W lecie szóstego roku wybraliśmy się we dwójkę z Josellą na wybrzeże morskie...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- W lipcu 1941 roku jako czBonek Episkopatu Polski witaB chlebem i sol oficerw niemieckich wojsk okupacyjnych, haDbic rd arystokratw polskich i Episkopat
- Eliza Orzeszkowa-Gloria Victis Geneza „Gloria victis” została wydana po raz pierwszy w zbiorze nowel Orzeszkowej w Wilnie w 1910 roku...
- Zygmunt Krasiński-Nieboska Komedia Geneza Zygmunt Krasiński napisał dramat „Nie-boska komedia” w 1833 roku, wydał zaś anonimowo w 1835 r...
- Na pocztku 1950 roku przedstawiciele Zwizku Radzieckiego, Chiskiej Republiki Ludowej i Korei Pnocnej na spotkaniu w Pekinie omawiali plany uderzenia na Republik...
- Aż do wiosny tego roku schemat wyglądał następująco: coraz pospieszniejsze stosunki, po których następowała krótka drzemka (nawiasem mówiąc, ulubiony...
- Zasługa przedstawienia schematu, który okazał się zasadniczo prawidłowy, przypadła Dymitrowi Mendelejewowi, który w 1869 roku ukończył pierwszy z długiej...
- Aby uniknąć tego śmiesznego, rzecz jasna, wniosku, w 1900 roku niemiecki uczony Max Pianek sformułował tezę, że światło, promienie Roentgena i inne fale...
- Moze w zwiazku z tym pozostaje notatka, która tu wypisuje z poznanskiej "Teczy" nr 43 z roku 1928: "W miasteczku Kuncewicze na pograniczu wschodnim powstala wsród Zydów...
- pytania dotyczące Polski: Kto od 20 lat po 1989 roku dorobił sięgigantycznych pieniędzy? Kto zniszczył ludzi chcących się uczciwie dorobić(jak Pan...
- Gdy w roku 1949 odwiedziłem Szuberta i w rozmowie poruszyliśmy ten temat, Szubert starał się tłumaczyć ich mówiąc, że “przecież oni też chcieli żyć”...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Pojechaliśmy łazikiem na gąsienicach, którego zazwyczaj teraz używałem, drogi bowiem stawały się coraz gorsze. Wycieczkę pomyślano jako wypoczynek dla Joselli, która od wielu już miesięcy nie była poza ogrodzeniem: Przykuta do domu troską o gospodarstwo domowe i dzieci, mogła sobie pozwolić jedynie na bardzo rzadkie i niezbędne wypady, obecnie jednak wkroczyliśmy w stadium, kiedy można było od czasu do czasu powierzyć wszystko z całym spokojem opiece Zuzanny, toteż z uczuciem wyzwolenia, jadąc wciąż pod górę, przebyliśmy szczyty łańcucha wzgórz i znaleźliśmy się po drugiej jego stronie. Na niższych południowych zboczach zatrzymaliśmy wóz, żeby chwilę posiedzieć w ciszy.
Był cudowny dzień czerwcowy, po czystym błękicie nieba płynęło zaledwie kilka lekkich obłoków. Słońce oświetlało plaże i morze za nimi równie jaskrawo jak w czasach, gdy na plażach tych roiło się od ludzi w kostiumach kąpielowych, a morze usiane było kajakami i żaglówkami. Patrzyliśmy w milczeniu przez kilka minut. Wreszcie Josellą przerwała milczenie.
- Bili, czy nadal nie zdaje ci się czasem, że gdybyś zamknął na chwilę oczy, a potem je otworzył, to wszystko byłoby jak dawniej? Bo ja mam niekiedy takie uczucie.
- Teraz już rzadko mi się to zdarza - odparłem. - Musiałem się przecież tyle wszystkiego napatrzeć, więcej niż ty. Ale mimo wszystko, czasami...
- A spójrz na mewy: jest ich tyle co dawniej.
- Tak, w tym roku ptaków jest dużo więcej - zgodziłem się. - Cieszy mnie to.
Miasteczko, oglądane impresjonistycznie z odległości, stanowiło wciąż to samo różnorodne skupienie krytych czerwoną dachówką piętrowych i parterowych domków, zamieszkanych głównie przez średniozamożnych kupców i biznesmenów, którzy na starość wycofali się z interesów - ale wystarczyło przyjrzeć się uważniej, aby wrażenie - to prysło. Wprawdzie dachy wciąż jeszcze świeciły czerwienią, lecz - ścian prawie nie było już widać. Schludne ogródki znikły w powodzi zalewającej wszystko zieleni, upstrzonej tu i ówdzie barwnymi plamami potomków tak niegdyś starannie pielęgnowanych kwiatów. Nawet szosy z tej odległości wyglądały jak wąskie pasma zielonego dywanu. Wiedzieliśmy jednak, że gdy się na nich znajdziemy, aksamitna ich miękkość okaże się złudzeniem, bo porośnięte są twardymi, sztywnymi chwastami.
- Tak jeszcze niedawno - powiedziała z namysłem Josellą - ludzie narzekali, że te domki psują krajobraz. A teraz spójrz na nie.
- Krajobraz bierze odwet, to prawda - rzekłem. - Wtedy zdawało się, że już koniec z przyrodą..... któż by przypuszczał, że starzec ma w sobie tyle krwi"?
- Mnie to przeraża. Jak gdyby przyroda wyrwała się na wolność. Jakby się cieszyła, że z nami koniec i że może robić, co chce. Zastanawiam się... Może od czasu katastrofy żyjemy tylko złudzeniami? Myślisz, że w gruncie rzeczy już po nas?
Podczas moich wypraw miałem na tego rodzaju rozmyślania znacznie więcej czasu niż Josellą.
- Gdybyś nie była sobą, kochanie moje, odpowiedziałbym ci może zgodnie z heroicznym szablonem, słowem, nakarmiłbym cię pobożnymi życzeniami, które tak często uchodzą za niezłomną wiarę i determinację.
- Ale że jestem sobą?
- Odpowiem ci szczerze: jeszcze niezupełnie. A póki życia, poty nadziei.
Przez kilka sekund patrzyliśmy w milczeniu na roztaczający się przed nami widok.
- Przypuszczam - dodałem - ale tylko przypuszczam, wiedz o tym... że mamy niewielką szansę - tak niewielką, że potrzeba będzie bardzo długiego czasu, aby wrócić do dawnego poziomu. Gdyby nie tryfidy, powiedziałbym, że mamy bardzo duże szansę, chociaż i tak proces musiałby potrwać. Ale tryfidy stanowią czynnik bardzo istotny. Żadna rozwijająca się cywilizacja nie miała dotychczas czegoś podobnego do zwalczenia. Czy odbiorą nam w końcu świat, czy też zdołamy je, wytępić? Najważniejszy problem to znaleźć na nie jakiś prosty sposób. Z nami nie jest jeszcze tak źle - radzimy sobie, nie dopuszczając ich za blisko. Ale nasze wnuki? Jak one sobie będą radzić? Czy będą musiały pędzić życie w rezerwatach, wolnych od tryfidów tylko dzięki nieustannym ciężkim wysiłkom? Jestem pewien, że prosty sposób istnieje. Cała rzecz w tym, że proste sposoby są zawsze wynikiem bardzo skomplikowanych i żmudnych badań. A na to nie mamy środków.
- Ależ mamy wszystkie środki na świecie. Po prostu do wzięcia - wtrąciła Josella.
- Materialne, owszem. Brak nam jednak możliwości umysłowych. Potrzeba tu zespołu ekspertów, których zadaniem byłoby wytępienie tryfidów raz na zawsze. Coś można by wymyślić, jestem pewien. Może coś w rodzaju selektywnego herbicydu. Gdybyśmy zdołali wyprodukować właściwe hormony, działające ujemnie tylko na tryfidy, a nieszkodliwe dla reszty świata roślinnego i zwierzęcego... To musi być możliwe - gdyby tylko dostateczna liczba mózgów zajęła się tą sprawą...
- Jeżeli tak myślisz, czemu sam nie spróbujesz? - spytała Josella.
- Z bardzo wielu powodów. Po pierwsze, brak mi przygotowania. Jestem bardzo miernym biochemikiem, a w dodatku jestem sam jeden. Trzeba mieć laboratorium i odpowiednie wyposażenie. Co więcej, trzeba mieć czas, a ja i tak już mam za dużo zajęć, których nie wolno mi zaniedbać. A gdyby nawet udało mi się coś wynaleźć, musiałoby się mieć możność wytwarzania syntetycznych hormonów w olbrzymich ilościach. Zadanie dla dużej fabryki. Ale przede wszystkim musi powstać zespół badaczy.
- Ludzi można wyszkolić.
- Owszem, kiedy dostateczną ich liczbę można będzie uwolnić od nie kończącej się harówki, koniecznej dla utrzymania się przy życiu. Zebrałem moc książek z zakresu biochemii, w nadziei że kiedyś może ludzie zdołają zrobić z nich użytek. Nauczę Dawida wszystkiego, co sam wiem, a on będzie musiał przekazywać te wiadomości następnemu pokoleniu. Ale dopóki nie wygospodaruje się wolnego czasu na pracę nad tym zagadnieniem, nie widzę w przyszłości nic prócz rezerwatów.
Josella marszcząc brwi obserwowała cztery tryfidy kusztykające przez pole leżące poniżej.