— WalczÄ… o wÅ‚adzÄ™ nad nieskoÅ„czonoÅ›ciÄ…! — krzyknÄ…Å‚ przejÄ™ty Wheldrake...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- – Hej! – krzyknÄ…Å‚ swym ochrypÅ‚ym i niemal bezdźwiÄ™cznym gÅ‚osem, który przypominaÅ‚ plusk kamieni wrzucanych do podziemnego jeziora...
- — ProszÄ™ pani, jeÅ›li pojedzie pani do siedziby detektywów Dystryktu Zachodniego przy PięćdziesiÄ…tej PiÄ…tej i Pine, gdzie podpisze pani dokument...
- Tak wiÄ™c nie można też ustalić, czy pewne rodzaje literackie uksztaÅ‚towaÅ‚y siÄ™ raczej pod naciskiem zjawisk realnych, czy raczej — norm kulturowych jako...
- dobiegÅ‚ do jej wytężonego sÅ‚uchu — cichy jak brzÄ™czenie komara daleki dzwonek, za chwilÄ™ ponowny • dzwonek, już bliżej, potem stukot...
- Niemniej obawiaÅ‚em siÄ™ wyjść z lasu — choć skÄ…dinÄ…d byÅ‚o oczywiste, że prÄ™dzej albo później wyjść muszÄ™...
- par³ margraf — ale nie jeno przeto, jeno ¿e przez Odrê³acniej siê przeprawiæ, w górnym biegu...
- ciekawe i co mnie osobiÅ›cie bardzo zaskoczyÅ‚o — zdaÅ‚em sobie spra- wÄ™, że czasami pracujÄ…c mniej i krócej, można byÅ‚o zrobić wiÄ™cej, niż...
- le jest potrzebny), niedostÄ™pnej dla użytkowników i przeznaczonej wy- Å‚Ä…cznie na potrzeby administratora, — skonfigurowanie portów...
- wyreperowaÅ‚ dach i Å›ciany, wybiÅ‚ otwory i wstawiÅ‚ okna, żeby byÅ‚ przewiew — zmieniÅ‚ caÅ‚e pomieszczenie tak, że wyglÄ…daÅ‚o prawie jak mieszkanie...
- zapominając o wszystkim krzyknęła triumfalnie: ─ Do licha! Przecież to ja wygrałam...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
— JeÅ›li potraktować sprawÄ™ Å›ciÅ›le, to multiwersum nie jest nieskoÅ„czone. . .
— zaczÄ…Å‚ Phatt, ale matka przerwaÅ‚a mu zirytowanym skrzeczeniem.
— NieskoÅ„czoność? Gadanie! NieskoÅ„czoność? Multiwersum jest skoÅ„czo-
ne. Ma granice i wymiary, które tylko Bóg może czasem spostrzec, ale one są!
W przeciwnym razie nie byłoby w tym żadnego sensu!
— W czym, matko? — zdumiaÅ‚ siÄ™ Fallogard. — W czym niby?
— W istnieniu naszej rodziny, rzecz jasna. JesteÅ›my przekonani, że pewne-
go dnia. . . — przerwaÅ‚a, nakazujÄ…c gestem synowi podjąć recytacjÄ™ tekstu, który musiaÅ‚ być z dawna rodzinnym kredo. . . .
— . . . poznamy plan caÅ‚ego multiwersum, by móc samÄ… siÅ‚Ä… woli podróżować
ze sfery do sfery, z planu do planu, ze świata do świata, podróżować przez wielkie mgławice kolorowych gwiazd, pomiędzy planetami i galaktykami rojącymi się
jak komary nad ogrodem w środku lata. Podróżować strugami światła, ścieżkami promieni księżycowych spinającymi gwiazdy. . .
69
— ZdarzyÅ‚o siÄ™ kiedyÅ› waszeci w samotnoÅ›ci w coÅ› wbić spojrzenie tak silnie, że aż pojawiaÅ‚y siÄ™ wizje? Jest taka chwila, może pamiÄ™tasz, gdy wyczuwasz wówczas bliskość wiecznoÅ›ci, wyczuwasz obecność multiwersum? Ota-
czasz spojrzeniem chmurÄ™, pÅ‚onÄ…ce drwa, Å‚agodne faÅ‚dy ciepÅ‚ego koca, uginajÄ…ce siÄ™ pod powiewem wiatru źdźbÅ‚a trawy, nieważne, co wÅ‚aÅ›ciwie widzisz. Wiesz, że dojrzaÅ‚eÅ› fragment wiÄ™kszej caÅ‚oÅ›ci. Wczoraj, na ten przykÅ‚ad. . . — SpojrzaÅ‚
bystro na poetÄ™ i zachÄ™cony zaciekawionym wyrazem twarzy ciÄ…gnÄ…Å‚ dalej: —
. . . na ten przykład, w samo południe spojrzałem w niebo. Przez zwały chmur są-
czyÅ‚o siÄ™ srebrzyste Å›wiatÅ‚o, a chmury same pÅ‚ynęły asymetrycznie jak bestie morskie ogromne na tyle, by caÅ‚e narody, z czÅ‚owiekiem wÅ‚Ä…cznie, mogÅ‚y zamieszkać w ich trzewiach. ByÅ‚y przy tym jak wierzchoÅ‚ki wielkich gór, gotowe w każdej chwili ponownie zanurkować w gÅ‚Ä™biny równie tajemnicze dla nas jak oceany, nad których brzegami bÅ‚Ä…dzimy. — Twarz poczerwieniaÅ‚a mu jeszcze bardziej na to wspomnienie, oczy zdawaÅ‚y siÄ™ widzieć ponownie owe chmury, monumental-ne barki niczym wydźwigniÄ™te z otchÅ‚ani wraki raz jeszcze żeglujÄ…ce po oceanie bÅ‚Ä™kitu, obce przy tym ponad wszelkie wyobrażenie, zmienione po mileniach, po-tworne wrÄ™cz dla każdego Å›miertelnika, który wszystko by daÅ‚, aby tylko o nich zapomnieć. Stopniowo ich zarys ulega zatarciu, szarzejÄ… i znikajÄ… na zawsze, wy-parowujÄ… nawet z najgÅ‚Ä™bszych zakamarków tej pamiÄ™ci, którÄ… każdy otrzymuje w spadku po przodkach. Czy można wówczas powiedzieć, że owe lewiatany nie
istniały nigdy, istnieć nie mogły? A przecież niejedno pojawiało się i znikało, zanim nasi przodkowie po raz pierwszy postawili stopę na brzegu swego żywota. . .
Elryk uśmiechnął się na te słowa, bowiem pamięć jego rasy sięgała czasów,
gdy nie było jeszcze człowieka, przynajmniej w tym wymiarze. Przodkowie jego, już wtedy starzy i na pewno nieludzcy, uciekli czy zostali wygnani przez granice wymiarów. Wcześniej zaś padli ofiarą jakiejś wielkiej katastrofy, którą najpewniej sami wywołali.
Wspomnienie goni wspomnienie, wspomnienie wypiera wspomnienie; niektóre rzeczy znikaj ˛
a wprawdzie w labiryncie wyobraźni, ale nie znaczy to, że nie mogły
istnieć czy nie istniały, one istniej ˛
a. Tak, istniej Ë›
a!
Ostatni Melnibonéanin rozmyśla o historii i legendach swego ludu, opowiada swym ludzkim przyjaciołom urywki wspomnień, aż pewnego dnia jakiś skryba spi-sze ulotne słowa, czyni ˛
ac z nich zacz Ë›
atek mitów, zacz ˛
atek wielu tomów legend, jak
i licznych przes Ë›
adów, ziarnko do ziarnka gromadz ˛
ac przedludzkie doświadczenia,
s Ë›
acz Ë›
ac je w krew nasz Ë›