Haki?– Jasne
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- EXT REF1 SELECT lub 1106 EXT REF2 SELECT – na COMM, COMM+AI1 lub COMM*AI1...
- choćbyś i mnie miał waszmość tak pochlastać, zawszeć winszuję, winszuję! – Et, dalibyście sobie waszmościowie pokój; bo w rzeczy nie macie się...
- znalazł i któż zaręczy, czy ją znajdzie? – Prawda jest! Ale gdy Bóg go przez nasze ręce od Bohuna uwolnił i przez tyle niebezpieczeństw, przez...
- Po prawej, najbliżej ściany hangaru, stały bok w bok nowiutkie Gromy i Błyskawice – nieco mniejsze wozy bojowe przystosowane do przewozu piechoty...
- «Dlaczego więc ośmiela się podejść do kapłana za pierwszym razem, kiedy jest całkiem nieczysty, a za drugim razem – zbliżyć się nawet do...
- Polecenie traceroute zwykle jest wykorzystywane w ten sposób, jak polecenie ping – jako parametr należy podać nazwę hosta docelowego...
- Krzysztof przetarł palcami oczy i powtórzył bezdźwięcznym głosem: – Precz, precz, zabierzcie stąd tego człowieka...
- • skrzynia biegów, długa – ponieważ jest wiele szybkich partii (łuki, czasami proste), na których to właśnie dużą prędkością można sporo...
- Czemu więc płakała? Obawiał się jednak, Ŝe jeśli będzie próbował nalegać, tylko - Nie musi mi pani od razu odpowiadać –uspokoił ją...
- – Zabierzesz stąd te akta, zrobisz gdzieś kopie, roześlesz część do przyjaciół i znajomych rozrzuconych możliwie po całych Stanach, a resztę ukryjesz,...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Kogo się promuje w polityce? Tego, na kogo się ma haka. Im hak grubszy, tym bardziej możesz być faceta pewien. Jak mógłbyś ufać komuś, kogo w razie czego nie jesteś w stanie zniszczyć? Taki ktoś może cię zdradzić, gorzej, może cię w ogóle olać, a ty mu będziesz mógł skoczyć. Jeśli na kogoś nie ma haka, trzymaj się od takiego z daleka.
– Dobra – mówię – ale co to ma wspólnego z Kościołem?
– A po co stawia ludziom wymagania, których nikt normalny nie może spełnić? Żadnego seksu przed ślubem, a po ślubie do końca życia z tą samą kobietą, i to bez żadnej przyjemności, pozycja misjonarska, prokreacja i nic więcej? Ilu katolików to spełnia? Trafi się paru impotentów czy patologicznie oziębłych matron, ale reszta… – Macha ręką z lekceważeniem. – Przecież księża tacy głupi nie są, wiedzą jak to naprawdę wygląda, ale od tylu pokoleń wszyscy się przyzwyczaili udawać, że nikomu to nie przeszkadza.
– No, może jest w tym trochę obłudy, ale…
– Trochę obłudy! – śmieje się. – To nie jest obłuda, to jest mądrość. A dlaczego własnym funkcjonariuszom zabrania Kościół tego, co normalne, oczywiste i niezbędne do życia? Bo dla papieża i biskupów naprawdę jest tak strasznie ważne, żeby który katabas sobie czasem nie zamoczył? Bo nie wiedzą, jak jest z tym celibatem naprawdę? Gdyby tak im zależało na cnotliwej kadrze, to takiego, co grzeszy, wylewaliby zaraz na zbity pysk, ażby w końcu zostali w tej firmie sami. Ale jakoś nie wylewają. Jak już się nie da przed wiernymi ukryć, że proboszcz jest pedofil, to go przenoszą po cichu do innej parafii albo wysyłają na studia do Watykanu. No, dlaczego? Bo jest przez to cenniejszy. Już jest na niego hak. I to taaaaki! Chłopie, dlaczego ta instytucja przetrwała dwa tysiące lat? Bo jest w niej nadprzyrodzona siła, duch Boży, co? Ależ gdyby tak, to by ten duch pomagał wyznawcom żyć zgodnie z tym, co wyznają. A jakoś od niepamiętnych czasów nie żyją! Nie wolno im się pierdolić, a oni się pierdolą, nie wolno im nienawidzić, a prowadzą podboje, zamiast nadstawiać drugi policzek, kradną, oszukują, i na koniec za wszystko, czego im nie wolno, dostają rozgrzeszenie, a wiara katolicka trwa w najlepsze, i fakt, że ze świecą szukać kogokolwiek, kto by według niej żył, nic jakoś nie szkodzi. Bo oni już paręnaście wieków temu odkryli sekret, kamień filozoficzny wszelkiej polityki: że prawdziwą potęgę układu można zbudować tylko na hakach. I tak przefasonowali całą Chrystusową naukę, żeby nikt, absolutnie nikt, nie mógł się czuć w porządku. Jest tylko jedna metoda, żeby zostać świętym: ukrywać się tak dobrze, by nikt nigdy nie doszedł prawdy. Każdy katolik jest z definicji grzesznikiem, każdy musi tonąć w wyrzutach sumienia, przepraszać, że żyje, błagać o rozgrzeszenia i lękać się, żeby prawda o nim nie wyszła na jaw. Od prostaczka przynoszącego do pokropienia święconkę po kardynała.
Zapamiętałem tę jego przemowę tak dobrze, bo poza tym, co mówił, było parę zaskakujących rzeczy w sposobie, w jaki to robił. Widziałem w życiu od diabła i trochę nawiedzonych antyklerykałów i osobistych wrogów tego, którego nazywali „panem B”, twierdzili, że go w ogóle nie ma, i gotowi byli się nieźle natrudzić, żeby mu zrobić na złość. Kreszczyński ich nie przypominał. Nie zapalał się do tego, co mówił, nie podnosił głosu, ot, po prostu dzielił się wiedzą, do której w jakiś tam sposób doszedł. A przede wszystkim:
co mówił, to nie w tonie potępienia czy demaskacji, tylko aprobaty. Tak właśnie trzeba, to mądre, i gdyby mu się inaczej w życiu ułożyło, to bardzo chętnie zostałby biskupem.
Z ulgą powitałem telefon od Artura, że udało im się z Przemem wygrać jakiś ważny przetarg i montują na wieczór ekipę do świętowania, przez uprzejmość zaproponowałem pedałowi, że pójdziemy razem, ale nie miał czasu. I na szczęście. Coś tam jeszcze pogadaliśmy i umówiliśmy się na telefon za jakiś czas. Ale trafił mnie w czuły punkt, w pytanie, nad którym łamałem sobie głowę latami, a raczej – które latami od siebie odsuwałem, licząc, że może jakaś odpowiedź sama mi się z czasem wymyśli.
W młodości rzadko słuchałem muzyki, a jazzu to już prawie w ogóle. Ojciec miał trochę płyt, Andrzej puszczał je czasem, ale ja nigdy, dopiero Artur zwrócił mi uwagę, że coś takiego jak jazz w ogóle istnieje. Co najmniej raz w tygodniu, a jak się dało, to i częściej, zbierał wieczorem ekipę na jam, ja się z nimi często zabierałem dla towarzystwa i jakoś tak przywykłem. I tego wieczora też skończyło się przed północą w Quincunksie. Nie pamiętam, kto był – no, Artur na pewno, i Przemo, jego wspólnik, chociaż w mojej pamięci Artur zawsze go jakoś przysłania, bo Przemo był spokojny człowiek, a Artur jakby nie mieścił się w sobie, niespożyty wszędzie go pełno, bez przerwy coś nakręcał, kombinował, za czymś biegał i jeszcze po całym dniu miał siły imprezować do białego rana. Chyba zebrała się jakaś większa ekipa, bo przetarg rzeczywiście wygrali ważny, u jakichś Francuzów – może był Maciek, może nawet Ewa, ale zupełnie nie pamiętam. Nie mogłem przez cały wieczór opędzić się od myśli, że tak, pieprzony pedał ma rację – wszystko we mnie, cała moja wiara od dziecka oparte były na udawaniu, ale nie dlatego, że ja jestem popierdolony, bo jestem po prostu człowiekiem jak każdy, tylko dlatego, że inaczej się nie da. Ja wierzyłem, jak w nic innego, że mogę sobie powiedzieć – chcę być taki a taki, bo tak należy, tak jest dobrze, i jeśli będę nad sobą pracował, stanę się taki, jaki chcę być. Ale to nieprawda. Nie można ze sobą wygrać, nie można być silniejszym od samego siebie, żadne sporty i zimne prysznice Diabełka nic tu nie pomogą. Można tylko jedno: udawać. Wydzielić, wydalić z siebie istotę postulowaną i tylko ją pokazywać światu, a całą resztę starannie ukryć.
Ale tego właśnie dzisiaj, teraz, już nie można.