Berlichingen...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- komnaty, gdzie liczni goście jedli i pili...
- działa z westchnieniem...
- Wraz z przerzuconymi przez mur jeźdźcami lord znalazł się na wprost formującego się klina ur-podłych...
- 59
- Od strony ulicy prawie wszystkie bary oraz mniejsze sklepy zamiast ścian miały różnego rodzaju żaluzje, które usuwano całkowicie lub rolowano na czas otwarcia...
- 3
- the self...
- characters and situations, on the external side, completely, and conveyshis impression to his readers with scarcely any diminution of force...
- visits, and longer periods out of the cell...
- Headinkton Klasyka na CD, J...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
„Zdawało się” na pamięć Ojca zadżumionych, Grób Agamemnona i Smutno mi
Boże.
Deklamacja! Był to zloty wiek tej szlachetnej sztuki. Gdzie się było ruszyć, wszędzie
wówczas kwitła deklamacja, na wieczorkach, na koncertach. Wybór bywał dosyć dziwny. Ileż
razy na koncercie, w Sali Saskiej, w Sokole, wysłuchałem całego Ojca zadżumionych! W dusznej
i przegrzanej sali gaz syczał usypiająco, a spocony amator na estradzie grzebał jednego synka po
drugim, aż w końcu został „pod kręgiem słońca jako krew czerwonym” sam, z dromaderami. A
publiczność liczyła w myśli trupy, jak punkty na meczu, czekając aż jej ostatni przyniesie
wyzwolenie.
Największym tytanem deklamacji był Kotarbiński: znane jest roztargnienie tego zacnego
artysty i jego słynne „sypki”. Jest ustęp w tej rozpuście bólu, gdy ojciec zadżumionych mówi o
córce: „na pierś jej twardą, krągłą, białą...” Kotarbiński zawsze mówił: „na pierś jej miękką,
krągłą, białą...”, kładąc na epitet „miękką” cały akcent liryczny. Widocznie lepiej mu to
brzmiało: ciekawy przyczynek do fonetycznej przeważnie deklamacji aktorów. Ale nikt tego nie
zauważył, gaz syczał, dzieciątka konały...
Tak, to był trupi, martwy okres poezji. Ale równocześnie „z lewego łoża”, że tak powiem,
rodziła się dla nas, młodych, poezja żywa. Dochodziły nas mgliste wieści że Słowacki to jest
naprawdę całą gębą poeta, ale że nie trzeba go szukać w oficjalnych wydaniach: najpiękniejsze
jego rzeczy znajdują się w trzech tomikach jego Pism pośmiertnych. Pisma pośmiertne: sam ten
tytuł miał w sobie coś tajemniczego; a przy tym owe pisma miały i ten urok, że były nie tknięte
przez szkołę (nie dokończone!). W tego Słowackiego zatapiali się wówczas z rozkoszą poeci,
artyści. Te trzy tomiki, razem oprawne, widywałem zawsze na biurku Kazimierza Tetmajera. I
pamiętam prawie moment przeobrażenia się stosunku do poety. Pamiętam list Włodzimierza
Tetmajera do brata, pisany, jak lubił pisywać Włodzimierz, makaroniczną polszczyzną XVII
wieku, polszczyzną Złotej czaszki, w którym to liście nazywa Słowackiego „poetarum nostrum
maximus” . Może on pierwszy sformułował tę herezję i czuł potrzebę osłonić ją wstydliwie
łaciną? Miłość zaczynała wówczas iść ku Słowackiemu z całym posmaczkiem owocu
zakazanego: Mickiewicz to był niejako ślubny mąż; zdradzało się go ze Słowackim. Wyczuwam
dziś bardzo ściśle ten odcień ówczesnego nastroju.
Włodzio Tetmajer zasłynął niebawem w kołach młodych z prześlicznego czytania
Słowackiego. Co za przeciwieństwo do oficjalnej „deklamacji”: i wybór, i sposób. Po prostu
siadał na krześle, brał książkę i czytał tak, jak się mówi, z cudowną prostotą i sentymentem.
Czytał najczęściej Pogrzeb kapitana M. , Odę na sprowadzenie zwłok Napoleona, Zachód słońca
nad Salaminą, którym rozkoszował się po malarsku („Wstałem – tańczyły fal różane bryły...”),
kolendę makaroniczną, jakieś mało znane strofy z Beniowskiego, wszystko dobyte ze skarbnicy
owych „pośmiertnych”. Często nad wieczorem albo jeszcze lepiej rano po przebumblowanej
nocy (było to już na uniwersytecie) szło się do Bronowic i wyciągało się Włodzia na czytanie.
Nagle Słowacki buchnął przez teatr. Rzecz znamienna: kiedy zbudowano w Krakowie obecny
teatr, nie przyszło na myśl nazwać go Teatrem im. Słowackiego. Dedykowany był Fredrze,
którego biust stoi też przed gmachem (a na gmachu Tadeusz i Zosia z Pana Tadeusza...). Dopiero
znacznie później dość bezceremonialnie odebrano go Fredrze i ofiarowano Słowackiemu, którego
miano dziś nosi. Za moich studenckich lat grywano Słowackiego mało, najczęściej Mazepę.
„Czas” w numerze poświęconym Słowackiemu przytoczył świeżo recenzję gdzieś z lat
pięćdziesiątych, w której krytyk „Czasu”, już po śmierci poety, wskazuje, jakie przeróbki
należałoby uskutecznić w Mazepie: „albo opuścić rolę Kasztelanowej, albo rozwinąć ją i wpleść
118
w akcję...” Mazepa wracał na scenę zwykle jako popisowa rola dla tragika. Swojego czasu
przyjechał z nią do Krakowa stary Leszczyński; przed pierwszą próbą oznajmił, że chciałby
powiedzieć kilka słów do aktorów. Skupili się na scenie, a on rzekł: „ Chciałem uprzedzić
kolegów, że to jest sztuka, którą należy grać z talentem.”
Zdarzeniem artystycznym było odgrzebanie przez teatr Nowej Dejaniry, za którą ówcześni
młodzi poeci oddawali wszystkie tragedie „przedśmiertne”, ale była to premiera niejako literacka,
kameralna; natomiast ewenementem, który zaważył na losach teatru – nie tylko krakowskiego –
było wystawienie Kordiana, śmiały krok dyrekcji Kotarbińskiego. „Jak dyrektor będzie dawał
takie Kordiany, to dyrektor będziesz z gołą... chodził”, tak brzmiał dosłownie głos rozsądku
Kalibana krakowskiego teatru. A sekretarz teatru, nieomylny „wujcio”, szacował imprezę na trzy
przedstawienia; a spektakl był kosztowny, bo i Mont Blanc na scenie, i wojsko w kamaszach...
Entuzjazm Kotarbińskiego wygrał sprawę na całej linii, był to szereg tryumfalnych przedstawień,
wielki dzień poezji w teatrze, przewrót w pojęciach o sceniczności. Kordian, za którym poszły
Dziady, Nieboska, wskazał drogę późniejszemu repertuarowi Teatru Polskiego i poniekąd
Teatrowi im. Bogusławskiego.
Nową nutę wniósł przyjazd Przybyszewskiego. Był to niejako wyższy krąg „wtajemniczenia”.
W czasie gdy mówiło się o Beniowskim, Nowej Dejanirze, Złotej czaszce, on – uwielbiał
Słowackiego, twórcę Genezis z Ducha, Listu do Rembowskiego, Króla Ducha. Resztę, z właściwą
sobie ekskluzywnością, ignorował. Byłem z nim w loży na Nowej Dejanirze, z której uciekł po
pierwszym akcie, mrucząc: „Okrutnie tego Julka nie lubię...” To był początek kursu mistycznego,
który obecnie rozpowszechnił się tak dalece, że ten urodzaj na mistyków aż budzi obawę o ich
gatunek...
W owym czasie „Przybysz” pojechał na kilka dni do Lwowa, tam zetknął się z Janem
Gwalbertem Pawlikowskim na gruncie Słowackiego-mistyka. Jan Gwalbert wydał na cześć