Automatycznie segreguję i odkładam na bok to, czego już na pewno nie będę nosić...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — Re Alide to kupa gruzów — rzekł krótko; zdało mi się, iż temat nie był dlań przyjemny — ale o tym na pewno pan wie...
- In inventory systems, the idea is to replace the old paper−shuffling and phone calls with an automated system...
- 2014-02-25 20:07 19982 2288 Podstawy Automatyki\Laboratorium\Starsze\lab\sprawko 5\porwnanie P PI 1...
- Aby współżyć w owocnej spółce z okrętem, trzeba poznać nie to, czego on dokonać nie może; trzeba raczej posiąść dokładną wiedzę o tym, na co się okręt...
- Kiedy usłyszałem na początku pobytu, iż będę miał do czynienia z jakimś religijnym kultem, zaniepokoiłem się nieco, jednak okazało się, że poza...
- –Niczego–warknął Buko–nie będzie się odkładać ad cras...
- lękam, siedzieć będę, dopóki od brata nie otrzymam wiadomości, co chce, abym z sobą po- stanowiła...
- - I możesz być pewien, że gdyby taki sposób istniał, na pewno by spróbował...
- - Dlaczego? Proszę cię, Holden! Nie będę ci przeszkadzała, tylko pojadę razem z tobą...
- Po przydzieleniu nas do transportu automatycznie zostaliśmy zwolnieni z K,K...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Powiedzmy, że z niektórych rzeczy wyrosłam. Przy okazji znalazłam różową skórzaną kurteczkę, o której zupełnie zapomniałam. Jest wprawdzie bardzo obcisła, ale suwak się dopina i wyglądam w niej cholernie seksownie. Dobrze, że mam niezły biust. Do niej włożę tę nową, wrzosową spódnicę z dołem obciętym ukośnie. Coś mnie napadło i kupiłam z przeświadczeniem, że nigdy jej nie nałożę. I zielone body. Wyglądam super! No, pomijając papiloty. Ale przecież zdejmę, zanim przyjdzie Daniel. Mam nadzieję, że nie zapomnę.
16.57. Coś podobnego! Nigdy nie zdarzyło mi się być ubraną na godzinę przed wyjściem. Jeszcze tylko makijaż. Dlaczego Daniel nie dzwoni? Mógł choćby wysłać SMS-a. Rzeczywiście różowoseledynowy w tym sezonie jest wymarzony. Stoję przed lustrem w łazience i wyjątkowo starannie tuszuję rzęsy, żeby wyglądały na dwa razy dłuższe, niż są w rzeczywistości. Odruchowo włączam radio.
— Program Trzeciiiii — śpiewają jakieś muzykalne panienki.
— Jest siedemnasta. Słuchają państwo Trójki. Serwis informacyjny. Zaczynamy od wiadomości z ostatniej chwili. Dzisiaj nad ranem na przejściu granicznym w Kołbaskowie polscy celnicy zatrzymali dwóch obywateli niemieckich podróżujących samochodem bmw z berlińską rejestracją. Samochód nafaszerowany był amfetaminą ukrytą w opakowaniach lekarstwa przeznaczonego do leczenia psiego reumatyzmu.
„Zwariowali — pomyślałam — plątać w to jeszcze Bogu ducha winne stworzenia”.
— Policja poszukuje trzeciego członka przemytniczego gangu, obywatela polskiego, Daniela S., lekarza weterynarii.
— Niech jeszcze powiedzą, że cholernie przystojnego i że całuje tak jak nikt. Co ja bredzę?! — Nagle poczułam, jak miękną mi kolana.
Dopiero teraz zaczęłam składać w całość wszystko to, co wydarzyło się wczoraj.
— Nie, niemożliwe! Zwykła zbieżność imion, pierwszej litery nazwiska i zawodu — próbowałam sobie wmawiać.
„A jednak?” — szeptał mój wewnętrzny głos. „Te telefony? Te nagłe wyjścia? Ta ucieczka wieczorem?”
— Ależ ja jestem naiwna! Oczywiście, że to była ucieczka! Podrzucił mi przecież Brutusa! Biedny pies. Co ja teraz z nim zrobię? A klucze? Co mam zrobić z kluczami do jego mieszkania?
„Wyrzuć. Nikt przecież nie wie, że je tobie zostawił”.
— Nie. Bez sensu. Panikuję niepotrzebnie. Na pewno zjawi się o osiemnastej, tak jak obiecał.
Zaczęłam co parę minut sprawdzać zegar. Nigdy w życiu nie przeżyłam tak długiej godziny. Kiedy wskazówki zegara zbliżały się nieuchronnie do godziny 18.00, dostałam dreszczy. Dzwonek u drzwi nie dzwonił. Milczały telefony, a mnie trzęsło tak, jakbym dostała gwałtownego ataku febry. Nie mogę powstrzymać szczękania zębami.
18.05. Rozbieram się szybko i wskakuję do wanny. Biorę gorącą kąpiel. Telefon milczy. Dzwonek u drzwi także.
18.15. Trzasnęły drzwi od windy. Zawinięta tylko w ręcznik biegnę wyjrzeć przez wizjer. Na korytarzu pusto.
18.30. Siedzę w kuchni przy stole, mam na sobie moją ulubioną męską piżamę, za dużą o dwa numery, i sączę drinka. Nie, dzisiaj nie wino. Piję czystą wódkę (której nie cierpię) z sokiem pomarańczowym. Wyjęłam oliwki, kroję sobie kosteczki ementalera i próbuję udawać, że czuję się świetnie. Łzy, razem ze starannie zrobionym makijażem, kapią mi do szklaneczki.
19.00. „Fakty”. Jest. Przejście graniczne. Celnik mówi, że podejrzane wydawało mu się to, że te same opakowania leków widział parę miesięcy temu przewożone przez granicę w drugą stronę, czyli do Polski. Wypijam drugiego drinka.