Byli tak śmiertelnie znużeni, że nie dziwili się już niczemu...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Przez jakiś czas obserwowałem ich i może dlatego, że byli nowi, patrzenie na nich sprawiało mi przyjemność; przy nich czułem się bezpieczny...
- "papieże nie tylko byli mordercami na wielką skalę, lecz ponadto uczynili mord podstawąprawną Kościoła chrześcijańskiego oraz warunkiem zbawienia"...
- VIII Urojenia Kelvina Hallidaya Następnego ranka byli w ogrodzie, kiedy przyszła pani Cocker z pilną wiadomością...
- 80 Hippagreci byli to jakby rotmistrze dowodz¹cy oddzia³em z³o¿onym z 300 jeŸdŸców stanowi¹cych przyboczn¹ stra¿ króla...
- kępą krzaków, byli na wysokości tego drzewa, na którego pniu Chris zostawił ślady butów...
- Chciała, żeby byli młodzi i ładni - wywnioskował Milo...
- Urodził się na Hawajach, a jego rodzice byli Filipińczykami...
- magnatów i pod wiechami; byli wszędy i uczestniczyli we wszystkim...
- - Byli buntownikami?- Większość z nich...
- niałe deski), nie dziwiło jej, kiedy chwilę później kazano im przywrócić barakowi „daw- ny blask” (co polegało na zeskrobaniu gulaszu)...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Widzieli, jak codziennie pod wieczór wraca z lasu koza i zamienia się w straszliwą babę, która nie cierpiała Placka, jak córka potwora przylatuje z daleka i czasem też .się w ludzkiej okazuje postaci, jako dziewczyna ogromnego wzrostu, z nosem długim i ostrym jak ptasi dziób, wrzaskliwa i żarłoczna. Patrzyli na to wszystko tępym wzrokiem i już nawet nie płakali, bo im zabrakło łez. Starczyłoby tych łez, aby zwilżyć, jak dobroczynnym deszczem, matczyne pole, którego nie chcieli uprawiać. Czasem widzieli je we snach i we snach przypadali twarzą ku tej ziemi i całowali ją, grudka po grudce, czując, jak ich serca zapuszczają korzenie w to pólko, po którym matka ich włóczyła bronę.
Może dlatego śniła im się ziemia, że na noce przez długi jeszcze czas potwór grzebał ich żywcem, jak pierwszego wieczora; później, kiedy tak opadli z sił, że nie było obawy, aby mogli próbować ucieczki przez częstokół, zamykał ich w szopie, gdzie sam spał, z jednym okiem zawsze otwartym, choć chrapał tak, że dach ponad nim drżał. Spali przy sobie, objąwszy się ramionami, aby tylko czuć bicie serc.
Minął już może rok tego straszliwego życia. Nic się nie zmieniło, tylko cień żony czarownika stał się bardziej przejrzysty, a oni też zaczęli wyglądać jak cienie.
Jednej nocy, bardzo miesięcznej i jasnej, kiedy legli przytuleni do siebie, Jacek szepnął tak cicho, jak najlżejszy szepce wiatr:
— Pomódlmy się, Placku.
— Dobrze! — szepnął Placek.
Jacek zaczął, a brat jego dokończył pacierza. Westchnęli i długo milczeli, wreszcie Jacek szepnął:
— Nie wiem, Placku drogi, czy Pan Bóg wysłucha takiej modlitwy… może nam dlatego tak źle się dzieje, że jej nie umiemy. Zróbmy tak: ja ciebie nauczę początku, a ty mnie naucz jej końca.
— Dawno już o tym myślałem — szepnął Placek.
— Powtarzaj więc za mną: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie”.
— „Ojcze nasz, któryś jest w niebie” — powtarzał ze wzruszeniem Placek.
Potwór rzęził obok w ciężkim śnie, a oni uczyli się długo w noc modlitwy.
Tak mijał dzień za dniem, noc za nocą, a znikąd nie było pomocy ani nadziei na pomoc. Czasem chłopcy, snując się po kamienisku w nie kończącym się trudzie, usłyszeli na niebie ptasie głosy: leciały żurawie, dzikie gęsi i łabędzie; wtedy podnosili głowy i wypatrywali roziskrzonym nagle wzrokiem, czy gdzie ponad chmurami nie ujrzą swoich przyjaciół pelikanów? Nie mogli jednak patrzeć długo, gdyż wtedy spadał na nich bicz potwora, który wrzeszczał:
— Pracować, włóczędzy, a nie gapić się na niebo!
Tak przeszło pięć lat, czarnych, ponurych, opłakanych pięć lat. Liczyli je chłopcy po porach roku, a mierzyli je rozpaczą, która doszła już do kresu. Nic jednak nie zapowiadało, aby się ich męczarnie miały skończyć kiedykolwiek. Widać ciężkie były ich winy, jeśli tak sroga była kara. Wyrośli w tej nędzy, ale przestali być podobni do ludzi. Modlili się tylko częściej i serdeczniej, bo im to wielką przynosiło ulgę. Zauważyli też, że ile razy modlą się w pobliżu czarownika, tyle razy opada go jakiś niewytłumaczony niepokój: rzucał się we śnie i wił się jak wąż, a wtedy się dopiero uciszał, kiedy oni wyrzekli: amen. Widać, że był w spółce z diabłem.
Kiedy chłopcy znieśli już tyle kamieni, że ich się więcej nie mogło zmieścić w podwórcu, wtedy potwór zakrzyknął:
— Z tych kamieni zbudujemy wieżę, z której ja będę rządził światem.
Jakby w nagłym obłędzie chwycił olbrzymią łopatę i zaczął nią drzeć ziemię, aby wykopać doły pod fundamenty, wiedząc o tym. że trzeba by wielu lat, zanimby tej pracy podołać mogli jego wynędzniali niewolnicy. Podczas tego kopania dopadł kryjącej się w jakiejś norze ropuchy, którą z krzykiem pożarł na surowo.
— Teraz wy będziecie budowali wieżę! — wrzasnął takim głosem, jakim huczy czasem młyn.
Znowu rozpoczęła się praca niezmierna. Ci, którzy uciekli z domu, nie chcąc się trudzić naprawą przeciekającego dachu, budowali teraz wieżę dźwigając głazy i piętrząc je jeden na drugim. Własnymi je spajali łzami i własną krwią, która im często ciekła z palców. Czasem źle umocowany głaz toczył się w dół z powrotem i ranił im nogi, czasem się rozpryskiwał i oczy zasypywał żrącym miałem.
Kiedy dwa lata przeminęły, wieża sterczała już tak wysoko, że potwór pozwalał im spać na jej szczycie,” w załomie głazów, wiedząc, że uciec stamtąd nie mogą. Wielka to dla nich była pociecha, gdyż widzieli gwiazdy i mogli patrzeć w sine, mroczne oddalę.
A kiedy znów trzy lata przeminęły, wieża była już bardzo wysoka i już brakło głazów do jej budowy; otoczyli więc jej szczyt kamiennym zrębem, obręczą zębiastą, taką, jaką widzieli na zamku złotych ludzi.
Potwór wyszedłszy na szczyt, skąd widok był ogromny, uradował się chrapliwie i zacharczał:
— Skończona już ta robota! Jutro wynajdziemy inną, a teraz zawiesimy na wieży mój znak, aby wszyscy widzieli z daleka, że tu mieszka pan tych ziem i lasów. Hej, żono, córko, ciotko, przynieście chorągiew!
Chłopcy patrzyli bezbarwnym, tępym wzrokiem, jak dwie straszne kobiety przyniosły ogromną, brudną płachtę, na której czerwoną farbą, przypominającą krew, wymalowane były dziwaczne, kabalistyczne znaki, których by nikt odczytać nie umiał, tylko wtajemniczony.
Cień żony przywionął za córką i ciotką.
Potwór patrząc jednym okiem przed siebie, w niezmierne dale, a drugim w tył na swoją rodzinę, radował się: Patrzcie, jak wielkie jest moje państwo!
Umocował swój ohydny sztandar, którym wiatr załopotał.
Nagle ciotka ryknęła najniższym basem:
— Złap ją za nogę!
Potwór wyciągnął obie ręce, ale już było za późno: potężny wiatr porwał cień jego żony i poniósł ją przez powietrze jak tuman mgły.
Córka—wrona zakrakała przeraźliwie:
— Zaczaruj ją, aby się stała ciężka! A potwór na to:
— Poza tę wieżę władza moja nie sięga. Musiałbym jej dotknąć i odmówić zaklęcia. Hi! hi! — zaśmiał się nagle. — Po co tak wychudła? Czy jej skąpiłem jedzenia? Już jej teraz nikt nie dogoni, bo zbyt daleko poleciała. Nie becz, ciotko, nie kracz, córko. Idźcie jej szukać, może się gdzie zaczepiła o drzewo…
Potem zwróciwszy się do chłopców, rzekł:
— Do jutra możecie się wyspać, a jutro zaczniemy kopać studnię aż do środka ziemi.