelusz i skórzane buty, mokre i stwardniałe jak stal. Albo wtedy, gdy wylą-
dował w szpitalu dla weteranów i stracił płuco, albo kiedy pies rozszarpał mu pół nogi
lub gdy siedział w Wigilię w Armii Zbawienia w San Francisco, a obcy ludzie klepali go
po ramieniu, częstując wyschniętym indykiem i papierosami. Kochał ją każdej nocy, le-
żąc w łóżku w misji, na cienkim materacu z jakiegoś zamkniętego szpitala, patrząc, jak