– W każdym razie żądamy widzenia z lordem Vetinari – wtrącił Boggis...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- EXT REF1 SELECT lub 1106 EXT REF2 SELECT – na COMM, COMM+AI1 lub COMM*AI1...
- — Ale musisz przyznać, że naprawdę pochodzi z innej planety — dokończyła Trillian, pojawiając się w polu widzenia z drugiej strony mostka...
- choćbyś i mnie miał waszmość tak pochlastać, zawszeć winszuję, winszuję! – Et, dalibyście sobie waszmościowie pokój; bo w rzeczy nie macie się...
- znalazł i któż zaręczy, czy ją znajdzie? – Prawda jest! Ale gdy Bóg go przez nasze ręce od Bohuna uwolnił i przez tyle niebezpieczeństw, przez...
- Bruce Robert, Trening widzenia aury Nie starałem się zobaczyć jej aury...
- Po prawej, najbliżej ściany hangaru, stały bok w bok nowiutkie Gromy i Błyskawice – nieco mniejsze wozy bojowe przystosowane do przewozu piechoty...
- «Dlaczego więc ośmiela się podejść do kapłana za pierwszym razem, kiedy jest całkiem nieczysty, a za drugim razem – zbliżyć się nawet do...
- Polecenie traceroute zwykle jest wykorzystywane w ten sposób, jak polecenie ping – jako parametr należy podać nazwę hosta docelowego...
- Krzysztof przetarł palcami oczy i powtórzył bezdźwięcznym głosem: – Precz, precz, zabierzcie stąd tego człowieka...
- O tym, która z kombinacji rozpatrywanych dóbr jest realna z punktu widzenia możliwości nabywczych konsumenta, decyduje tzw...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
– Nie.
– Nie? A dlaczego, jeśli wolno spytać?
– Zalecenie lekarza.
– Tak? A którego lekarza?
Za plecami Vimesa sierżant Colon zamknął oczy.
– Doktora Jamesa Folsoma – wyjaśnił komendant.
Minęło kilka sekund, nim ktoś skojarzył fakty.
– Nie chodzi chyba o... o Jimmy’ego Pączka? Przecież to lekarz od koni!
– Tak też zrozumiałem.
– Ale czemu?
– Ponieważ wielu jego pacjentów przeżywa. – Vimes uniósł ręce, by uciszyć narastające protesty. – A teraz, panowie, muszę was opuścić. Gdzieś w pobliżu krąży truciciel. Chcę go złapać, zanim stanie się mordercą.
Ruszył po schodach na górę, ignorując krzyki za sobą.
– Jest pan pewien co do tego Pączka, sir? – zapytał Colon, doganiając go z trudem.
– A czy ty mu ufasz?
– Pączkowi? Pewnie że nie!
– Właśnie. Jest niegodny zaufania i dlatego mu nie ufamy. Czyli wszystko jak trzeba. Ale widziałem, jak postawił na nogi konia, chociaż wszyscy inni twierdzili, że zwierzak nadaje się tylko do rzeźni. Końscy doktorzy muszą mieć wyniki, Fred.
Taka jest prawda. Kiedy ludzki lekarz po licznych puszczaniach krwi i stawianiu baniek odkrywa, że jego pacjent zmarł z czystej desperacji, zawsze może powiedzieć: „Tak mi przykro, niestety, wola bogów, trzydzieści dolarów się należy” i odejść jako człowiek wolny. Bo istoty ludzkie, formalnie rzecz biorąc, nic nie są warte. A za dobrego konia wyścigowego można dostać nawet dwadzieścia tysięcy dolarów. Doktor, który pozwoli któremuś zbyt szybko pogalopować na wielki padok w niebie, może w krótkim czasie usłyszeć w jakimś ciemnym zaułku coś w stylu: „Pan Chryzopraz jest bardzo niezadowolony”, oraz odkryć, że krótka pozostałość jego życia jest pełna wypadków.
– Nikt nie wie, gdzie są kapitan Marchewa i Angua – mówił Colon. – Dzisiaj mają wolne. I nie można znaleźć Nobby’ego.
– Przynajmniej pod tym względem los nam sprzyja.
– Bingelej bingelej bong bip! – odezwał się głos z kieszeni komendanta.
Vimes wyjął terminarz i podniósł klapkę.
– Słucham...
– No... dwunasta w południe! – zawołał chochlik. – Lunch z lady Sybil. – Przyjrzał się twarzom strażników. – Eee... Chyba się nie spóźniłem, co?
Cudo Tyłeczek otarł spocone czoło.
– Komendant Vimes ma rację – stwierdził. – To może być arszenik. Wygląda na zatrucie arszenikiem. Proszę spojrzeć, jaki ma kolor.
– Straszne świństwo – zgodził się Jimmy Pączek. – Czy wyjadał podściółkę?
– Cała pościel jest chyba na miejscu, więc przypuszczam, że odpowiedź brzmi: nie.
– Jak sika?
– No... zwykłym sposobem, jak sądzę.
Pączek cmoknął wargami o zęby. Miał zadziwiające zęby. Była to druga rzecz, którą zauważał każdy, kto go spotkał. Miały kolor wnętrza niemytego imbryka do herbaty.
– Niech pobiega trochę na lonży – rzekł.
Patrycjusz otworzył oczy.
– Jesteś lekarzem? Naprawdę? – zapytał.
Jimmy Pączek spojrzał na niego niepewnie. Nie był przyzwyczajony do pacjentów, którzy potrafią mówić.
– No... tak. Mam pod opieką wielu cierpiących – stwierdził.
– Doprawdy? Ja nie cierpię... pewnych rzeczy. – Patrycjusz spróbował podnieść się z łóżka, ale opadł na plecy.
– Przygotuję wywar – oświadczył Jimmy Pączek, cofając się. – Trzeba zatykać mu nos i wlewać wywar do gardła, dwa razy dziennie. I żadnego owsa.
Po czym wyszedł pospiesznie, zostawiając Cuda samego z Patrycjuszem.
Kapral Tyłeczek rozejrzał się po pokoju. Vimes nie zostawił mu zbyt ścisłych instrukcji. Jestem pewien, że to nie ci od próbowania potraw, powiedział. Nie wiedzą przecież, czy nie będą musieli zjeść całego talerza. Na wszelki wypadek poślę Detrytusa, żeby z nimi porozmawiał. A ty odkryjesz dla mnie „jak”, dobrze? A potem mnie możesz zostawić „kto”.
Jeśli człowiek nie zjadł i nie wypił trucizny, co pozostawało? Pewnie można umieścić truciznę na tamponie i zmusić kogoś, żeby ją wdychał. Można też wlać mu ją do ucha podczas snu. Można jej dotknąć.
Może jakaś mała strzałka? Albo ukąszenie komara?
Patrycjusz poruszył się. Spojrzał na Cuda załzawionymi, zaczerwienionymi oczami.
– Jesteś policjantem, młody człowieku?
– No... niedawno zacząłem, sir.
– Wydajesz się osobnikiem krasnoludziej natury.
Cudo nie zadał sobie trudu, by odpowiedzieć. Nie warto było zaprzeczać. Ludzie zawsze jakoś od pierwszego rzutu oka potrafili rozpoznać krasnoluda.
– Arszenik to popularna trucizna – mówił Patrycjusz. – Setki zastosowań w gospodarstwie. Tłuczone diamenty były w modzie przez setki lat, mimo że nigdy nie działały. Z jakiegoś powodu także wielkie pająki. Rtęć odpowiada tym, którzy mają dość cierpliwości, aquafortis tym, którym jej brakuje. Cantharides także ma swoich zwolenników. Wiele można dokonać wydzielinami pewnych zwierząt. Płyny organiczne gąsienicy kwantowego motyla meteorologicznego czynią człowieka całkiem, ale to całkiem bezradnym. Powracamy jednak do arszeniku niczym do starego przyjaciela.
Głos Patrycjusza brzmiał sennie.
– Czyż nie tak, młody Vetinari? Istotnie, proszę pana. Tak jest. Ale gdzież go umieścimy, wiedząc, że wszyscy będą go szukać? W ostatnim miejscu, do którego zajrzą, proszę pana. Źle. Głupio. Umieścimy go tam, gdzie nikt w ogóle nie zajrzy...
Głos przycichł i zmienił się w mamrotanie.
Pościel w łóżku, myślał Cudo. Nawet ubranie. Przez skórę, powoli...
Uderzył pięścią w drzwi. Otworzył mu strażnik.
– Przynieście inne łóżko.
– Co?