Gdy w roku 1949 odwiedziłem Szuberta i w rozmowie poruszyliśmy ten temat, Szubert starał się tłumaczyć ich mówiąc, że “przecież oni też chcieli żyć”...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- W lipcu 1941 roku jako czBonek Episkopatu Polski witaB chlebem i sol oficerw niemieckich wojsk okupacyjnych, haDbic rd arystokratw polskich i Episkopat
- Eliza Orzeszkowa-Gloria Victis Geneza „Gloria victis” została wydana po raz pierwszy w zbiorze nowel Orzeszkowej w Wilnie w 1910 roku...
- Zygmunt Krasiński-Nieboska Komedia Geneza Zygmunt Krasiński napisał dramat „Nie-boska komedia” w 1833 roku, wydał zaś anonimowo w 1835 r...
- Na pocztku 1950 roku przedstawiciele Zwizku Radzieckiego, Chiskiej Republiki Ludowej i Korei Pnocnej na spotkaniu w Pekinie omawiali plany uderzenia na Republik...
- Zasługa przedstawienia schematu, który okazał się zasadniczo prawidłowy, przypadła Dymitrowi Mendelejewowi, który w 1869 roku ukończył pierwszy z długiej...
- Aby uniknąć tego śmiesznego, rzecz jasna, wniosku, w 1900 roku niemiecki uczony Max Pianek sformułował tezę, że światło, promienie Roentgena i inne fale...
- Moze w zwiazku z tym pozostaje notatka, która tu wypisuje z poznanskiej "Teczy" nr 43 z roku 1928: "W miasteczku Kuncewicze na pograniczu wschodnim powstala wsród Zydów...
- pytania dotyczące Polski: Kto od 20 lat po 1989 roku dorobił sięgigantycznych pieniędzy? Kto zniszczył ludzi chcących się uczciwie dorobić(jak Pan...
- W TEJ WIEŻY ZMARŁ WILFRED MANCROFT- ANSTEY27 PAŹDZIERNIKA 1887 ROKU W WIEKU 69 LATCONCEPTIO CULPA NASCI PENA LABOR VITANECESSI MORIADAM Z ST...
- W 2002 roku jedno z głównych źródeł informacji medycznych, „The New England Journal ofMedicine”, opublikowało artykuł pod tytułem Migraine - Current...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- A ty nie chciałeś żyć? - spytałem go. - Więc dlaczego ty tego nie robiłeś? Dlaczego ty nie brałeś?
Nie odpowiedział mi na to.
Nie wiem, dlaczego ci, którzy dokładnie, drobiazgowo opisują życie w obozach, nigdy tematu tego nie poruszyli. Może dlatego, że wszyscy, którzy opisują życie w obozach, siedzieli w nich dopiero od 1943 r. Jeden Gustaw Morcinek przesiedział 5 lat - reszta to “milionerzy”, jak z lekceważeniem starzy więźniowie nazywali tych, którzy przyszli późno do obozu. Nazywano ich “milionerami” dlatego, że mieli olbrzymie numery, gdy starzy więźniowie mieli małe numery. Gdy czytałem książkę Laffitte a Życie to walka, w której opisuje on życie w Mauthausen, do którego przywieziony został w 1943 r. w lecie czy też na jesieni - w pewnym momencie serdecznie się roześmiałem. Pisał on - nie wiem, czy dosłownie tak, jak ja to powtarzam, lecz sens jest ten sam. A więc pisał on tak:
“Po trzech tygodniach zaczęły przychodzić pierwsze paczki żywnościowe i był to już najwyższy czas, bo niektórzy z nas zaczęli już słabnąć”.
Wierzę w to, że zaczęli słabnąć - lecz uśmiałem się z tych trzech tygodni. My na paczki czekaliśmy prawie trzy lata, oficjalnie wolno było przysyłać tylko jedną kilogramową paczkę na święta Bożego Narodzenia. W Mauthausen w 1940 r. tylko Ślązacy otrzymywali paczki częściej. Jeśli ktoś omijając przepisy wysyłał więcej paczek, to więzień mógł je dostać. W opowiadaniu moim będzie mowa i o tym, jaki przełom w życiu obozowym spowodowały przysyłane paczki.
Odbiegłem daleko od tematu, lecz jak już zacząłem opisywać moje współżycie z Józefem Szubertem, to chciałem ten temat doprowadzić do końca;
W tym czasie, gdy pracowałem razem z Szubertem przy wózkach, często urywałem się od roboty, spotykałem się ze Stefkiem i szliśmy polować na niedopałki, ogryzki lub głąby. Stefek w swoim ryzykanctwie dochodził do tego, że w ciągu dnia wchodził spać do wieżyczek małej linii posterunków, rozstawionych na noc wokół obozu mieszkalnego, które nazywaliśmy gołębnikami. Gdy nikogo w pobliżu nie było, właził on po drabinie do takiego “gołębnika” i spał. Wiedziałem o tym i gdy wyczuwałem, że zbliża się południe albo koniec dnia, kręciłem się w pobliżu i w odpowiednim momencie, gdy powietrze wokół było “czyste”, rzucałem w gołębnik małymi kamieniami. Jak Stefek odpukał, to znaczyło, że już nie śpi, tylko rozgląda się przez szpary między deskami i za chwilę będzie złaził. To dla mnie był ciężki moment, bo za każdym razem bałem się, żeby go nie złapano. Jednego razu Stefanowi zachciało się spać w słomie. Wszedł na strych budynku, w którym było krematorium. Pracowała tam grupa robocza Stefana. Chłopaki wiedzieli, że on siedzi w słomie, i pilnowali, żeby go na czas ostrzec, gdyby esesman lub kapo wchodził na górę. Nie ustrzegli. Jeden rudy i strasznie krzykliwy esesman wszedł po rusztowaniu na dach, przez małe okienko w dachu na strych i prosto na Stefana. Złapał go. Sprowadził na dół i zaczął zadawać pytania: imię, nazwisko, skąd pochodzi.
- Czym jesteś z zawodu?
- W czasie wojny byłem urzędnikiem.
- A przed wojną?
- Podchorąży Wojska Polskiego.
- Udział w wojnie brałeś?
- Brałem.
- Gdzie?
Powiedział mu, gdzie.
- To z Niemcami się biłeś?
- Biłem.
- To strzelałeś do Niemców?
- Strzelałem.
- To znaczy, że biłeś Niemców?
- Biłem.
- To teraz ja ciebie będę bił.
Bił Stefana tak, że ten przewracał się w błoto, bo tego dnia po deszczu było wielkie błoto. I w tym błocie: padnij, czołgaj się, padnij, czołgaj się, i znów bicie, i znów padnij i czołgaj się. Stefan zamienił się już w jedną kupę błota, a ten wciąż go ganiał.
Przechodziłem w tym czasie obok nich - jak zwykle krokiem szybkim i zdecydowanym, jak człowiek, któremu się bardzo śpieszy i który wie, gdzie i po co idzie. Zobaczyłem, jak Stefan jeździ brzuchem po błocie. Nie wiedziałem jeszcze, za co on podpadł. Wlazłem między cegły, część cegieł zwaliłem z kupy na ziemię i zabrałem się znów do układania ich. Chodziło mi o to, żeby mieć podstawę do zatrzymania się w tym miejscu, żeby obserwować, jak Rudy bije Stefana i jak to się skończy. Gdy już skończyło się bicie i czołganie w błocie, wleźliśmy ze Stefkiem w jakiś kąt, gdzie patykiem staraliśmy się chociaż z grubsza zgarnąć z ubrania błoto, i Stefan opowiedział mi, w jaki sposób wpadł. Doszliśmy do wniosku, że lepsza jest wieża - ale w niej słomy nie było, a robiło się coraz zimniej. Za to spanie dostał Stefek jeszcze oficjalną karę: 15 kijów w tyłek na koźle i stanie do 12 w nocy pod wieżą.
Po pewnym czasie znudziła mi się praca przy wózkach, przyłączyłem się do grupy, która ciągnęła olbrzymi walec. Walcowaliśmy garaże - te same, w których poznałem Szuberta. Kamienie już były ułożone i należało ubić je walcem. Walec ten ciągnęło 40 ludzi. Do brzegów walca przymocowano druty, które były poprzetykane drążkami. Byliśmy ustawieni przy drążkach dwójkami, po 10 dwójek na każdej stronie, i ciągnęliśmy walec oparci brzuchami o drążek. Pamiętałem o tym, że nigdy nie wolno ciężko pracować, bo każdy ruch czy wysiłek to niepotrzebna strata energii. Przy walcu pracowałem tak, że nachylałem się mocno na drążek i wisiałem na nim, ale nie ciągnąłem. Nikt się na tym nie połapał. Raz tylko, gdy mijało nas dwóch esesmanów, jeden drugiemu pokazał mnie i powiedział:
- Patrz, ten to potrafi się koncertowo obijać.