wózku sporo też przybyło różnego rodzaju znaczków i nalepek z miast, które od- wiedził...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- resów, na które na le ¿y prze kie ro waæ wia do moœæ, plik fil tru mo¿e za wie raæ te sty za - war to œci przy chodz¹cej wia do mo œci, tak by na przyk³ad wia do...
- przekazywaniu właściwym adresatom we właściwym czasie informacji, które zostaną zrozumiane zgodnie z intencją nadawcy;zdolności do właściwego odbioru...
- 304 Roz dzia³ 17: Pocz ta elek tro nicz na Cc:Jest to li sta ad resów e-ma il, na które zo sta nie wys³ana ko pia „do wia do mo œci”...
- Wysunąwszy delikatnie ramię spod głowy Clare, wstał z łóżka, krzywiąc się z bólu, gdyż skaleczenia i rany, które przez noc trochę przyschły, znowu się...
- Sd Najwyszy z kolei zauwaa, e prawo do odmowy zastosowania przepisw ustawy, ktre sdy uznaj za sprzeczne z konstytucj, wynika z trzech wyraonych w niej zasad: jej...
- Ustalenie zakresu pojcia zwykych potrzeb rodziny zaley od kryterium, ktre stanowi bdzie podstaw zdefiniowania tego pojcia...
- Program komputerowy jest sekwencją rozkazów, które muszą być wykonane w określonym porządku, zaś wynik działania rozkazu często zależy od wyniku...
- pozytywistycznych, które wszelkie warianty artyzmu traktują jako instrumenty krasomówcze, a wartość słowa poetyckiego pragną mierzyć wartością...
- Diagnozowanie problemw z niskopoziomowym ruchem IPPierwsza seria testw bada niskopoziomowe usugi, ktre s niezbdne do pracy Samby...
- Zgromadzenie Oglne moe zwrci uwag Rady Bezpieczestwa na sytuacje, ktre mogyby zagraa midzynarodowemu pokojowi i bezpieczestwu...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Ale wózka nie widziałem.
— Zaparkowałem swój wehikuł na podwórzu znajomego gospodarza Fiedo-
sija — wyjaśnił natychmiast Wielki Bóbr widząc, że pytająco rozglądam się po
szosie. — Musimy się śpieszyć, a mój wózek jest zbyt powolny.
— Czy wiecie już, gdzie mieszka Makulski? — zapytałem niecierpliwie.
— Wiemy. I jak mówi Wielki Bóbr, musimy się śpieszyć — powiedział Win-
netou. — Czekając na was w przydrożnym rowie obserwowaliśmy przejeżdżające
samochody. Wydaje mi się, że w jednym z nich siedział Waldemar Batura. Ma-
kulski ma gospodarstwo na skraju lasu w pobliżu drogi żelaznego konia, która
biegnie ze Szczytna do Rucianego-Nidy. Musimy jechać w kierunku na Karwicę
Mazurską.
Wiadomość o Baturze bardzo mnie zaniepokoiła. Wprawdzie w rozmowie ze
mną zobowiązał się do lojalności i współpracy, ale czy można było wierzyć człowiekowi, którego dwukrotnie naraziłem na poważne kłopoty, a raz nawet wsadzi-
łem za kratki.
Przedstawiłem Monikę Wielkiemu Bobrowi i obydwaj mężowie wskoczyli na
tylne siedzenia wehikułu. Natychmiast ruszyłem w drogę, kierując się ku Karwi-
cy Mazurskiej. Po lewej ręce mignęła nam cerkiew prawosławna w Wojnowie,
potem przemknęliśmy między drewnianymi domkami wioski. Po prawej ręce zo-
baczyliśmy klasztor na niewielkim wzgórzu — i wkrótce zagłębiliśmy się w lasy.
Był piękny, słoneczny dzień — ciepły, przesycony wonią młodej zieleni pól
i łąk. Gdy mijaliśmy wioskę, owiewał nas zapach kwitnących bzów, w lesie białe konwalie wychylały się z trawy, żółciły się janowce i jastrzębce, kwitły poziomki.
134
Las rozbrzmiewał ptasimi głosami, bo prawie wszystkie ptaki zdążyły już przyle-cieć z ciepłych krajów, niektóre złożyły już nawet jajka i gdy samiczki siedziały w gniazdach, samce przepięknie śpiewały. Zobaczyłem nawet tych najopieszal-szych przybyszów — wilgę i kraskę.
Po kilku kilometrach jazdy przez lasy znaleźliśmy się na rozstaju dróg. Tutaj
zatrzymałem wehikuł.
— W lewo szosa prowadzi na przystanek kolejowy w Karwicy — wyjaśnił
Wielki Bóbr — natomiast leśna droga w prawo zawiedzie nas prosto do zagrody
Makulskiego. To duże gospodarstwo, całe z czerwonej cegły. Ludzie z Wojnowa
opowiadali mi, że Makulski sprowadził się tutaj w 1950 roku, nabył zdewastowa-
ne gospodarstwo i odbudował je bardzo pięknie. Skąd miał na to pieniądze, tego nie wiedzą, ale przypuszczają, że dorobił się handlując rozbiórkową cegłą. Teraz gospodarstwo prowadzi jego syn, Michał.
— A on?
— Umarł przed rokiem. Miał siedemdziesiąt trzy lata — powiedział Wielki
Bóbr.
Smutnie pokiwałem głową. Zapomniałem, że śledzę zdarzenia sprzed blisko
trzydziestu laty. Ludzie, którzy w tamtym czasie byli w sile wieku, teraz się posta-rzeli. Należało się liczyć z faktem, że nie tylko umarł Kurt Piontek, ale i Makulski.
Kto wie, czy żyli jeszcze Krostek i Wągrowski, odkrywcy schowka doktora Got-
tlieba na Czarcim Ostrowie.
Zajrzałem do mapy.
— Z tego miejsca do Sowirogu — stwierdziłem — przez lasy i jezioro jest nie
więcej niż dziesięć kilometrów. Prawdopodobnie Piontek znał się z Makulskim
i odwiedzał go.
Zagroda Makulskiego wyglądała okazale, duże kwadratowe podwórze obu-
dowane było murowanym domem, długą stajnią, oborą, owczarnią i stodołą. Na
podwórze wjeżdżało się przez bramę z daszkiem z czerwonej dachówki. Ale dro-
ga do gospodarstwa była zaniedbana, pełna dołów.
Zagroda stała na skraju lasu, dalej rozciągały się pola, aż po widoczny z daleka nasyp kolejowy.
Zajechaliśmy na podwórze tuż przed mały ganek. Nikt nie wyszedł nam na
spotkanie, choć z okien, domu widać było, jak zbliżaliśmy się drogą. Głośno także ujadały psy, zamknięte w owczarni.
Wysiedliśmy z wehikułu i całą czwórką wkroczyliśmy na ganek. Zapukałem
do drzwi, ale nikt nie odpowiedział. Przycisnąłem klamkę, drzwi się otworzyły.
Weszliśmy do dużej sieni, gdzie było kilkoro drzwi. Wydawało mi się, że jakieś głosy dochodzą mnie z pierwszych drzwi po prawej stronie, tam też zapukałem
i usłyszałem wreszcie ciche „proszę”.
Znaleźliśmy się w dużej kuchni wiejskiej, z wielkim piecem, stołem jadal-
nym, kredensem. Przy stole siedziała kobieta lat chyba około trzydziestu i dwoje 135
dzieci — pięcioletnia dziewczynka i ośmioletni chłopiec. Cała ta trójka patrzyła na nas z wyraźnym strachem.
— Czy jesteście. . . z milicji? — zapytała kobieta, jak gdyby z pewną nadzieją w głosie.
— Nie — odparłem — a pani może czeka na milicję?
— Tak tylko zapytałam — wyjąkała kobieta.
Wyglądała na przestraszoną. Również i dzieci patrzyły na nas z przerażeniem.
— Mamy pewną sprawę do pani męża — wyjaśniłem, uśmiechając się pogod-
nie, aby uśmierzyć jej strach.
— Męża nie ma w domu. Wyjechał wozem do Ukty — wyrecytowała, nie
patrząc na nas, ale na dzieci, wzrokiem nakazując im milczenie.
Wielki Bóbr zbliżył się do okna i wyjrzał na podwórze.
— Wozem pojechał? — zdumiał się. — Przecież widzę wóz koło stodoły?
— Mamy dwa wozy. Pojechał drugim, po nawozy sztuczne — pośpieszyła
z wyjaśnieniem kobieta.
Zauważyłem, że ręce jej drżą ze zdenerwowania i ciągle nakazująco spogląda
na dzieci.
— A kiedy wróci mąż? — zapytałem.
— Wieczorem. Późnym wieczorem. Jeśli panowie mają do niego jakąś spra-
wę, to może przyjedziecie jutro rano — recytowała jak wyuczoną lekcję.
Uśmiechnąłem się znowu.
— A pani nie jest ciekawa, jaką sprawę mamy do męża?