żelazne okucia drzwi, to, przypadłszy do gromady, stojącej w ponurem milczeniu, zaskowy- czała chrapliwie ostatkami sił i ostatkami...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- bool move_uploaded_file (string filename, string destination)msqlZwraca dodatni identyfikator wyniku zapytania mSQL, lub False w przypadku wystpienia...
- Zasługa przedstawienia schematu, który okazał się zasadniczo prawidłowy, przypadła Dymitrowi Mendelejewowi, który w 1869 roku ukończył pierwszy z długiej...
- W przypadku zabjstw pod wpywem silnego wzburzenia, usprawiedliwionego okolicznociami, zabjstwo ma przede wszystkim charakter agresji emocjonalnej -i czsto w...
- Przykład ten pokazuje, że logika Arystotelesa dotyczy stosunku między pojęciami, w tym przypadku pojęciami „żywej istoty” i „śmiertelności”...
- Prawa poboru W przypadku emitowania przez spółkę nowych akcji z prawem poboru (tj...
- Nic zatem dziwnego, że w konsultowanym przeze mnie przypadku niczym nie zagrożony, dobrze odżywiony pies na początku nie protestował, kiedy mu zabierano miskę...
- W przypadku immobiliserw bardzo wana jest bezpieczna konstrukcja i uycie wysokiej jakoci komponentw, gdy urzdzenia te wpywaj w sposb bezporedni na...
- kaporą za twój najmniejszy paznokietek! Wysłuchawszy mnie dziewczyna wybuchnęła śmiechem łotrzycy, zatrzasnęła mi drzwi przed samym nosem,...
- na moje ramię i rozglądał się czujnie, ale było oczywiste, że na sali nie pozostał nikt poza przypadkową klientelą...
- Asmodean wydobywał ze swej harfy przypadkowe akordy, Rand podszedł bliżej i usiadł przed nim na poduszkach...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
39
dliwości! To niech mnie już dotłuką, jak psa, byle tylko dziecka nie gubili! Ludzie! Ratujcie!
Ratujcie!
Wszyscy płakali, słuchając tych straszliwych lamentacji, rzęsiste łzy broczyły po zoranych
cierpieniami twarzach, szlochy rozrywały serca, i jak ten deszcz, trzepiący w liście drzew,
okalających cerkiew, tak smutnie szemrały beznadziejne płacze, żałosne westchnienia i bez-
silne jęki.
– Woła mnie! Woła! Słyszycie! – wrzasnęła naraz nieludzkim głosem, rzuciła się na oślep
do cerkwi i padła zemdlona.
Odnieśli ją do chałupy i ledwie się docucili.
Świt się już zrobił, i szary, zadeszczony dzień zajrzał w jej oczy, smutkiem wyżarte, gdy,
zupełnie oprzytomniawszy, jęła się rozglądać po izbie. Już ani jedna łza nie pociekła po ska-
mieniałych policzkach, ani jedno słowo skargi nie wyrwało się z piersi, ani jedno pytanie nie
padło, ale była taka trupio blada i takiemi bez dna oczami patrzała, że nikt nie śmiał do niej
zagadać, i wkrótce się porozchodzili.
Pozastawiała drzwi powybijane i okna sprzętami, szafami i czem jeno38 mogła, rozpaliła
gromnicę przed obrazem Częstochowskiej, uklękła i zaczęła czytać z książki modlitwy za
umarłych.
A może w jakąś godzinę, już o dobrym dniu, ktoś zaczął się dobijać do chałupy.
Nie usłyszała, zatopiona w żarliwej modlitwie, dopiero jakieś ciche dziecinne kwilenia po-
derwały ją nagle z klęczek. Wyjrzała oknem i aż się zatoczyła na ścianę, ale się przemogła i,
przypadłszy twarzą do ziemi, modliła się jeszcze goręcej.
– Otwórzcież, przynoszę wam dziecko! – zaskrzeczał niecierpliwie jakiś głos za oknem.
– Nie mam już dziecka! – rozległ się grobowy głos matki.
– Tylko bez „szutek”39! Odnoszę wam Fieduszkę, i musicie wyprawić chrzciny!
– Precz! Nie mam dziecka! A jak mi to cudze szczenię wpuścicie do chałupy, to je zatłukę,
jak psa! – powiedziała jakimś obłąkańczym głosem, że strażnik posadził dziecko pod ścianą i
uciekł.
Szucka modliła się dalej, wołając skrwawionem sercem o litość i miłosierdzie.
Dzień był zimny i wilgotny, deszcz padał i zacinał w okna, czasem wiatr zamiatał drzewa-
mi, a pod ścianą w błocie i kałużach gmerało się rozpłakane dziecko, macało po drzwiach,
usiłowało dosięgnąć okna, i co chwila rozlegał się płaczliwy, słaby głosik:
– Mamo! mamusiu! wpuśćcie Jasia! wpuśćcie!
Szucka, jakby rozpięta na krzyżu męki nadludzkiej, umierała z bólu, ale nie otwierała.
Na szczęście któryś z sąsiadów dosłyszał płacz dziecka i krzyknął do chałupy:
38 jeno – tylko.
39 bez „szutek” – z ros. bez żartów.
40
– Bójcież się Boga, przecież dziecko ledwie już zipie!
Wyjrzała oknem, jakby zakłopotana, i z jakimś dziwnym uśmiechem szepnęła:
– Cichocie, dziecko mi co dopiero usnęło...
– Jakże! Co wam się troi po głowie? Przecież... – cofał się przed jej obłąkanym wzrokiem.
Położyła palec na ustach, siadła przy kołysce i zaczęła kołysać.
Nie pomogły żadne perswazje, ni nawet żałosne kwilenia dziecka, nic już bowiem nie ro-
zumiała, tylko, zapatrzona w pustą kołyskę, poruszała nią troskliwie i nieustannie.
Naszło się więcej ludzi, jęli się nad nią wyżalać, próbowali nawet ratować, ale nie zwracała
na nich uwagi, a tylko kiedy niekiedy prosiła błagalnie i gorąco:
– Cichocie! Śpi mój robaczek najmilejszy, śpi! Cichocie!
Postali, pokiwali nad nią głowami, dziecko zabrał ktoś litościwy, i porozchodzili się.
Dziecko w parę dni później umarło.
Powiedzieli jej o tem; uśmiechnęła się i, wyjąwszy z kołyski kukłę, uwitą z gałganów,
opowiadała tajemniczo, rozglądając się przy tem trwożnie dokoła:
– Wiecie, nie dałam Jasia! I nie oddam! Nie oddam! Siadła pod ścianą, kukłę przytuliła do
piersi i, huśtając ją, śpiewała bezprzytomnie:
„A! a! a! kotki dwa! Szare, bure obydwa!”
V.
Jechałem z Brześcia Litewskiego traktem, ciągnącym się na Kodeń, Sławatycze, Włodawę,
Sawin do Chełma. Miałem znowu przed sobą parę znojnych dni, a do zrobienia końmi kilka-
naście opętanych mil, że musiałem sobie drogę podzielić na etapy. Na pierwszy, do Sława-
tycz, wiózł mnie dworski furman, stary wyjadacz, bywalec i gadatywus40, który kraj okolicz-
ny i ludzi i wszystkie sprawy znał, jak swoje konie, a przez całą drogę zabawiał mnie opo-
wiadaniami.
– Państwo wołają na mnie Iwan – objaśnił, zbierając w garść lejce.
Obsadziłem się w bryczce, bat świsnął i konie poderwały z miejsca.
– A naprawdę, to mi jest Nikon, ale taka już dworska moda, żeby foszmanom41 od cugo-
wych było Jan albo Mateusz. Tu nad Bugiem każą być Iwanem! – zaśmiał się, paląc siarczy-
ście z bata i skręcając na szeroką, błotnistą drogę.
Wyjeżdżaliśmy o świcie, przed słońcem, gdy jeszcze cała nizina nadbużańska tonęła w pu-
szystych, białych kożuchach mgieł, a tylko na wschodzie, nad czarnemi chmurami borów,