– Jeśli to oni napadli na bank w Marylandzie, to pewnie się przyczaili...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- EXT REF1 SELECT lub 1106 EXT REF2 SELECT – na COMM, COMM+AI1 lub COMM*AI1...
- choćbyś i mnie miał waszmość tak pochlastać, zawszeć winszuję, winszuję! – Et, dalibyście sobie waszmościowie pokój; bo w rzeczy nie macie się...
- znalazł i któż zaręczy, czy ją znajdzie? – Prawda jest! Ale gdy Bóg go przez nasze ręce od Bohuna uwolnił i przez tyle niebezpieczeństw, przez...
- Po prawej, najbliżej ściany hangaru, stały bok w bok nowiutkie Gromy i Błyskawice – nieco mniejsze wozy bojowe przystosowane do przewozu piechoty...
- «Dlaczego więc ośmiela się podejść do kapłana za pierwszym razem, kiedy jest całkiem nieczysty, a za drugim razem – zbliżyć się nawet do...
- Polecenie traceroute zwykle jest wykorzystywane w ten sposób, jak polecenie ping – jako parametr należy podać nazwę hosta docelowego...
- Krzysztof przetarł palcami oczy i powtórzył bezdźwięcznym głosem: – Precz, precz, zabierzcie stąd tego człowieka...
- • skrzynia biegów, długa – ponieważ jest wiele szybkich partii (łuki, czasami proste), na których to właśnie dużą prędkością można sporo...
- – Zabierzesz stąd te akta, zrobisz gdzieś kopie, roześlesz część do przyjaciół i znajomych rozrzuconych możliwie po całych Stanach, a resztę ukryjesz,...
- W życiu są obecne rozmaite problemy – w związkach międzyludzkich, w pracy, w życiu osobistym...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Wiedzą, że zrobiło się gorąco. Errol wyskakuje czasem na ryby do Karoliny Południowej. Kyle wysłał tam już federalnych.
– Widujesz się z Errolem? – zainteresował się Sampson.
– Tylko na spotkaniach rodzinnych, ale on rzadko na nich bywa. Kiedyś pojechałem z nim na ryby. Cieszył się jak dziecko z każdego złowionego okonia czy zębacza. Maria zawsze go lubiła.
– Często o niej myślisz?
Wcisnąłem się głębiej w siedzenie. Nie miałem teraz raczej ochoty na zwierzenia.
– Przypominają mi o niej różne rzeczy. Zwłaszcza niedziele. Czasem sypialiśmy do południa i jedliśmy coś dobrego na śniadanie. Albo chodziliśmy nad staw z kaczkami niedaleko rzeki St. Tony’s. Długie spacery po parku Garfield. To smutne, że umarła tak młodo, John. Boli mnie dodatkowo fakt, że nie rozwiązałem zagadki jej morderstwa.
Sampson zadał mi kolejne pytanie. Czasem tak robi.
– A jak ci się układa z Christine?
– Źle – wyznałem w końcu, ale nie byłem w stanie wyjawić całej prawdy. – Nie może zapomnieć o Geoffeyu Shaferze. A ja nie jestem nawet pewien, czy Łasica naprawdę nie żyje. Skończyliśmy?
Sampson wyszczerzył zęby.
– Co? Jedzenie czy przesłuchanie?
– Jedziemy. Trzeba wreszcie znaleźć Parkerów i wyjaśnić sprawę napadu na bank. Resztę dnia będziemy mieli wtedy dla siebie.
Rozdział 10Około siódmej wieczorem postanowiliśmy z Sampsonem zrobić przerwę na kolację. Przewidywaliśmy, że będziemy pracować do późna, pewnie dłużej niż do północy. Ta sprawa tego wymagała. Pojechałem do domu, żeby coś zjeść z dziećmi i babcią.
Chwaliłem, to co przyrządziła, ale nawet nie czułem smaku. Nie mogłem przestać myśleć o Christine. Zbyt mądre to nie było.
Umówiliśmy się z Sampsonem na dziesiątą wieczorem. Zamierzaliśmy przesłuchać paru typów, których łatwiej znaleźć po zmroku. Piętnaście po dziesiątej znów jechaliśmy moim samochodem przez Southeast.
Sampson zauważył naszego znajomego kapusia – drobnego handlarza prochami. Darryl Snow sterczał z kolesiami przed barem z grillem, który ciągle zmieniał nazwę. Teraz nazywał się „Tak było”.
Wyskoczyliśmy z Sampsonem z porsche i podbiegliśmy do Snowa. Nie miał dokąd uciec. Jak zwykle, był odstawiony w swoim dealerskim stylu: purpurowe, nylonowe szorty na niebieskich, nylonowych spodniach, koszulka polo, kurtka od Tommy’ego Hilfigera i ciemne okulary od Oakleya.
– Cześć, bałwanie – powitał go swoim basem Sampson. – Roztapiasz się.
Kumple Snowa wybuchnęli śmiechem. Darryl miał około metra osiemdziesięciu wzrostu, a nie ważył chyba więcej niż pięćdziesiąt pięć kilogramów. Nawet w swoich ciuchach z markowymi metkami.
– Przejdźmy się, Darryl – powiedziałem. – Musimy pogadać. I bez dyskusji.
Potrząsnął głową jak maskotka na desce rozdzielczej samochodu, ale poszedł ze mną.
– Nie chcę z tobą gadać, Cross.
– Co wiesz o Errolu i Brianne Parker? – zapytałem, kiedy oddaliliśmy się od jego towarzystwa.
Popatrzył na mnie i zmarszczył brwi. Głowa nadal mu podskakiwała.
– Ty chajtnąłeś się z jego siostrą czy ja? Więc dlaczego pytasz mnie, człowieku? Czego się ciągle czepiasz?
– Errol już nie widuje się z rodziną. Nie ma czasu, pruje banki. Gdzie on jest, Darryl? W tej chwili Sampson i ja nie jesteśmy ci nic winni. A kręcisz się w niebezpiecznej okolicy.
Spojrzał w światła lamp ulicznych.
– Mnie to pasuje.
Złapałem go za kurtkę.
– Do czasu, Darryl. Dobrze o tym wiesz.
Snow pociągnął nosem i zaklął cicho.
– Słyszałem, że Brianne ma metę w tym starym osiedlu przy Pierwszej Alei. W tych ruinach ze szczurami. Ale nie wiem, czy jeszcze tam jest. To tyle, słowo.
Uniósł otwarte dłonie.
Sampson podkradł się do niego z tyłu i krzyknął: Bu!
Darryl prawie skoczył w górę.
– Pomógł nam? – zapytał Sampson. – Trochę jakby nerwowy.
– Pomogłeś nam? – spytałem Snowa.
Skrzywił się żałośnie.
– Powiedziałem, gdzie może być Brianne Parker, czy nie? Pojedźcie i sprawdźcie. I odwalcie się ode mnie. Nie straszcie ludzi. Wy dwaj jesteście jak The Blair Witch Project, człowieku. Albo jeszcze gorsi.
Sampson wyszczerzył zęby.
– Dużo gorsi, Darryl. Blair Witch to tylko film. My jesteśmy prawdziwi.
Rozdział 11– Nie cierpię tego całego nocnego gówna – poskarżył się Sampson, kiedy dotarliśmy na piechotę do osiedla przy Pierwszej Alei. Przed nami majaczyły opuszczone domy czynszowe, w których mieszkali bezdomni i ćpuny. Jeżeli w stolicy Ameryki można to nazwać mieszkaniem.
– Noc żywych trupów – wymruczał Sampson.
Miał rację. Typy wokół nas wyglądały jak zombie.
– Errol Parker? Brianne Parker? – mówiłem cicho, mijając ponurych mężczyzn o zapadłych, nie ogolonych twarzach. Nikt się nie odzywał. Większość nawet nie patrzyła na mnie i Sampsona. Wiedzieli, że jesteśmy glinami.
– Dzięki za pomoc. Bóg z wami – powiedział w końcu Sampson.
Zaczęliśmy przeszukiwać każdy budynek, piętro po piętrze, od piwnicy po dach. Ostatni wyglądał na zupełnie pusty, co wcale nie dziwiło: był najbrudniejszy i rozsypywał się.
– Ty pierwszy – warknął Sampson. Było późno i stracił humor.
Miałem latarkę, więc ruszyłem przodem. I tym razem najpierw zeszliśmy do piwnicy. Poplamiona, betonowa podłoga, wszędzie gęsty kurz i pajęczyny. Otworzyłem nogą drewniane drzwi. Usłyszałem gwałtowne drapanie gryzoni. Miotały się jak w pułapce. Oświetliłem wnętrze. Tylko kilka szczurów.