— Słuchaj — zwrócił się Szeryf do swego przybocznego — czy wśród tych dziesięciu widzisz Robin Hooda?— Niestety nie, wasza wielmożność — odparł...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- że jest tam taki, prawda? To wcale nie jest żaden z tych kościołów, nie są to nawet wspólne ruchy ludzi, to jest bardzo ważne, drodzy bracia, bardzo ważne...
- 08 Przynocie wic owoc godny nawrcenia,09 a nie wmawiajcie sobie: Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam: Z tych kamieni Bg moe wywie synw Abrahamowi...
- – Hej! żeby się to tak udało tę wyspę i ten zamek ubiec! – Spojrzyj jeno na tych ludzi – odrzekł Maćko...
- 4|106|Pros Boga o przebaczenie! Zaprawde, Bóg jest przebaczajacy, litosciwy!4|107|I nie prowadz sporu w obronie tych, którzy zdradzaja samych siebie...
- Zdarzyo si wic, i jednego razu zaszed do wityni gagatek z tych rodu, dziki ktrym rzecz posza w mowie, e warszawiak w pracy, a wilk u puga, to jednaka przysuga...
- W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi; do tych prastarych drzwi z nabijanego ćwiekami dębu za którymi rozciągała się jedynie otchłań białych chmur...
- Pierwsza z tych przemian -od seksu owocożercy do seksu drapieżnika -dokonywała się w ciągu długiego czasu i w zasadzie przeprowadzona została z powodzeniem...
- Z drugiej strony, przynajmniej jeden bystry obserwator, John Kenneth Galbraith, wyraził pogląd, że być może Nixon zwyciężył pomimo stosowania tych środków...
- Podczas tych narzekań, które były zapewne wynikiem rozczarowania i osobistej urazy, wywołanej faktem, że jej stary pracodawca wolał inną, Artur Gride...
- Idąc wzdłuż rzędów tych prowizorycznych łóżek, Harry naliczył osiemnastu pacjentów, z których wielu było niezbyt starannie opatrzonych, a wszyscy...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
— Sześciu znam bardzo dobrze. Ci dwaj z Yorku... jeden za wysoki, a drugi za niski na tego bezczelnego łotra. Robin ma brodę złotopłową, a ten obdartus w szkarłatnych łachmanach kasztanowatą, poza tym ślepy na jedno oko. Ten obcy w błękitnym stroju znowu za cherlawy, Robin jest dużo tęższy w barach niż on.
— W takim razie — rzekł Szeryf uderzając się ze złości po udzie — to nie tylko łotr, ale i tchórz parszywy, który nie śmie pokazać się wśród przyzwoitych ludzi.
Po krótkim odpoczynku dziesięciu tęgich strzelców znów stanęło do zawodów. Każdy wypuścił po dwie strzały, a kiedy mierzyli do celu, cisza zapadła jak makiem posiał, tłum śledził walkę z zapartym tchem. Ale gdy ostatnia strzała utkwiła w tarczy, znów podniosła się przeogromna wrzawa i mnóstwo kołpaków poleciało w górę, tak się cieszono z zadziwiającego wprost mistrzostwa.
— Jak Boga szczerze kocham — powiedział sędziwy sir Amyas z Dell, starzec blisko dziewięćdziesięcioletni, który siedział obok Szeryfa — takich łuczników jeszcze nigdy w życiu nie widziałem, a przyglądam się prawdziwym asom z kopę lat i więcej.
Wreszcie ze wszystkich zawodników zostało tylko trzech. Jednym był Gili “Czerwony Kqlpak”, drugim nieznany obdartus w .szkarłacie, a trzecim Adam Dell z Tamworth. Na trybunach podniosła się wrzawa, jedni wołali: “Hura, Gilbert, Czerwony Kołpak!”, drudzy wołali: “Adam z Tamworth, niech żyje!”, ale nikt nie wołał na cześć obcego przybysza w szkarłacie.
— A strzelaj dobrze, Gilbert — krzyknął Szeryf — jak zdobędziesz pierwsze miejsce, dostaniesz na dodatek sto srebrnych pensów ode mnie!
— Zrobię wszystko, co w mojej mocy — odparł dzielnie Gilbert. — Człek nie potrafi więcej, niż jest w jego mocy, ale o to się właśnie postaram.
Co mówiąc dobył z kołczana wysmukłą strzałę z szerokim piórem, założył ją zgrabnie, z uwagą napiął cięciwę i zwolnił grot.
Strzała furknęła prościuteńko i pięknie utkwiła w tarczy o grubość palca od samego środka.
— Gilbert! Gilbert! — zahuczał cały tłum.
— Na mą cześć — zawołał Szeryf klaszcząc w ręce — to dopiero strzał!
Wtedy wystąpił nieznany obdartus i gromki śmiech rozległ się na majdanie, bo sf>od podniesionego łokcia, gdy mierzył, Wyjrzała żółta łata i wszystkich śmieszył widok jednookiego, który składał się z łuku. Szybko naciągnął swój cisowy łuk i tak szparko ‘ wystrzelił, że ludzie ani się nie obejrzeli, gdy jego strzała tkwiła już w tarczy o dwa źdźbła jęczmienia bliżej środka niż grot poprzednika.
— O, na wszystkich świętych w raju! — zawołał Szeryf. — To przepiękny ątrzał w rzeczy samej.
Z kolei strzelił Adam Dell, uważnie i ostrożnie, a grot utkwił tuż obok strzały nieznajomego. Po chwili wypuścili dalsze trzy strzały i znowu każda utkwiła w celu, tylko tym razem Adam Dell trafił najdalej od środka, a nieznajomy oberwaniec najbliżej. Wreszcie po chwili odpoczynku przystąpili do trzeciej i ostatniej kolejki. Gilbert celował tym razem z uwagą, bacznie mierzył odległość i strzelił z największą wprawą. Strzała pomknęła prosto iż wszystkich piersi wyrwał się tak potężny krzyk, aż chorągiewki na masztach zatrzepotały, a kawki i gołębie wzbiły się z wrzawą nad starą basztą, strzała bowiem utkwiła prawie w samym sercu tarczy, tuż, tuż.
— Brawo, Gilbert! — zawołał Szeryf ze szczerą radością. — Głowę daję, że nagroda jest twoja i wywalczona pięknie. No, oberwańcze, pokaż nam lepszy strzał od tego.
Obcy bez słowa zajął stanowisko. Wokół uciszyło się i nie tylko nikt nie śmiał się odezwać, ale i odetchnąć nawet, tak wielka była ciekawość, co też on pokaże. Tymczasem obcy również stał nieporuszony z łukiem w ręku, tak długo; że dałoby się policzyć do pięciu; potem naciągnął wierny cisowy łuk, mierzył jedną chwilę i puścił cięciwę. Grot pomknął prosto i tak celnie, że utracił szare pióro ze strzały Gilberta — migocząc w słońcu sfrunęło na ziemię, gdy grot utkwił w samym sercu tarczy. Z wrażenia nie padło żadne słowo ani żaden okrzyk, tylko sąsiad sąsiadowi zaglądał w twarz ze zdumieniem.
— No... — westchnął stary Adam Dell potrząsając głową — z cztery dziesiątki lat i więcej minęło, odkąd strzelam z łuku, i może czasem nie najgorzej, ale dziś nie oddam już strzału, bo nikt ni« może się mierzyć z tym obcym kimkolwiek on jest. — Po czym wrzucił strzałę, aż zagrzechotała w pustym kołczanie, i zdjął cięciwę z gryfu.
Szeryf zstąpił z podium i cały w jedwabiach i atłasach zbliżył się do nieznanego oberwańca, który stał wspierając się na swym tęgim łuku, otoczony przez ciekawskich, którzy tłoczyli się, by poznać tak cudownego strzelca.
— Proszę, przyjacielu — rzekł Szeryf — przyjmij tę nagrodę, boś sprawiedliwie i pięknie ją zdobył, jak powiadam. Jakże na cię wołają i skąd to pochodzisz?
— Zwą mnie Jock z Teviotdale i stamtąd też pochodzę — odparł nieznajomy.
— No, jak Boga kocham, Jock, tyś jest najlepszym łucznikiem, jakiego widziałem na oczy. I jeśli zechcesz wstąpić do mojej służby, to wystroję cię w piękny mundur zamiast tych łachów na grzbiecie. Nie zabraknie ci najlepszego jadła i trunku, a na Nowy Rok dostaniesz żołdu osiemdziesiąt marek. Uważam, że lepiej strzelasz z łuku niżeli ten tchórzliwy łotr, sam Robin Hood, który nie śmiał tu się dzisiaj pokazać. Powiedz, przyjacielu, czy wstąpisz do mojej służby?
— Nie, nic z tego, panie — odparł szorstko łucznik. — Sam jestem sobie panem i nikt w całej wesołej Anglii nie będzie mi rozkazywał.
— Więc idź precz i niech cię zaraza zeżre! — krzyknął Szeryf dygoczącym z gniewu głosem. — I Bóg mi świadkiem, że miałbym ochotę oćwiczyć cię batogami za twoje zuchwalstwo! — Po czym obrócił się na pięcie i poszedł.