z prezbiterianami...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- podobny skutek przez rozmiękczenie, roztopienie tego, co w ciele zostało usztyw-nione...
- Zwierzyńska-Matzke Tamara, Czasami wołam w niebo a pr a w dę n i e w i e m , c o...
- - Pan uważa nas za przyzwoitych ludzi? - zapytał Golem...
- Przenocowaliśmy spokojnie, choć oczywiście nie omieszkałem rozkazać chłopcom, by na zmianę trzymali straż...
- ⢠Podczas połączenia naciśnij ...
- (8)
- – MiaÂł jeszcze kilka dni...
- 1
- uśmiechu
- Serce Eragona ścisnęło się ze zgrozy...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Nie wiedział, do której grupy ma się przyłączyć, nie miał bowiem
pojęcia, jaką religię wyznaje i co to w ogóle jest religia. Wraz z pozostałymi chłopcami
wyszedł z kaplicy, niepewnie rozglądając się dookoła, kiedy nagle poczuł na ramieniu
czyjąś dłoń. Odwrócił się gwałtownie i zobaczył rudowłosego, opalonego i piegowatego
wychowawcę.
— Kilmoonie, pójdziesz ze mną — powiedział melodyjnym tonem nauczyciel.
Przedstawił się jako O’Hara. — Tak, Kilmoonie, jestem Irlandczykiem, podobnie jak ty.
Obaj jesteśmy K.R.
Widząc zmarszczone czoło chłopca, wychowawca wyjaśnił, o co chodzi. Chris do-
wiedział się, że istnieje Kościół Rzymskokatolicki. Tego dnia otrzymał również nieco in-
formacji o Żydach. Różne grupy maszerowały w stronę swoich autokarów. Chris spoj-
rzał na betonową drogę i dostrzegł samotnego chłopca wracającego do internatu.
— Dlaczego Saul nie musi iść do kościoła? — palnął bez zastanowienia.
Wychowawca najwyraźniej nie zauważył, że Chris pominął w swoim pytaniu for-
mułkę „proszę pana”. — Co? Aaa, Grisman. On jest Żydem. Dla niego niedziela wypa-
da w sobotę.
Chris zastanawiał się nad tym podczas wchodzenia do autokaru. Niedziela w sobotę?
Jaki to ma sens? Rozmyślał o tym, przejeżdżając przez wielką żelazną bramę. Był tu za-
ledwie kilka dni, a już stracił rachubę czasu. Wczorajszego wieczoru, tuż przed zaśnię-
ciem planował ucieczkę, lecz teraz świat na zewnątrz wydał mu się obcy i przerażający.
Szeroko otwartymi ze strachu oczyma spoglądał na zatłoczone chodniki i ulice. Słoń-
ce raziło w oczy. Powietrze przeszywały dźwięki klaksonów. Chłopcom wydano surowy
153
zakaz rozmów w czasie jazdy autokarem, nie mówiąc już o strojeniu min do przechod-
niów lub robieniu czegokolwiek, co mogłoby zwrócić na nich uwagę. W nienaturalnej
ciszy, zakłócanej jedynie przytłumioną pracą silnika, Chris patrzył prosto przed siebie,
podobnie jak pozostali chłopcy. Czuł się wyobcowany i rozstrojony. Bardzo chciał wró-
cić już do szkoły i rutynowych zajęć.
Autokar zatrzymał się przed kościołem, podobnym — z uwagi na wieże — do zam-
ku. Na samym szczycie jednej z nich umieszczony był krzyż. Biły dzwony. Do wnętrza
wchodziło mnóstwo odświętnie ubranych ludzi. Pan O’Hara ustawił chłopców parami
i wprowadził ich do środka. Wewnątrz panował półmrok i chłód. Gdy pan O’Hara pro-
wadził ich w stronę bocznej nawy, Chris usłyszał, jak jakaś kobieta szepce:
— Czyż nie jest im ślicznie w tych mundurkach? Spójrz na tego malucha! Czyż nie
jest słodki? — Chris nie był pewny, czy kobieta miała na myśli jego, ale poczuł się za-
kłopotany. Pragnął rozpłynąć się w tłumie.
Ogrom kościoła sprawił, że poczuł się nawet mniejszy niż w rzeczywistości. Wpa-
trywał się w gotyckie sklepienie (nigdy w życiu nie widział wyższego), przecięte belka-
mi wspierającymi, z którego zwieszały się lampy. Z przodu zobaczył czerwone światło
migoczące nad ołtarzem i płonące świece. Ołtarz przykryty był sztywnym białym płót-
nem. Małe błyszczące złote drzwiczki na ołtarzu wydawały się skrywać jakąś tajemni-
cę.
Jednak coś najbardziej szokującego wisiało nad ołtarzem. Chrisowi zaparło dech
w piersiach, poczuł, że się dusi. Ukląkł i żeby opanować drżenie rąk, chwycił się opar-
cia z przodu. Nigdy jeszcze tak bardzo się nie bał. Za ołtarzem wisiała figura smukłego,
cierpiącego w agonii mężczyzny, z rękoma i nogami przybitymi do krzyża. Z głowy ster-
czało mi coś, co wyglądało na gwoździe. Z ciętej rany na boku spływała krew.
Ogarnięty paniką, rozejrzał się dookoła. Dlaczego inni chłopcy nie wydawali się za-
szokowani widokiem rzeźby? Podobnie ci ludzie „z zewnątrz” — tak już zaczynał o nich
myśleć — dlaczego oni z przerażeniem w oczach nie patrzyli na postać? Cóż to za miej-
sce? Stłumił w sobie pytania i usiłował pojąć, o co tu chodzi.
Pan O’Hara strzelił palcami; starsi chłopcy natychmiast powstali z klęczek i usiedli
w ławkach. Chris poszedł w ich ślady. Jego przerażenie wzrosło, kiedy odezwały się or-
gany, napełniając kościół dziwnymi dźwiękami. Chór zaczął śpiewać w obcym języku
i Chris niczego nie rozumiał. Do ołtarza podszedł ksiądz w kolorowym ornacie, a za
nim dwóch chłopców w białych szatach. Stanęli zwróceni twarzami do małych złotych
drzwiczek, plecami zaś do ludzi i zaczęli przemawiać do posągu. Chris miał nadzieję, że
ktoś mu to wszystko wyjaśni — chciał się dowiedzieć, dlaczego przybito do krzyża tego
człowieka.
Nie mógł jednak zrozumieć słów księdza. Brzmiały bez sensu, niczym żargon:
— Confiteor Deo omnipotenti…
154
Podczas całej drogi powrotnej do szkoły Chris czuł się zagubiony. Ksiądz powie-
dział do zebranych kilka słów po angielsku o Jezusie Chrystusie (tak najwyraźniej na-
zywał się ów człowiek przybity nad ołtarzem), ale Chris nie dowiedział się, kim on był.
Pan O’Hara wspomniał, że w przyszłym tygodniu Chris zacznie chodzić do szkółki nie-
dzielnej — może tam, pomyślał Chris, wszystko się wyjaśni. Teraz jednak westchnął
z ulgą, kiedy autokar minął bramę szkoły imienia Franklina i skierował się w stronę
internatu. Po nieprzyjemnym doświadczeniu z pobytem na zewnątrz, a zwłaszcza
w przerażającym kościele z równie przerażającą figurą, cieszył się z powrotu. Rozpozna-
wał już kilku chłopców. Nie mógł doczekać się chwili, kiedy będzie mógł usiąść na swo-
im łóżku. Czuł się bezpieczny i spokojny znając dokładny rozkład dnia. Lunch podano
o czasie. Był głodny. Nieomal połknął hamburgera z frytkami, popijając kilkoma szklan-
kami mleka. Domyślał, że dobrze jest być z powrotem w domu i nagle zamarł, uświada-
miając sobie, jakie słowo przemknęło mu przez myśl. Dom? A co z domem na Calcan-
lin Street? Co z matką? Znów poczuł się niewyraźnie. Ogarnęło go przeczucie, że pozo-
stanie tu przez długi czas. Zerknął przez stół w stronę Saula, który siedział na honoro-
wym miejscu w środku, i powiedział sobie w duchu, że jeśli to ma być jego dom, lepiej
będzie jeżeli się przystosuje. Potrzebował przyjaciół. Chciał zaprzyjaźnić się z Saulem.
Ale jak tego dokonać, skoro Saul jest większy, silniejszy i szybszy — a przede wszystkim
ma karty baseballowe?
IX.
Odpowiedź na to pytanie uzyskał następnego dnia, podczas zajęć na pływalni. Teraz