okręta Turkom, które pod te Warne niemi zasunęli...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- resów, na które na le ¿y prze kie ro waæ wia do moœæ, plik fil tru mo¿e za wie raæ te sty za - war to œci przy chodz¹cej wia do mo œci, tak by na przyk³ad wia do...
- przekazywaniu właściwym adresatom we właściwym czasie informacji, które zostaną zrozumiane zgodnie z intencją nadawcy;zdolności do właściwego odbioru...
- 304 Roz dzia³ 17: Pocz ta elek tro nicz na Cc:Jest to li sta ad resów e-ma il, na które zo sta nie wys³ana ko pia „do wia do mo œci”...
- Od strony ulicy prawie wszystkie bary oraz mniejsze sklepy zamiast ścian miały różnego rodzaju żaluzje, które usuwano całkowicie lub rolowano na czas otwarcia...
- Wysunąwszy delikatnie ramię spod głowy Clare, wstał z łóżka, krzywiąc się z bólu, gdyż skaleczenia i rany, które przez noc trochę przyschły, znowu się...
- Sd Najwyszy z kolei zauwaa, e prawo do odmowy zastosowania przepisw ustawy, ktre sdy uznaj za sprzeczne z konstytucj, wynika z trzech wyraonych w niej zasad: jej...
- Ustalenie zakresu pojcia zwykych potrzeb rodziny zaley od kryterium, ktre stanowi bdzie podstaw zdefiniowania tego pojcia...
- Program komputerowy jest sekwencją rozkazów, które muszą być wykonane w określonym porządku, zaś wynik działania rozkazu często zależy od wyniku...
- pozytywistycznych, które wszelkie warianty artyzmu traktują jako instrumenty krasomówcze, a wartość słowa poetyckiego pragną mierzyć wartością...
- Diagnozowanie problemw z niskopoziomowym ruchem IPPierwsza seria testw bada niskopoziomowe usugi, ktre s niezbdne do pracy Samby...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
W ten deseń nie było o czem
mówić i chłopak jak róża życie postradał.
Ale nie przejmuj się pan, nie wytrwało trzysta lat — Sobieski tak się z niemy
obleciał, że nie tylko pałatki, konie, czapki jem pozabierał, ale ładne parę kilo
świeżo palonej kawy zahaczył, którą ze sobą mieli.
Marysieńka nie umiała jej jeszcze wtenczas zaparzać i nie odcedzoną królowi
podawała. Na te pamiątkie pijem do dziś kawę po turecku, to znaczy się z fusamy.
Ale o tem zdarzeniu inszą rażą detalicznie panu zaznaczę, jak kolejka do So-
bieskiego dojdzie.
Klopsiki naprzód!
— Faktycznie doczekała się nasza Warszawa lokalu na wyższe, zagraniczne
stopę, w demokratycznem obozie. Szkło i marmury, nerony i jarzynowe oświetle-
nie. Jak się wchodzi, człowiek rzeczywiście drętwieje, nie wiadomo, na co wpierw
patrzeć. Bratnia republika nam pomogła udzielając nazwy: „Praha”. . .
— Ale obsługa gości przypomina więcej bar „Pod Korniszonkiem” na na-
szej Pradze, koło bazaru Różyckiego — zaczął jak zawsze rozrabiać szwagier
Piekutoszczak. Nie spodobało mu się, że trzeba samemu talerze nosić i temuż
podobnież. Mówił, że wszystko miało być automatyczne. Zgniewał mnie tem nie-
możebnie. więc koniec końców zaznaczam do niego:
— A coś, ciapciaku, chciał, żeby ci automat zupę pomidorowe przez rurkie
prosto do buzi pompował?
— No, nie — mówi — nie do tego stopnia, ale spożycie odbywa się na pie-
chotę, przez co już przy deserze żylaków można dostać.
— A tyś się chciał rozsiąsć tu na parę godzin, ćwiartkie z kieszeni wycią-
gnąć, o kieliszki poprosić i barłożyć do wieczora. Tu się o przelotowość rozcho-
dzi, ciemna maso.
— Przelotowości też się nie odczuwa. Ogonki przy bufetach pięć kilometrów
długości, sto osób koło kasy się kotłuje.
— Bo ludzi naraz za dużo wpadło. Wszyscy by chcieli rąbać o jednej godzinie.
Chcesz mieć luz, przyjdź na obiad o ósmej rano. A teraz zaczem grymasić rozej-
rzyj się lepiej po urządzeniu. Na przykład zwróć, Oleś, uwagie na elekstryczne
menu, czyli szklany jadłospis z oświetleniem. Pod każdą w kuchni obecną potra-
wą żaróweczka się pali, pod tem, co wyszło, ciemno na znak żałoby. Na przykład
widziem oświetlone klopsiki, gulasz i kapuśniaczek. O resztę nie potrzebujem się
już bufetowych pytać, żeby nie denerwować personelu. Zły wynalazek?
— Prima, tylko że ciemne dania lepsze.
— Więcej chodliwe — wyszli. W ogóle musisz się zastanowić nad tem, że
tu za ścianą na tak zwanem zapleczu cała fabryka się znajduje, gdzie przy naj-
modniejszych maszynach dwieście osób, fachowych pracowników, jak kucharze,
inżynierzy, doktorzy, karkulatorzy, buchalterzy myślą tylko o tem, żebyś ty się
nażarł.
184
— I oni wszyscy tak te klopsiki i gulasz machają?
— Oraz kapuśniaczek. A teraz trzeba się przekonać, jak ta fabryka pracuje, ja
pójdę po zupy, a ty, Oleś, skocz po drugie dania. Spotykamy się przy trzecim stole
na lewo.
Ale spotkaliśmy się wcześniej w przejściu między stołami. Ja niesłem dwa
talerze z klopsikami, a szwagier z kapuśniaczkiem.
Jako niefachowiec w restauracyjnej obsłudze, z zapartem oddechem i wzro-
kiem wbitem w talerze posuwam jak zaczarowany naprzód przez tłum gości, dając
tylko baczenie, żeby kogoś sosikiem od klopsików nie pochlapać, bo ciasno jak
w tramwaju o czwartej po południu. Od razu słyszę krzyk „na bok” i wszystkie
gwiazdy pokazali mnie się w oczach. Potem widzę, że nic nie widzę, przetarłem
sobie oczy, patrzę, szwagier przede mną stoi. Morda cała w buraczkach, jesionka
zalana kapuśniakiem, na czole guz wielkości chińskiej mandarynki, na kapelu-
szu kartofelki. Spoglądam po sobie — mniej więcej tak samo się prezentuje, z tą