KamczatkÄ™, byle gdzie indziej...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- – Kiedy tylko dotrzemy tam, gdzie majÄ… w miarÄ™ rozwiniÄ™ty przemysÅ‚ – dodaÅ‚ po chwili – bÄ™dziemy musieli sprawić sobie trochÄ™ odtylcowych...
- — ProszÄ™ pani, jeÅ›li pojedzie pani do siedziby detektywów Dystryktu Zachodniego przy PięćdziesiÄ…tej PiÄ…tej i Pine, gdzie podpisze pani dokument...
- — Gdzie jesteÅ›my? — odważyÅ‚am siÄ™ zapytać...
- - Szczęście osiąga w procesie nieustannie realizowanej pełni życia i niezależne jest od celu, jaki pozwoli zrealizować los; a tam gdzie życie pełne, na miarę...
- Służy też temu miejscu i ono, cośmy w pytaniu: Jeśli czarownicy czary swoje zawsze z szatanami odprawują? powiedzieli, gdzie położyła się przeszkoda trojaka,...
- Pod ziemią mieliśmy nawet drogowskazy, dzięki czemu obcy wiedzieli gdzie się znajdują, chociaż zapewnianie przybyszom [kadrze i partyzantom] przewodnika było...
- Wreszcie wczesnym popołudniem któregoś dnia Smuga oznajmił, że wraca jego przyjaciel i mogą mu złożyć wizytę w siedzibie towarzystwa, gdzie pracuje...
- - A gdzie Natasza?- W ogródku, moja go³¹beczka, w ogródku! IdŸ do niej...
- hłasko marek, dom mojej matki (rtf)Chodziłem czasem na przedmieście i wałęsałem się godzinami po piaszczystych i krzywych uliczkach, gdzie przycupnęły...
- abW dolnej cze˛sći rysunku 1 została nakresĺona funkcja produkcji f(L), gdzieL oznacza liczbe˛ zatrudnionych i gdzie zaso´b kapitału jest dany, z...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Nie mogę dłużej wytrzymać i rąk swoich w tym wszystkim
marat' nie chcÄ™.
Z dziwnie uspokojoną, wypogodzoną twarzą wyszedł kapitan od przyjaciela swego.
Targał go przedtem niepokój, czy to wezwanie do komisji nie wypadnie w godzinach
dziennych, choć miał nadzieję, że stanie się to wieczorem, bo komisje, ogromną ilością po-
siedzeń obarczone, dniami i nocami pracowały. Teraz upewnił się o czymś dla siebie bar-
dzo ważnym i to mu dawało wygląd człowieka zadowolonego. I jeszcze, niewiele o tym
myśląc, czuł w głębi radość, że przyjaciel wysoko postawiony, ten dobry, kochany czło-
wiek, chce kraj ten opuścić i rąk swych użasami tymi nie marat'.
Namawiać Awicza, aby spokorniał, zmiękł, wyjawił to, co komisja zapytywać będzie,
ani myślał. Wiedział naprzód, że namawianie skutku by nie osiągnęło, a potem nie chciał,
aby za cenę choćby życia jego i swego, nie chciał, aby się tak stało. Chętnie tylko w myśli
sprawę sobie z tego zdawał, ale czuł bardzo wyraźnie, że gdyby się tak stało, gdyby Awicz
upokorzył się, zmiękł, począł wyjawiać, byłoby to dla niego czymś takim jak zaćmienie
słońca lub rozsypanie się w proch tych kształtów, którymi zachwycały się jego oczy.
Jednak pomimo że z przeprowadzenia więźnia do miejsca posiedzeń komisji nie zamie-
rzał czynić takiego użytku, o jakim przyjacielowi mówił, radość milcząca, ale głęboka na-
pełniła mu oczy, gdy przyobiecaną bumagę wziął do ręki. Schował ją za mundurem u pier-
si i jeszcze kędyś na kraniec miasteczka poszedł, kędyś dość długo bawił, aż na koniec,
godzinę oznaczoną nieco wyprzedzając, udał się do więzienia. Wchodząc do celi Awicza
rzekł od razu:
− Jesteś pan wezwany do komisji i ja mam pana tam zaprowadzić. Na więźnia wiado-
mość ta wywarła wrażenie przykre. Nie spodziewał się jej; myślał, że śledztwo zastało już
ukończone. Ale jeżeli trzeba, to trzeba! Czego ci ludzie chcą jeszcze od niego? Czego się
po nim spodziewają? Powinni byli przecież zrozumieć, że nie wytłoczą z niego ani jednego
słowa więcej nad to, co już powiedział. Prędkoż to nastąpi? Dziś? Jutro? Zaraz? Oficer
uprosił, by mu pozwolono tam go zaprowadzić, bo może przecież nie tak przykro będzie,
jak z feldfeblem i żołnierzami? Aleksander ze wzruszeniem rękę mu ścisnął.
− Jaki ty dobry dla mnie, bracie!
− Nu, co tam! co tam! ja by dla ciebie Boh znajet szto!...
Dziwne u ludzi bywajÄ… czasem przeczucia, te uprzedzajÄ…ce wypadki rzuty duszy. W tej
chwili dwaj ci ludzie po raz pierwszy zaczęli sobie mówić: ty!
− Nu − rzekł oficer − czas nam w drogę!
Przez otwór w drzwiach zawołał:
− Smatrytiel!
62
Wezwany dozorca natychmiast wszedł do celi; Karłowicki papier zza mundura wyjęty
mu pokazał:
− Po prikazanju...
Wyszli obaj z celi, przeszli różne korytarze i wschody, przed wyjściem z budynku Kar-
łowicki znowu komuś papier pokazywał. Szyldwachy wszystkie rotnego dowódcy saluto-
wali.
Gdy znaleźli się na ulicy, oficer więźnia pod ramię ujął i krokiem iść zaczął. Aleksander
odetchnął pełną piersią.
− Ach − rzekł − powietrzem świeżym oddychać choć przez chwilę, co za rozkosz! Ale
dlaczego idziemy tak prędko?
I nie dał towarzyszowi czasu na odpowiedź, bo sobie o czymś przypomniał.
− Ale, ale! Widziałeś narzeczoną moją i jej matkę! Byłeś u nich? Jak
mają się? Co tam słychać?
Uliczki miasta były ciemne i prawie puste; kiedy niekiedy tylko dwaj spiesznie idący
ludzie spotykali się z niepozornymi, śpieszącymi, obojętnymi na wszystko, co ich samych
nie otaczało, przechodniami. Jednak oficer do szeptu prawie głos zniżył odpowiadając:
− Twoja narzeczona to cud kobieta! Odważna, dla ciebie na wszystko gotowa. Wot Po-
lki to kakija! Ja dawniej żadnej nie znał! My z nią wiele, wiele mówili o różnych tam... na-
radzali się i ja tobie powiem, że u niej nie tylko krasata i serce, ale i rozum...
Mówiąc przyśpieszał coraz kroku.
− Czego my tak biegniemy? − zadziwił się znowu Aleksander.
− Tak trzeba! − odpowiedział oficer i w głosie jego zabrzmiała nuta
wydajÄ…cego rozkazy kamandira.
U końca wąskiej uliczki widać już było jednopiętrowy budynek, w którym zasiadała
komisja. Wszystkie okna budynku tego były oświetlone, przed gankiem paliła się latarnia i
w świetle jej połyskiwały bronie szyldwachów.
Jeszcze kilka, jeszcze kilkanaście kroków i oficer nagłym ruchem skręcił w jakieś cia-
sne, brudne przejście pomiędzy jakimiś wpół rozwalonymi lepiankami i płotkami, więźnia
za sobÄ… pociÄ…gajÄ…c.
− Co to? Dokąd? Gdzie idziemy?
− Milcz! − szepnął oficer i jakkolwiek szept to był, zabrzmiał w nim twardy, niemal
groźny rozkaz.
Ramieniem jak żelazną obręczą opasywał ramię więźnia. Lepianki i płotki stawały się
rzadsze, można było wśród zmroku dostrzec ukazujące się za nimi pole.
Ramię Aleksandra pomimo żelaznego uścisku oficera drżeć zaczęło.
− Co to jest? Dokąd mnie prowadzisz? Co chcesz uczynić? Nie odpowiadał i po minu-
cie znaleźli się już za miasteczkiem. Wieczór był dość późny i pomimo gwiazd usiewają-
cych niebo ciemny, bo szmaty chmur tułały się pod gwiazdami, gnane i rozganiane przez
wiatr, którego prawie jesienne podmuchy z lekka szumiały po gładkim polu.
Na wąskiej ścieżce, przerzynającej pole, tu i ówdzie rosnącymi nad nią krzakami ocie-
nionej, oficer zwolnił kroku i szeptem mówić zaczął:
− Ty nie wiesz, że tobie grozi śmierć... na szubienicy albo katorga. Ja o tym dowiedział
się i nie mógł przecież z rękoma założonymi czekać. Ja pojechał do twojej narzeczonej i
my z nią wszystko ułożyli. Ty będziesz wolny...
− Wielki Boże! − wykrzyknął Aleksander.
− C... c... cicho! − zasyczał oficer i narzekać zaczął. − Oj ty Boże mój! jaki pyłki cha-
rakter! tu trzeba jak myszy cicho... a on krzyczy! Słuchaj i nie mów nic! Ja wszystko po-
wiem...