gołymi rękami orać stepy porośnięte kłującą trawą – do spółki z ogromnymi wołami, których jedno poruszenie może zabić człowieka...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- EXT REF1 SELECT lub 1106 EXT REF2 SELECT – na COMM, COMM+AI1 lub COMM*AI1...
- choćbyś i mnie miał waszmość tak pochlastać, zawszeć winszuję, winszuję! – Et, dalibyście sobie waszmościowie pokój; bo w rzeczy nie macie się...
- znalazł i któż zaręczy, czy ją znajdzie? – Prawda jest! Ale gdy Bóg go przez nasze ręce od Bohuna uwolnił i przez tyle niebezpieczeństw, przez...
- Po prawej, najbliżej ściany hangaru, stały bok w bok nowiutkie Gromy i Błyskawice – nieco mniejsze wozy bojowe przystosowane do przewozu piechoty...
- «Dlaczego więc ośmiela się podejść do kapłana za pierwszym razem, kiedy jest całkiem nieczysty, a za drugim razem – zbliżyć się nawet do...
- Polecenie traceroute zwykle jest wykorzystywane w ten sposób, jak polecenie ping – jako parametr należy podać nazwę hosta docelowego...
- Czemu więc płakała? Obawiał się jednak, Ŝe jeśli będzie próbował nalegać, tylko - Nie musi mi pani od razu odpowiadać –uspokoił ją...
- – Zabierzesz stąd te akta, zrobisz gdzieś kopie, roześlesz część do przyjaciół i znajomych rozrzuconych możliwie po całych Stanach, a resztę ukryjesz,...
- W życiu są obecne rozmaite problemy – w związkach międzyludzkich, w pracy, w życiu osobistym...
- szczęśliwy i bezpieczny – stwierdza, że jest zadowolony, a nawet bardzo zadowolony ( Jak dobrze)...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
A dzikie konie, za którymi trzeba pędzić z arkanem, i
to setki wiorst? Moskity po nocach tną ciało, a żywisz się sucharami twardymi jak kamienie,
robakami i spleśniałą wodą... Pewnego razu przejrzałem się w stawie i – czy uwierzy pan? –
przestraszyłem się swego odbicia. Oczy spuchnięte. Ręce podrapane. Nogi we krwi. Obro-
śnięty jak niedźwiedź.
6 Hagada – legendarna księga opisująca wyjście Żydów z Egiptu.
24
– Czy to ty? Moteł z Sonmaków? – spytałem samego siebie i wybuchnąłem płaczem. Te-
goż dnia porzuciłem na wieki ogromne woły, dzikie komie i wodę pełną robaków. Puściłem
się piechotą do Buenos–Aires.
Ale zdaje mi się, że na tej stacji powinien być bufet. Czy nie uważa pan, że pora już coś
niecoś przekąsić i nabrać sił do dalszego opowiadania?
Po sutym posiłku napiliśmy się piwa, zapaliliśmy cygara – dobre, wonne, prawdziwe cyga-
ra z Buenos–Aires – i wsiedliśmy z powrotem do wagonu, gdzie mój nowy znajomy ciągnął
dalej:
– Buenos–Aires to miasto stworzone przez grzechy ludzkie. Czy był pan kiedy w Amery-
ce? W Nowym Jorku? Nigdy? A w Londynie? Też nie? W Madrycie? W Konstantynopolu?
W Paryżu? I tam nie? Wobec tego nie mogę opisać panu, co to jest Buenos–Aires...
Mogę tylko tyle o nim powiedzieć, że jest ono jak niebo i piekło. To znaczy, dla jednych
jest niebem, dla drugich piekłem. Nie trzeba tylko przegapić odpowiedniej chwili, a wtedy
fortuna sama ci się kładzie pod stopy. Pieniądze leżą tam ma ulicy. Chodzisz po nich i dep-
czesz. Trzeba się tylko schylić i czerpać pełną garścią. Ale strzeż się, żeby cię nie zdeptano!
Rzecz najważniejsza: iść naprzód i nie oglądać się poza siebie. Nie namyślać się! Nie rozwa-
żać: to wypada, a tamto nie. Wszystko jest dobre. Być kelnerem w restauracji? Owszem.
Chłopcem na posyłki? I to dobre. Można myć butelki w browarze, można pchać wózek,
sprzedawać gazety, wykrzykiwać nowiny, kąpać psy, hodować koty, łapać myszy i ściągać z
nich skórę. Wszystko jest dobre. Tam, wypada być wszystkim.
I ja byłem wszystkim. A wszędzie dostrzegałem tylko jedno: nie warto pracować dla in-
nych! Dobrze jest, gdy człowiek pracuje dla siebie. Cóż począć? Taki to już porządek na tym
bożym świecie, że jeden w pocie czoła warzy piwo, aby drugi je wypił, inny znów pracuje i
zwija cygara, żebym ja mógł je palić.
Ot, i teraz. Maszynista prowadzi pociąg, palacz znosi węgiel, robotnik smaruje osie. A my,
ja i pan, siedząc w wagonie opowiadajmy sobie historie. Komu to się nie podoba, niechaj
przerobi ten świat!
Spojrzałem uważnie ma mego sąsiada: kim jest ten człowiek? Dorobkiewiczem? Byłym
krawcem, który założył sklep z konfekcją? Może fabrykantem? Albo kamienicznikiem? A
może kapitalistą żyjącym z procentów? Lecz oddajmy mu głos. Niechaj opowiada sam o so-
bie.
– Jednym słowem, powiadam panu: świat jest mądry, dobry i pełen słodyczy. Szczęśliwy,
kto na nim żyje! Jedno tylko – nie pozwolić sobie dmuchać w kaszę!
Miotałem się, proszę pana, jak ryba bez wody. Próbowałem wszystkiego. Nie było pracy,
której bym się nie podjął. Każda robota była dla mnie odpowiednia. Prawdę mówiąc, nie ma
na tym świecie hańbiącego zawodu. Każdy zarobek jest dobry. Byleby handel uczciwy i obo-
wiązywało kupieckie słowo. Wiem to z doświadczenia.
Nie będę się wcale przechwalał, jeżeli powiem, że u mnie słowo honoru jest święte jak u
samego rabina. Nie jestem złodziejem ani bandytą, ani oszustem – proszę mi wierzyć. Daj
nam, Boże, taki rok, jaki uczciwy ze mnie kupiec. Handluję rzetelnie i nie chcę nikogo okpić.
Sprzedaję to, co mam. Nie sprzedaję kota w worku. Chce pan wiedzieć, kim ja jestem? Jestem
właściwie dostawcą. Dostarczam światu towar, o którym się nie mówi... Dlaczego? Bo świat
jest zbyt mądry, a ludzie zbyt delikatni. Nie lubią, gdy się rzeczy nazywa po imieniu. Wolą,
gdy ktoś na czarne powie, że to białe, a białe nazwie czarnym. Nie ma na to rady...
Spojrzałem na mego rozmówcę z Buenos–Aires i pomyślałem: „Mój Boże! Kim jest ten
człowiek? Jakim towarem handluje? I cóż to za dziwne przykłady: czarne nazywać białym, a
białe – czarnym?” Miałem ochotę przerwać mu pytaniem: powiedz, bracie, jakie dostawy
masz na myśli? Ale jakoś nie wypadało. Niechaj mówi dalej!
– Krótko i węzłowato: mój dzisiejszy interes nie mieści się w Buenos–Aires, jest on roz-
gałęziony po całym świecie – w Paryżu, w Berlinie, w Budapeszcie, w Bostonie, a tylko biuro
25
główne znajduje się w Buenos–Aires. Żałuję, że nie mogę go panu pokazać. Oprowadziłbym