Simon odpowiedział mu w ten sam bezgłośny sposób...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- W pewien sposób cieszyła się, że Egwene oraz jej przyjaciółek tu nie ma, cieszyła się, że nie może widzieć ich twarzy, a na nich, być może, piętna...
- Windows), — podstawy routingu statycznego i dynamicznego, — podstawowa znajomość IOS oraz sposobu konfigurowania urządzeń Ci- sco,...
- Przykładowo, poniższe wyrażenie:Dim targetNumber As Integer = CType("12", Integer)jest odpowiednikiem następującego wyrażenia:Dim...
- Artyku 105 1 EgzAdmU wymienia sposoby sprzeday rzeczy zajtej w toku egzekucji z ruchomoci:1) sprzeda w drodze licytacji publicznej,2) sprzeda po cenie...
- włącznie, wszystko w tym stylu, który fachowcy nazywają stylem winietowym – sposób malo- wania przypominał wielce Sully'ego – w ulubionych...
- Polecenie traceroute zwykle jest wykorzystywane w ten sposób, jak polecenie ping – jako parametr należy podać nazwę hosta docelowego...
- bynajmniej jedynie o to, by wszyscy si bali, i bali si w ten sam sposb...
- jaki sposób w małej zbiorowości lokalnej obrotny przedsiębiorca bogaci się, inwestuje, uzależnia od siebie innych, prowadzi wystawny tryb życia, wchodzi do...
- Analiza ta wyjania nam rwnie, dlaczego poziom produkcji odpowiadajcy naturalnej stopie bezrobocia jest rwnoznaczny z potencjalnym poziomem produkcji danego...
- Żal, że dał się podkupić mojemu bratu i że w sposób typowy dla naszego rodzinnego konfliktu zaraz po złotych triumfach - Hary był pierwszy także ze sztafetą...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
— No więc — ciągnął Władca Much — biegnij się bawić z kolegami. Oni
uważają, że masz bzika. A chyba nie chcesz, żeby Ralf myślał, że masz bzika, co?
Przecież bardzo lubisz Ralfa. I Prosiaczka, i Jacka.
Głowa Simona była z lekka zadarta ku górze. Nie mógł odwrócić wzroku
i Władca Much trwał przed nim jakby zawieszony w przestrzeni.
— Co ty tu robisz sam? Nie boisz się mnie?
Simon zadrżał.
— Nikt ci tu nie może pomóc. Tylko ja. A ja jestem Zwierz.
Wargi Simona poruszyły się, wydobył ledwie dosłyszalne słowa:
— Świński łeb na patyku.
107
— Jakby Zwierz miał być czymś, co można wytropić i zabić!
Ładne sobie! — rzekł łeb. W ciągu kilku chwil las i wszystko dokoła brzmiało parodią śmiechu. — A ty wiedziałeś, prawda? Że jestem częścią was? Blisko,
bliziutko, bliziuteńko! Że to przeze mnie wszystko na nic? Że jest tak, jak jest?
Znów zadrgał śmiech.
— No dosyć — rzekł Władca Much. — Wracaj już do kolegów i zapomnijmy
o wszystkim.
Głowa Simona zakołysała się. Oczy miał na wpół przymknięte, jakby naśla-
dował to ohydztwo na patyku. Wiedział, że nadchodzi jedna z jego chwil. Władca Much zaczął rozdymać się jak balon.
— To śmieszne. Wiesz doskonale, że spotkasz mnie tam na dole, więc nie
próbuj uciekać!
Kark Simona był wygięty w łuk i naprężony. Władca Much przemówił głosem
dyrektora szkoły:
— To już przechodzi wszelkie granice. Biedny, wykolejony chłopcze, myślisz, że jesteś mądrzejszy ode mnie?
Umilkł na chwilę.
— Ostrzegam cię. Bo mogę stracić cierpliwość. Jesteś niepotrzebny. Rozu-
miesz? Zrobimy sobie zabawę na tej wyspie. Rozumiesz? Zrobimy sobie zabawę!
Więc nie próbuj swoich sztuczek, mój biedny, wykolejony chłopcze, bo inaczej. . .
Simon patrzył w wielką paszczę, która ziała czernią, rozszerzającą się czernią.
— . . . Bo inaczej — mówił Władca Much — wykończymy cię.
Zrozumiałeś? Jack i Roger, i Maurice, i Robert, i Bill, i Prosiaczek, i Ralf.
Wykończymy. Rozumiesz?
Simon znalazł się w paszczy. Upadł i stracił przytomność.
WIDOK ŚMIERCI
Chmury nad wyspą wciąż się gromadziły. Stały prąd rozgrzanego powietrza
unosił się przez cały dzień nad górą i wzbijał na dziesięć tysięcy stóp; kłębiące się masy gazu stłoczyły się w jednym miejscu, każdej chwili gotowe wybuchnąć. Pod wieczór słońce znikło i miejsce światła dnia zajął miedziany poblask. Nawet to powietrze, które płynęło znad morza, było gorące i nie przynosiło ochłody. Woda, drzewa i różowe skały utraciły barwy pod nawisem białych i brunatnych chmur.
Prosperowały jedynie muchy, czerniące swojego władcę, i wyprute flaki, które wyglądały niby stos połyskliwego węgla. Nawet kiedy Simonowi pękła w nosie
żyłka i zaczęła płynąć świeża krew, zostawiły go w spokoju, przekładając nad nią wyborny smak świni.
Wraz z upływem krwi atak Simona przeszedł w odrętwienie. Leżał na ma-
cie z pnączy, a tymczasem nadszedł wieczór i w chmurach ciągle przetaczało się dudnienie. Wreszcie chłopiec ocknął się i zobaczył niewyraźnie tuż przy swojej twarzy ciemną ziemię. Leżał dalej nieruchomo z policzkiem przy ziemi, tępo wpatrzony przed siebie. Potem obrócił się, podciągnął stopy i chwycił się pnączy, żeby się podnieść. Gdy targnął pnączami, muchy zerwały się z gniewnym bzycze-niem z flaków i zaraz przylgnęły do nich znowu. Simon stanął na nogi. Światło było jakieś pozaziemskie. Władca Much wyglądał niby czarna kula na patyku.
Simon powiedział głośno w stronę polanki:
— Co innego można zrobić?
Nie było odpowiedzi. Odwrócił się i wpełzł przez pnącza w mrok lasu. Szedł
między drzewami z twarzą pozbawioną wszelkiego wyrazu i krwią zakrzepłą wo-
kół ust. Czasem tylko, gdy rozsuwał pnącza i obierał dalszą drogę według ukształ-
towania terenu, usta układały mu się w bezgłośne słowa.