Belmonte przyjął ją w salonie, w którym na ścianie wciąż widział ślad po van Huysie...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Zdarzy³o siê wiêc, i¿ jednego razu zaszed³ do œwi¹tyni gagatek z tych rodu, dziêki którym rzecz posz³a w mowie, ¿e warszawiak w pracy, a wilk u p³uga, to jednaka przys³uga...
- Z drugiej strony ciekawym przyk³adem ró¿norodnoœci motywacji, którymi kierowa³y siê „stare" i „nowe" si³y polityczne w ustalaniu ordynacji mo¿e byæ ordynacja...
- W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi; do tych prastarych drzwi z nabijanego ćwiekami dębu za którymi rozciągała się jedynie otchłań białych chmur...
- odpowiednich warunków do zapewnienia "wolnej gospodarki", poza tym pañstwo nie powinno ingerowaæ w spo³eczno-ekonomiczneprocesy, którymi sterowaæ powinny si³y...
- Skacz, dziecko, skacz! Od kiedy moja córka Zara umiała już bez pomocy stanąć na stole, na którym zmieniano jej pieluszki, bawię się z nią w...
- Alezji podobna jest nieco do góry Gergowii z tego, że się kończy obszernym płaskowzgórzemszczytowym, na którym wznosi się oppidum; jest jednak od Gergowii...
- W pewien sposób cieszyła się, że Egwene oraz jej przyjaciółek tu nie ma, cieszyła się, że nie może widzieć ich twarzy, a na nich, być może, piętna...
- 187mo¿emy przyj¹æ jako zasadê, ¿e ka¿dy kraj wymieniony wœród owych affines le¿a³ na zewn¹trz granic tego pañstwa, jako jego „bok" (tatuœ] Kieruj¹c siê t¹ zasad¹,...
- Mattinao powiódł towarzysza przez gaik, w którym pasożytne rośliny zwrotnikowe wiły się koło gałęzi drzew owocowych, ścieżką idącą wzdłuż...
- Zanim jeszcze David skończył mówić, Cantor zerwał się z miejsca tak gwałtownie, że przewrócił krzesło, na którym przed chwilą siedział...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Z gramofonu dobiegały oczywiście dźwięki Bacha i Julii przyszło do głowy, gdy wyjmowała z torebki raport, że może starzec nastawia go przy każdej jej wizycie. Belmonte żałował, że nie przyszedł z nią Muńoz, matematyk-szachista, jak się wyraził z czytelną ironią, a następnie, siedząc w wózku inwalidzkim, rzucił okiem na raport przygotowany przez Julię: dane historyczne, końcowe wnioski Muńoza w odniesieniu do zagadki Rogera d'Arras, zdjęcia poszczególnych faz renowacji oraz kolorowy prospekt na temat obrazu i aukcji, niedawno wydrukowany przez Claymore'a. Czytał w milczeniu, kiwając z zadowoleniem głową. Chwilami podnosił wzrok, by popatrzeć na Julię z podziwem, po czym znów zagłębiał się w lekturze.
- Znakomite - orzekł, kiedy skończył i zamknął teczkę. - Jest pani niezwykłą młodą osobą.
- To nie tylko moja zasługa. Jak pan wie, sporo ludzi nad tym pracowało... Paco Montegrifo, Menchu Roch, Muńoz... - zawahała się. - Zwróciliśmy się też do znawców sztuki.
- Mówi pani o zmarłym profesorze Ortedze?
Julia popatrzyła na niego zaskoczona.
- Nie sądziłam, że pan wie.
Starzec uśmiechnął się krzywo.
- Otóż wiem. Kiedy zmarł, policja skontaktowała się z moją bratanicą, z jej mężem i ze mną... Przyszedł tu jakiś inspektor, żeby mnie przesłuchać, nie pamiętam nazwiska... Taki gruby, z gęstymi wąsami.
- To Feijoo. Nadinspektor Feijoo - spuściła wzrok zażenowana. Niech to szlag trafi. Niech szlag trafi bezmyślnego policjanta. - ...Ostatnim razem, kiedy tu byłam, nic mi pan nie mówił.
- Miałem nadzieję, że sama mi pani powie. A skoro pani milczała na ten temat, to wnosiłem, że miała pani swoje powody.
Wyczuła w jego głosie rezerwę i zdała sobie sprawę, że chyba traci sojusznika.
- Uważałam... To znaczy, naprawdę jest mi przykro. Nie chciałam pana niepokoić tymi historiami. Ostatecznie pan...
- Chodzi pani o mój wiek i zdrowie? - Belmonte splótł na brzuchu kościste, pokryte plamami dłonie. - Czy może bała się pani, że to wpłynie na losy obrazu?
Dziewczyna zaprzeczyła ruchem głowy, nie wiedząc sama, co odrzec. Wreszcie wzruszyła ramionami z uśmiechem i wyrazem szczerego zakłopotania na twarzy. Doszła do wniosku, że tylko taka reakcja zadowoli gospodarza.
- Jak mam się panu wytłumaczyć? - wymamrotała i stwierdziła, że był to strzał w dziesiątkę: Belmonte też się uśmiechnął, przystając na zaproponowany przez nią poufny ton.
- Proszę się nie martwić. Życie nie jest łatwe, a co dopiero stosunki między ludźmi.
- Zapewniam pana, że...
- O niczym nie trzeba mnie zapewniać. Mówiliśmy o profesorze Ortedze... To był wypadek?
- Chyba tak - skłamała. - Przynajmniej o ile mi wiadomo.
Stary popatrzył na swoje dłonie. Nie sposób było orzec, czy jej uwierzył.
- Niezależnie od wszystkiego, to potworna historia... Nie sądzi pani? - W jego głębokim, poważnym spojrzeniu dostrzegła lekki niepokój. - Te sprawy, mam na myśli śmierć, robią na mnie spore wrażenie. A w moich latach powinno być odwrotnie. Ciekawe, że wbrew wszelkiej logice człowiek przywiązuje się do własnej egzystencji z siłą odwrotnie proporcjonalną do tej resztki życia, jaka mu została.
Przez moment Julia miała ochotę zdradzić mu pozostałą część historii: opowiedzieć o tajemniczym szachiście, o groźbach, o mrocznych przeczuciach, jakie ją ogarniały. O przekleństwie van Huysa, którego ślad, pusty prostokąt pod zardzewiałym gwoździem, spoglądał na nich ze ściany na podobieństwo złej wróżby. Ale to wiązało się z wyjaśnieniami, których nie miała siły mu udzielić. Bała się, że niepotrzebnie jeszcze bardziej starszego pana zaniepokoi.
- Nie ma się czym tak przejmować - skłamała znowu z absolutnym spokojem. - Wszystko jest pod kontrola. Podobnie jak obraz.
Uśmiechnęli się do siebie, ale były to uśmiechy wymuszone. Julia nadal nie miała pojęcia, czy Belmonte jej wierzy, czy nie. Po chwili gospodarz zmarszczył czoło.
- Co się tyczy obrazu, chciałbym coś pani powiedzieć... - przerwał i chwilę myślał. - Poprzednim razem, kiedy odwiedziliście mnie państwo, pani i ten szachista, już po państwa wyjściu zastanawiałem się nad treścią obrazu van Huysa... Przypomina sobie pani naszą dyskusję o systemie niezbędnym do zrozumienia innego systemu, że obydwa potrzebują jeszcze systemu wyższego rzędu, i tak w nieskończoność...? Wiersz Borgesa o szachach, pytanie, jaki bóg spoza Boga porusza graczem, który figurę trzyma...? Otóż widzi pani, sądzę, że coś takiego jest z tym obrazem. Ze coś jest zawarte w samym sobie, co samo się powtarza, a człowiek podążając za tym, dociera do punktu wyjścia... W moim odczuciu prawidłowy klucz do odczytania Partii szachów nie otwiera przed nami drogi linearnej, czyli następstwa faktów, które oddalałoby nas od punktu początkowego. Ten obraz obraca się sam wokół siebie, jak gdyby prowadził do własnego wnętrza... Rozumie mnie pani?
Zasłuchana w słowa starca, Julia skinęła głową. Usłyszała po prostu racjonalne, wypowiedziane na głos potwierdzenie własnych domysłów. Przypomniała sobie swój szkic, sześć poziomów, które zawierały się jedne w drugich, wieczny powrót do punktu wyjścia, obrazy wewnątrz obrazów.
- Rozumiem to lepiej, niż pan przypuszcza - odparła.
- To jakby obraz oskarżał sam siebie.
Belmonte zawahał się, zmieszany.
- Oskarżał? To trochę wykracza poza mój tok rozumowania - zadumał się przez chwilę, po czym jednym mchem brwi wykluczył ten niezrozumiały dlań wątek.
Miałem na myśli coś innego... - pokazał w kierunku gramofonu. - Niech pani posłucha Bacha.
- Jak zwykle.
Belmonte uśmiechnął się porozumiewawczo.