W religiach, które utraciły moc wiary, bogowie stają się tylko figurami retorycznymi, ornamentami dla ludzkiej samotności lub obrazami zdobiącymi ściany...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Czy to ojczyzna moze byc kiedyniekiedy, byc i nie byc na przemian? Ojczyzna moze byc tylko kraj stanowiacy nieprzerwalnie teren historyczny narodu, i to teren centralny...
- Najczęściej wolno ci tylko kopiować pliki z serwera, ale często możesz także kopiować własne pliki na serwer do specjalnie w tym celu utworzonego katalogu...
- resów, na które na le ¿y prze kie ro waæ wia do moœæ, plik fil tru mo¿e za wie raæ te sty za - war to œci przy chodz¹cej wia do mo œci, tak by na przyk³ad wia do...
- – Kiedy tylko dotrzemy tam, gdzie mają w miarę rozwinięty przemysł – dodał po chwili – będziemy musieli sprawić sobie trochę odtylcowych...
- Już dawniej kilka razy udało mi się wślizgnąć między Żydów pracujących we dnie poza gettem; kontrola nie była ścisła, chyba tylko wariat pchałby...
- przekazywaniu właściwym adresatom we właściwym czasie informacji, które zostaną zrozumiane zgodnie z intencją nadawcy;zdolności do właściwego odbioru...
- Przez chwilę wahała się - to, co chciała zrobić, nie było zakazane przez zwyczaj, ale mógł dokonać tego tylko ktoś bardzo poruszony, w sytuacji, która go...
- 304 Roz dzia³ 17: Pocz ta elek tro nicz na Cc:Jest to li sta ad resów e-ma il, na które zo sta nie wys³ana ko pia „do wia do mo œci”...
- się krew we mnie rozgrzeje, zapomnę, żeś kobietą i piękną! Zaprawdę, mogę ujrzeć tylko szpiega, co tym dla mnie wstrętniejszy, że jego panem Rzymianin!...
- Od strony ulicy prawie wszystkie bary oraz mniejsze sklepy zamiast ścian miały różnego rodzaju żaluzje, które usuwano całkowicie lub rolowano na czas otwarcia...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Coś podobnego działo się z tą poezją. Namiętność i tęsknota serca tętniącego żywymi sokami obróciła się w pustą igraszkę i jałową grę intelektu.
Znów otworzyłem książkę, zacząłem czytać. Dlaczego przez tyle lat pozostawałem pod urokiem tych wierszy? Czysta poezja! Tętniące życie przekształca w błyskotliwą rozrywkę, pozbawioną choćby kropli krwi. Wedle niej gruboskórny, nieociosany, skalany miłością cielesną i żądzą ród ludzki powinien stać się abstrakcyjną ideą i ulegając alchemii mózgu zdematerializować się i rozproszyć.
Jak to się stało, że wszystko, co dotąd uważałem za cenne, tego ranka wydało mi się cyrkową ekwilibrystyką i kłamstwem szarlatana? Tak właśnie zaczyna się upadek każdej kultury — błyskotliwym popisem magika: czystą poezją, czystą muzyką, pustą myślą. I nie ma już człowieka, który wątpi, który wierzy, który na coś oczekuje, czegoś się obawia, ponieważ całą ziemię opanował duch i nie ma skrawka, gdzie by można zapuścić korzenie i czerpać nimi życiodajne soki. Człowiek stał się jałowy, bezpłodny, pozbawiony krwi. Wszystko przekształca się w nim w słowa, a słowa w muzyczną igraszkę, ale ostatni człowiek posuwa się jeszcze dalej, siada na skraju swojej samotni i przeobraża muzykę w puste, matematyczne równanie.
Zerwałem się.
— Ten ostatni człowiek to Budda! — krzyknąłem. Odkryłem jego potworną tajemnicę. Budda jest tą “czystą" duszą, która uległa wyjałowieniu, kryje się w nim nicość, sam jest nicością. “Oczyśćcie wasze łono, rozum, serce" — woła i gdziekolwiek stanie jego stopa, nie wytryśnie woda, nie urośnie trawa, nie narodzi się dziecko. “Muszę — myślałem — uciekając się do magii rymu, osaczyć go czarodziejskim zaklęciem, rzucić na niego urok, aby zmusić go do opuszczenia mnie. Omotać siecią słów, schwytać i wyzwolić się od niego!"
Pisanie o Buddzie przestało już być literacką igraszką, stało się walką na śmierć i życie przeciw nagromadzonej we mnie sile rozkładu, pojedynkiem z otchłannym “Nic", które pożerało mi serce — od jego wyniku zależało zbawienie mojej duszy.
Decyzja przyniosła mi ulgę. Znalazłem cel, wiedziałem teraz, gdzie uderzyć. Wziąłem rękopis. Budda jest ostatnim człowiekiem, ale my znajdujemy się dopiero na początku swej drogi. Nie najedliśmy się do syta, nie zaspokoiliśmy pragnienia, nie kochaliśmy do woli, nie zdążyliśmy jeszcze żyć. Za wcześnie przyszedł do nas ten delikatny, subtelny starzec, niech się stąd czym prędzej wynosi.
Pełen radości zacząłem pisać. Nie była to teraz zwykła pisanina, lecz prawdziwa wojna, bezlitosny pościg, osaczenie i oblężenie potwora, by zmusić go do opuszczenia kryjówki. Doprawdy sztuka jest cudownym zaklęciem. W naszej jaźni gnieżdżą się ponure, mordercze siły, złowrogie popędy do zabijania, niszczenia, nienawiści i gwałtu. Jedynie sztuka jak czarodziejska fujarka potrafi nas od nich uwolnić.
Pisałem albo lepiej — walczyłem cały dzień. Wieczorem byłem zupełnie wyczerpany, ale czułem, że posunąłem się naprzód i opanowałem dziś kilka nieprzyjacielskich przyczółków. Zatęskniłem za Zorbą, jedzeniem, snem, chciałem zaczerpnąć nowych sił, by o świcie znowu zacząć zmagania.
Zorba zjawił się w nocy z rozpromienioną twarzą: “On też znalazł. On też zrozumiał" — pomyślałem i czekałem.
Przed kilku dniami, mając już wszystkiego dosyć, powiedziałem mu z pasją:
— Wkrótce zabraknie pieniędzy, Zorbo. Cokolwiek masz zrobić, rób szybko. Musimy uruchomić kolejkę. Jeśli nie uda się nam z węglem, weźmiemy się do drzewa. Inaczej koniec.
Zorba podrapał się w głowę:
— Brak pieniędzy, szefie? Bieda.
— Rozeszły się, przejedliśmy je, Zorbo. Trzeba teraz znaleźć wyjście. Jak twoje eksperymenty z kolejką? Nie dają rezultatu?
Zorba spuścił głowę, nic nie mówiąc. Zawstydził się, ale i zaciął tamtego wieczora.
— Przeklęta kolejka! — mruczał. — Już ja jej dam radę...
Postanowił przełamać trudności. I oto dzisiejszej nocy wrócił promieniejący.
— Znalazłem, szefie! — wołał z daleka. — Znalazłem właściwy kąt nachylenia. Umykał mi, wyślizgiwał się, ale go mam.
— Masz go? A więc szybko do dzieła, Zorbo. Czego ci trzeba?
— Jutro z samego rana muszę wybrać się do miasta i zakupić potrzebny sprzęt: grubą stalową linę, gwoździe i haki... Wrócę, zanim zauważysz, żem wyjechał.
Rozpalił szybko ogień, przygotował posiłek, jedliśmy i piliśmy z apetytem. Obydwaj napracowaliśmy się porządnie.
Nazajutrz rano odprowadziłem Zorbę do wioski. Jak ludzie rozsądni i praktyczni podzieliliśmy między siebie pracę w kopalni.
Schodząc w dół, Zorba potknął się o kamień, który zaczął się staczać. Zorba przystanął oniemiały ze zdumienia, jakby po raz pierwszy w życiu oglądał takie zjawisko. Spojrzał na mnie i w jego oczach zauważyłem cień lęku.
— Widziałeś, szefie? — powiedział wreszcie. — Kiedy kamienie toczą się w dół, ożywają.
Nie odpowiedziałem, rozsadzała mnie radość. Tak właśnie wielcy poeci dostrzegają każdą rzecz po raz pierwszy. Co ranka odkrywają świat, a właściwie nie odkrywają go, lecz tworzą.
W oczach Zorby tak jak i w oczach ludzi pierwotnych wszechświat jawił się jak zwarta bryła: twarde sfery gwiazd ocierają się o niego, morze odbija się od jego skroni... Zorba odczuwał bez zniekształcającego pryzmatu rozsądku istnienie ziemi, wody, zwierząt i Boga.