przypadkiem tu przyjechał...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Bóg to radość, Bóg to szczęśliwość, Bóg to zdrowie, Bóg to swoboda, Bóg to przyjemność, Bóg to wygoda i wszystko, co najlepsze...
- — Re Alide to kupa gruzów — rzekł krótko; zdało mi się, iż temat nie był dlań przyjemny — ale o tym na pewno pan wie...
- Przez jakiś czas obserwowałem ich i może dlatego, że byli nowi, patrzenie na nich sprawiało mi przyjemność; przy nich czułem się bezpieczny...
- bool move_uploaded_file (string filename, string destination)msqlZwraca dodatni identyfikator wyniku zapytania mSQL, lub False w przypadku wystpienia...
- — Gdy przyjechałem, była pani na dole?— Tak...
- Zasługa przedstawienia schematu, który okazał się zasadniczo prawidłowy, przypadła Dymitrowi Mendelejewowi, który w 1869 roku ukończył pierwszy z długiej...
- system funkcyjnykw zgodnie z przyjtymi zaoeniami in-terwaowymi tworzy -> skal muzyczn, na ktrej opiera si muzyka danego rodowiska kulturowego w danym...
- żelazne okucia drzwi, to, przypadłszy do gromady, stojącej w ponurem milczeniu, zaskowy- czała chrapliwie ostatkami sił i ostatkami...
- W przypadku zabjstw pod wpywem silnego wzburzenia, usprawiedliwionego okolicznociami, zabjstwo ma przede wszystkim charakter agresji emocjonalnej -i czsto w...
- Przykład ten pokazuje, że logika Arystotelesa dotyczy stosunku między pojęciami, w tym przypadku pojęciami „żywej istoty” i „śmiertelności”...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- Tak pan myśli? - zasmucił się.
- A co robił nasz podejrzany? - zapytałem.
- No, nic. Przyjechał tu.
- Chodź na kawę - zaprosiłem chłopca.
Niestety, wszystkie ogródki kawiarniane i piwne były zajęte, lecz nagle zobaczyłem,
że ktoś do nas macha ręką. To był Jerzy Batura.
- Nie napiszesz na mnie raportu? - zwróciłem się do Kobyłki.
- Już wiem, że macie niekonwencjonalne metody pracy...
Przecisnęliśmy się pomiędzy stolikami do Batury. Siedział z urodziwą blondynką o
dużych niebieskich oczach, opalonym ciele okrytym tylko bardzo obcisłą i krótką sukienką.
Wszyscy mężczyźni w okolicy rzucali w jej stronę ciekawskie spojrzenia. To zainteresowanie
wyraźnie schlebiało Baturze.
- Proszę, niech pan usiądzie - zaprosił mnie. - Czyżby tutaj szukał pan “Skrytki
Tryzuba”? - pytał jednocześnie dając znać kelnerce, żeby nam przyniosła kawę.
- Czego? - spytałem.
- Proszę nie udawać - Batura rozsiadł się w plastykowym foteliku. - Obaj wiemy, że
zna pan treść przesłania lokaja z Krasiczyna, ma pan także listę skrytek zdobytą przez Alfreda
w Szymbarku...
- No i tę z klasztoru - pochwalił się Kobyłka.
- Przyznam się, że to dwa identyczne spisy - dodałem.
- Ale się pan wygadał - zwrócił mi uwagę Kobyłka.
Przemilczałem tę uwagę.
- A co pana tu sprowadza? - zapytałem Jerzego Baturę.
- Zielone wzgórza nad Soliną i oczy pewnej damy - wymownie spojrzał na swoją
towarzyszkę.
- To my nie będziemy państwu przeszkadzać - rzekłem.
Pożegnaliśmy się z Baturą i jego towarzyszką.
- Alfred, pożyczę od ciebie kserokopie stron tych wskazówek dotyczących skrytek -
zwróciłem się do młodszego kolegi.
- Myślałem, że pan wszystko ma w głowie.
- Mam, ale chciałem się upewnić...
- Miałem nadzieję, że jeśli po południu przestudiuję te zapiski, to coś wymyślę. Pan
nie chce dać mi szansy rozwiązania zagadki - Kobyłka spojrzał na mnie z wyrzutem.
- Oddam ci te odbitki za pół godziny - zapewniłem.
Gdy byliśmy już w “Tarnicy”, Kobyłka niechętnie podał mi plik kseropkopii.
Ślęczałem nad nimi równe pół godziny. Kobyłka zapukał do drzwi mojego pokoju, więc
odłożyłem długopis z czarnym wkładem i oddałem chłopakowi notatki.
Długo nie mogłem zasnąć i wsłuchiwałem się w odgłosy na korytarzu. Turyści
zamykali się w swych pokojach. Po godzinie usłyszałem skrzypnięcie drzwi. Ktoś przekręcił
klucz w zamku i szedł korytarzem. Szybko wstałem, założyłem spodnie, koszulę i buty.
Ostrożnie wyjrzałem na korytarz. Nikogo już nie było. Podbiegłem do schodów. Niżej na
poręczy ujrzałem dłoń Alfreda schodzącego do restauracji w piwnicy. Skradałem się za nim.
W pierwszej części lokalu, tam gdzie płonął ogień w wielkim kominku, nikogo nie było.
Wyjrzałem zza załomu muru. Kobyłka siedział na kanapie, a obok niego ujrzałem blondynkę
Batury. Alfred pokazywał jej swoje kserokopie notatek.
Na szczęście to byli Mały, Zet i Wdowa.
- Na glebę! - krzyknął Mały.
Padłem natychmiast. Nade mną zaczęła się strzelanina. Mały kilkoma strzałami
najpierw ufarbował jednego ze ścigających mnie harcerzy, a potem trafił drugiego
przygwożdżonego do ziemi ostrzałem Zeta i Wdowy. W tym czasie wczołgałem się do rowu.
Podkradł się do mnie Gustlik.
- Zdobyliśmy przewagę liczebną - relacjonował. - Oni stracili czterech zawodników, a
my dwóch. Na miejscu zostało według naszych obliczeń dwóch, czyli z flagą umyka sześciu.
- Ten z krzaków ucieka - zameldował Zet.
- Gonimy tego i będziemy szli prawym brzegiem Bereźnicy, a wy lewym - mówiłem
do Gustlika. - Jak coś się będzie działo, to wzywamy się potrójnym gwizdnięciem gwizdka.
- Maciek z Banderasem już pobiegli do brodu - Gustlik powiedział odchodząc.
- Mały, idziemy na przedzie - rozkazywałem swojej grupie. - Wdowa i Zet, osłaniacie
nas.
Przemieszczaliśmy się w stronę rzeki przeskakując od pnia do pnia. Raz ja
ubezpieczałem skok Małego, potem on mój. Tak dotarliśmy nad brzeg.
- Potrzeba kogoś do sforsowania tej rzeki - powiedziałem do Małego.
- Szuka pan kamikadze? - zapytał. Po chwili obrócił się i wymownie spojrzał na Zeta.
Mimo maski na twarzy Zeta zobaczyłem, że chłopak uśmiechnął się.
- To robota dla takiego mistrza wszystkich strzelanek jak ja - oznajmił przeczołgując
się obok mnie.
Nagle wstał i biegiem ruszył do rzeki. W tym miejscu Bereźnica nie była zbyt szeroka,
ale za to głęboka na metr. Haker wskoczył do wody sięgającej mu prawie do pasa i wtedy z
krzaków na przeciwnym brzegu wyłoniła się lufa markera. Rzeczywiście Zet musiał mieć
niebywały refleks nabyty w czasie gier komputerowych, bo nim przeciwnik strzelił, nasz
zawodnik dwukrotnie nacisnął spust i zanurzył się w rzeczce zostawiając nad powierzchnią
jedynie marker. Było ustalone i pilnowali tego sędziowie, że liczą się tylko trafienia w głowę i
korpus. Harcerz z drugiej strony zrezygnował z walki i zniknął nam z oczu.
Zet wyszedł na brzeg i dał nam znać, że możemy pojedynczo forsować rzekę. Potem
przeszliśmy około stu metrów pod baldachimem gałęzi drzew i wyszliśmy na łąkę porośniętą
wysokimi na ponad metr trawami i chwastami. Po lewej stronie mieliśmy Bereźnicę, a po
prawej strome wzniesienia przechodzące na wschodzie w grzbiet Berce. Środkiem biegła
wąska ścieżka, niezbyt uczęszczana.
- Poszli ścieżką - stwierdziła Wdowa.
- Czemu tak myślisz? - Zet obejrzał się w jej stronę.