Cała nasza przeszłość dziejowa przedstawiła mi się jako szereg poematów, to dramatycznych, to epickich, słowem setnokształtnych, ale łączących się w...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- W lipcu 1941 roku jako czBonek Episkopatu Polski witaB chlebem i sol oficerw niemieckich wojsk okupacyjnych, haDbic rd arystokratw polskich i Episkopat
- By moe, i tu wanie odkryjemy jeszcze dziedzin naszego wynalazku, dziedzin, w ktrej zdoby si moemy jeszcze na oryginalno, naprzykad [!] jako parodyci...
- Tak więc nie można też ustalić, czy pewne rodzaje literackie ukształtowały się raczej pod naciskiem zjawisk realnych, czy raczej — norm kulturowych jako...
- Zaistnienie filozofii jako dziedziny kultury narodowej, w ktrej nacja wyra|a swj [wiatopogld, byBo mo|liwe, pojawiB si bowiem system okre[lonych poj i metod
- Rwnoczenie kocha ono rodzica-rywala spostrzegajc go jako osob wszechpotn i wszech-wiedzc, a wic rwnie o skrytych pragnieniach dziecka...
- Polecenie traceroute zwykle jest wykorzystywane w ten sposób, jak polecenie ping – jako parametr należy podać nazwę hosta docelowego...
- pozytywistycznych, które wszelkie warianty artyzmu traktują jako instrumenty krasomówcze, a wartość słowa poetyckiego pragną mierzyć wartością...
- Rozwj fizyczny, jako proces irnian somatycznycH (anatomicznych) i funkcjonalnych (fizjologicznych) w organizmie, stwarza podstawy dla rozwoju motoryki...
- w peni zrealizowany ze wzgldu na wybuch U wojny wiatowej, to jednak podstawy prawne posuyy jako dorobek stanowicy punkt wyjcia do prac kontynuatorskich w Polsce...
- Wyobraz to sobie jako spektrum, z pozycja „Kontuzjowany” u jednego konca i pozycja „Unieruchomiony” u drugiego...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
A tuż obok łańcucha d z i e j ó w snuł się przede mną i drugi łańcuch b a j e k ludowych, niklejszy, ale równie śliczny, podobny do drugiego łuku podwojonej tęczy. Ten bledszy łańcuch przedstawiał mi się także w szeregu poemacików, którym chciałam dać ogólną nazwę Wędrówka po krainie czarów.
Tak więc zamierzałam przeprowadzić dwa równoległe szeregi prac poetycznych, z których jeden zawierałby prawdę naszych dziejów, a drugi wszystkie nasze 1 e g e n d y i b a ś n i e.
Ale wkrótce spostrzegłam, że jeden z tych pierwiastków musi wsiąknąć w drugi, że prawda dziejowa nie może być oddzielona od legend i cudowności, bo inaczej straciłaby całą swoją poezję. Porzuciłam więc myśl osobnego spisywania Wędrówki po krainie czarów, a postanowiłam wszystkie moje skarby, tak podaniowe, jak dziejowe, zamknąć w jednej ogromnej budowie, na której frontonie przedstawił mi się świetlanymi zgłoskami napis: Polska w pieśni.
Już chyba nikt na świecie nie przystosował dosłowniej tego wiersza Mickiewicza: „Mierz siły na zamiary, nie zamiar według sił...” Złudzenie młodości! Wyobrażałam sobie życie jako coś tak długiego, miałam przy tym jeszcze tak mało pojęcia o przepastnych trudnościach sztuki, że zamiar ów zdawał mi się wykonalnym. Pamiętam, jak obliczałam sobie: co, w jakim roku mam napisać? Wypadały mi mniej więcej dwa poemata rocznie; na bardzo długie utwory dawałam sobie z łaski swojej cały rok okrągły. Tak rachując, nie dziw, że przed zgrzybiałością mogłam dojechać do końca Polski w pieśni.
Tymczasem już przed wiekami powiedziano: Ars longa — vita brevis. Dziś, po czterdziestu kilku latach nieprzestannej, cyklopowej pracy, widzę, że z owego gmachu ledwie kilka głazów obrobiłam i szczęśliwa będę, jeśli potrafię urzeczywistnić choć dziesiątą część moich marzeń! A jednak nie żałuję, że mój zamiar był tak zuchwały. Kto sobie zamierzy zrobić tysiąc, ten zrobi przynajmniej sto, a kto zamierzy tylko sto, ten zrobi zaledwie dziesięć.
Audaces Fortuna iuvat.
5. W r. 1855 znów musieliśmy jechać do wód zagranicznych, już nie tylko dla ojca, lecz i dla mnie, w owym roku bowiem zapadłam na różne chroniczne cierpienia i odtąd już nigdy nie odzyskałam zdrowia. Podróż ta upamiętniła się dla mnie przez poznanie różnych znakomitych ludzi, których w kraju nie mogłabym spotkać.
24
W Brukseli odwiedziliśmy naszego bliskiego krewnego, Joachima Lelewela. Widziałam go w tym sławnym jego pokoiku, założonym od podłogi do sufitu księgami, z owym szarym kubrakiem i spiczastą, bielusieńką głową. Rozmowa jego bardzo mnie zdumiała; sądziłam, że usłyszę strasznego trybuna, tymczasem okazał się dziwnie wesoły i nieledwie pusty; raz tylko, gdyśmy zaczepili o rok 1830, wybuchnął kilkoma słowami, które starczyły za całą filipikę.
W Ostendzie czekały mnie dwa gatunki wrażeń. Dla oczu widoki morza z bajecznymi bałwanami, z czarodziejską fosforescencją, z potęgą żywiołów, o jakiej dotąd nie miałam pojęcia. Dla duszy — zaznajomienie się z paryską i belgijską Polonią, która tam licznie na jesień ściągała. Wśród owych szanownych postaci emigranckich wyróżniał się urodą generał
Skrzynecki, starzec przepyszny, jak posąg z marmuru, a mnie najwięcej pociągał ksiądz Aleksander Jełowicki, dusza wulkaniczna, równie namiętny Polak, jak namiętny chrześcijanin; gdyby więcej takich ludzi było, świat poszedłby innymi torami, niż idzie. A jakim on umiał być przyjacielem! Szczęśliwy, kto, jak ja, zakosztował mocy i słodyczy jego przyjaźni!
W Ostendzie to emigranci słyszeli mnie po raz pierwszy improwizującą, a ta okoliczność, powtórzona później parokrotnie, odnalazła się w zaszczytnej niespodziance, o której wspomnę poniżej.
Zagraniczne leki nie polepszyły mi zdrowia. Jednak za powrotem, nie tylko sobie nie umniejszyłam pracy, lecz, owszem, ją podwoiłam:
Sobieski spać mi nie dawał... W niecierpliwym rwaniu się do tego przedsięwzięcia, przyszło mi na myśl pytanie, czyby nie można dwóch poematów pisać jednocześnie? Zdawało mi się, że głowa, znużona jednym przedmiotem, będzie odpoczywała przy drugim, i nawzajem.
Zaczęłam więc Sobieskiego pod Wiedniem, nie porzucając wcale Piasta, i przez trzy lata obie te roboty szły razem, zajmując mnie równo, a każda inaczej, bo każda miała inny koloryt i odmienną budowę wiersza. Piast był pisany wierszem rozmaitym, fantazyjnie mieszanym, Sobieski zaś strofą dziesięciowierszową. Taką samą, w jakiej obecnie go piszę. Jednak do moich poematów narodowych brakowało mi co chwila tła malowniczego. Chciałam koniecznie poznać dobrze kraj własny i postanowiłam w tym celu odbywać co rok jakąś pielgrzymkę.
Zaczęłam w roku 1856 od Lechowego Gniezna i Popielowej Kruszwicy. Zajrzałam i do Poznania, gdzie gorące przyjęcie rozgrzało mi serce i natchnęło niejedno gorące przemówienie. W roku 1857 Pojechałam z ojcem na Rugię, to najdawniejsze ognisko słowiańskich podań i wierzeń. W r. 1858 jeździliśmy nad Bałtyk, do Malborka i Gdańska. W
r. 1859 zwiedzaliśmy Ojców, następnie zaś Sandomierskie, a głównie Górę Świętokrzyską.
Na koniec w 1860 r. wszerz i wzdłuż przemierzyliśmy Tatry.
Wszystkie te podróże opisywałam kolejno, a z wrażeń rugijskich wysnułam jeszcze i kilka osobnych poematów, jak Miłość bogów i Duchy na Rugii. Ówczesne dzienniki pełne są tych moich opisów i poezji. Chcieliśmy w następnych latach zwiedzić i Litwę, i Podole, i Ukrainę, aż do najdalszych kresów. Niestety, zwrot wypadków politycznych uniemożliwił te pieszczone zamiary.
Tymczasem z moimi wielkimi poematami działy się rzeczy niespodziane. Popchnęłam je tak silnie oba, że w r. 1857 Piast już miał dwanaście tysięcy wierszy, a Sobieski miał już sześć tysięcy. Oba mogły już ujść za skończone i gazety nie omieszkały rozgłosić tej wieści.