zatem jako cywil, prowadząc niewielką nielegalną agencję egzorcystyczną zajmującą się wypędzaniem mniejszych diablików z dusz zdradzających się...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- W lipcu 1941 roku jako czBonek Episkopatu Polski witaB chlebem i sol oficerw niemieckich wojsk okupacyjnych, haDbic rd arystokratw polskich i Episkopat
- By moe, i tu wanie odkryjemy jeszcze dziedzin naszego wynalazku, dziedzin, w ktrej zdoby si moemy jeszcze na oryginalno, naprzykad [!] jako parodyci...
- Od samego początku nasza praktyka ruszyła ostro z kopyta, mieliśmy dostatecznie dużo pracy, by jako młodzi lekarze poczuć się zadowoleni, ale i na tyle dużo,...
- Tak więc nie można też ustalić, czy pewne rodzaje literackie ukształtowały się raczej pod naciskiem zjawisk realnych, czy raczej — norm kulturowych jako...
- Zaistnienie filozofii jako dziedziny kultury narodowej, w ktrej nacja wyra|a swj [wiatopogld, byBo mo|liwe, pojawiB si bowiem system okre[lonych poj i metod
- Rwnoczenie kocha ono rodzica-rywala spostrzegajc go jako osob wszechpotn i wszech-wiedzc, a wic rwnie o skrytych pragnieniach dziecka...
- Polecenie traceroute zwykle jest wykorzystywane w ten sposób, jak polecenie ping – jako parametr należy podać nazwę hosta docelowego...
- pozytywistycznych, które wszelkie warianty artyzmu traktują jako instrumenty krasomówcze, a wartość słowa poetyckiego pragną mierzyć wartością...
- Rozwj fizyczny, jako proces irnian somatycznycH (anatomicznych) i funkcjonalnych (fizjologicznych) w organizmie, stwarza podstawy dla rozwoju motoryki...
- w peni zrealizowany ze wzgldu na wybuch U wojny wiatowej, to jednak podstawy prawne posuyy jako dorobek stanowicy punkt wyjcia do prac kontynuatorskich w Polsce...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Zresztą przy pierwszej
nadarzającej się okazji prysnął do Brazylii, a że nie znał portugalskiego, założył tam
głośną (właściwie wypadałoby napisać cichą) szkołę pantomimy. I szkoda. Mógłby dziś
stanowić wsparcie dla swego nieszczęsnego bratanka, który właśnie dał się opętać
demonowi buntu i wraz z tysiącem studentów demonstrował przeciwko prawowitej i
liberalnej władzy, która dopiero w obliczu takiego zuchwalstwa z największym
obrzydzeniem musiała się uciec do starych wypróbowanych metod.
Powiem szczerze, owo posługiwanie się skomplikowanymi piętrowymi aluzjami w
czasach, kiedy inni, wykorzystując „karnawał «Solidarności»„, zaczęli mówić pełnym
głosem, niespecjalnie mnie przekonywało. Zacząłem nawet podejrzewać, że sam autor
poniechał publikacji, uznawszy dzieło za zbyt anachroniczne w stosunku do czasów, i kiedy
już zamierzałem zrezygnować z lektury, wówczas rzucił mi się w oczy wielce ciekawy
fragment:
– Będzie pan uprzejmy usiąść!
Wydobyty z podziemnej śmierdzącej celi, po bezsennej nocy, spędzonej na
oczekiwaniu tortur, Diego nie mógł wyjść ze zdumienia. Pokój, do którego go
wprowadzono, żadną miarą nie przypominał katowni, raczej schludny gabinet
urzędnika średniego szczebla. Biureczko, dywan, w otwartym oknie wiszące doniczki z
kwiatami, mogącymi pomimo krat wabić kolibry...
– Powiedziałem, niech pan siada, panie Alvarado. Kawy, może herbaty? Gdyby nie
ostatnie oszczędności w resorcie, zaproponowałbym coś na wzmocnienie.
Zaskakujące były nie tylko słowa, ale również wygląd przesłuchującego oficera.
Ubrany po cywilnemu, szczupły, o jasnej cerze, mógł mieć zaledwie parę lat więcej od
Diega. Może jedynie ukryte pod cieniutkim podstrzyżonym na cienką kreseczkę wąsem
wąskie usta i jasnobłękitne wejrzenie wskazywały, że nie jest on pracownikiem którejś z
organizacji zajmujących się filantropią. No i nos, krzywo zrośnięty nos przywodzący na
myśl boksera-amatora.
– Niesłychanie mi przykro z powodu zachowania moich kolegów. No cóż i my w
naszych szeregach mamy różny element ludzki... Szczególnie żałosne jest, kiedy stosuje
się przymus bezpośredni w stosunku do takich ludzi, jak pan. Powiem szczerze. Pana
nie powinno tu być, senior Alvarado. Obiecujący student, utalentowany dziennikarz,
członek prorządowej korporacji studenckiej, podzielającej nasze ideały. Z takimi
ludźmi winno się dyskutować. Wysłuchiwać ich argumentów...
Diego chciał potwierdzić opinię funkcjonariusza, ale ugryzł się w język. Słodycz
oficera mogła być grą wstępną poprzedzającą mordobicie albo zrywanie paznokci.
– Oczywiście mamy wrogów. Obcych agentów, wolnomyślicieli, komunistów. Ale
pan z całą pewnością do nich nie należy. Prawda?
– Prawda – wyrwało się Alvarado.
– A tak całkiem między nami. Uważam wasz protest za słuszny. Może nazbyt
spontaniczny, wskutek czego ujawniły się wrogie elementy chuligańskie, ale
niepozbawiony podstaw. Waszą gazetkę „Directamente” należało być może zmieniać,
ale czy od razu zamykać...? Prawda?
– Oczywiście! – Znów chciał się ugryźć w język, ale nie zdążył.
– Zresztą wkrótce powstanie nowe, odważne pismo. Będzie potrzebowało wielu
współpracowników, redaktorów. A ludzi zdolnych naprawdę nie ma skąd brać... Gdyby,
dajmy na to, miał pan formować dział zagraniczny. Na kim by się pan oparł?
Diego zawahał się. Nie powinien chyba rozmawiać o tym z policjantem, nawet tak
przyjaznym. Cywil zauważył jego rozterkę. Wyciągnął papierośnicę i poczęstował
studenta.
– Nie chcę być źle zrozumiany. W żadnym wypadku nie sugeruję, aby podawał mi
pan nazwiska tych, do których nie ma pan politycznego zaufania. Powtarzam: w
żadnym wypadku! Interesują mnie wyłącznie predyspozycje zawodowe tych studentów,
których pan uważa za wartościowych. Gdyby ktoś z tych ludzi miał kłopoty, mogę
pomóc, jestem zdania, że naprawdę zdolnym można sporo wybaczyć... Ale skoro pan nie
chce, nie będę nalegać...
Alvarado łapczywie zaciągnął się aromatycznym dymem. Właściwie jeśli mógł
komuś pomóc...
– Świetny jest Ricardi – zaczął, sam się sobie dziwiąc, że jednak mówi – potrafi
zawsze znaleźć trafne sformułowanie, i Sanchez, wyjątkowy poliglota, zna chyba pięć
języków, no i Mendoza... Chyba najlepszy analityk z nas wszystkich.
– Ma jednak rodzinę na komunistycznej Kubie.
– Ale nie utrzymuje z nią żadnych kontaktów.
– Możliwe – zgodził się oficer. – Widzi pan i my możemy mieć błędne informacje.
Ach, ci donosiciele! – Podszedł do biurka i podniósł słuchawkę: – Mówi Manuel. Jest u
was niejaki... – tu rzucił okiem na Diega.
– Jose!
– Jose Mendoza? Właśnie! Chciałbym z nim pogadać. Jak to był?! To zawróćcie
transport. Jak najszybciej! Świetnie.
Odwrócił się i popatrzył na Diega z uśmiechem.
– Właśnie uratowaliście człowieka. Miano go bezzwłocznie wysłać do Villa Nera. A
stamtąd dość trudno się wraca... A swoją drogą, jak myślicie, kto z waszej grupy mógł
napisać kłamliwy anonim, kreujący go na prowodyra wczorajszych manifestacji?
– Nie mam pojęcia!
– Ale nie przepada pan za donosicielami?
– Oczywiście, nienawidzę donosicieli!
– Rozumiem. Podobnie jak ja! Dlatego nie naciskam, ale gdyby się wam coś
przypomniało. Zadzwońcie bez obaw! – Wręczył wizytówkę z nazwiskiem Manuel
Carañia. – Miło się z panem rozmawiało... Tylko o jedno was proszę, umyjcie się przed
wyjściem. Łazienka jest za zakrętem korytarza.
– Jestem wolny?
– Naturalnie. Chyba że bardzo chcielibyście tu zostać! – Carañia zaśmiał się,