— Zaiste, trudno to pojąć...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — ProszÄ™ pani, jeÅ›li pojedzie pani do siedziby detektywów Dystryktu Zachodniego przy PięćdziesiÄ…tej PiÄ…tej i Pine, gdzie podpisze pani dokument...
- Tak wiÄ™c nie można też ustalić, czy pewne rodzaje literackie uksztaÅ‚towaÅ‚y siÄ™ raczej pod naciskiem zjawisk realnych, czy raczej — norm kulturowych jako...
- dobiegÅ‚ do jej wytężonego sÅ‚uchu — cichy jak brzÄ™czenie komara daleki dzwonek, za chwilÄ™ ponowny • dzwonek, już bliżej, potem stukot...
- Niemniej obawiaÅ‚em siÄ™ wyjść z lasu — choć skÄ…dinÄ…d byÅ‚o oczywiste, że prÄ™dzej albo później wyjść muszÄ™...
- par³ margraf — ale nie jeno przeto, jeno ¿e przez Odrê³acniej siê przeprawiæ, w górnym biegu...
- ciekawe i co mnie osobiÅ›cie bardzo zaskoczyÅ‚o — zdaÅ‚em sobie spra- wÄ™, że czasami pracujÄ…c mniej i krócej, można byÅ‚o zrobić wiÄ™cej, niż...
- le jest potrzebny), niedostÄ™pnej dla użytkowników i przeznaczonej wy- Å‚Ä…cznie na potrzeby administratora, — skonfigurowanie portów...
- wyreperowaÅ‚ dach i Å›ciany, wybiÅ‚ otwory i wstawiÅ‚ okna, żeby byÅ‚ przewiew — zmieniÅ‚ caÅ‚e pomieszczenie tak, że wyglÄ…daÅ‚o prawie jak mieszkanie...
- — Od dawna panowaÅ‚o przekonanie, że rzeka Nil wypÅ‚ywa z wielkich jezior leżących u stóp Gór Księżycowych[46]...
- mogÅ‚a umknąć uwagi czatowników pilnujÄ…cych granicy — i niepostrzeżenie prze- dostać siÄ™ w gÅ‚Ä…b terenów Armektu...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
— Przy sposobnoÅ›ci ci to wyjaÅ›niÄ™ — Szarlej zatrzymaÅ‚ siÄ™. — Na razie jednak pro-
ponowałbym skupienie się na rzeczy ważniejszej nieco. Nie mam mianowicie pojęcia,
gdzie jesteśmy. Zgubiłem się w tej parszywej mgle.
Reynevan rozejrzał się, spojrzał w niebo. W rzeczy samej, przezierający przez mgłę
blady krążek słońca, jeszcze przed momentem widoczny i wskazujący kierunek, teraz
znikł zupełnie. Gęsty opar wisiał nisko, niknęły w nim nawet czubki wyższych drzew.
Przy ziemi mgła zalegała miejscami tak, że paprocie i krzaki zdawały się wystawać
z oceanu mleka.
— Miast frasować siÄ™ losem ubogich dziadów — odezwaÅ‚ siÄ™ znowu demeryt —
i przeżywać rozterki moralne, użyłbyś raczej swych talentów celem odnalezienia drogi.
— SÅ‚ucham?
— Daruj mi miny niewiniÄ…tka. Dobrze wiesz, o czym mówiÄ™.
311
Reynevan też uważał, że nawęzy będą nieodzowne, nie zsiadał jednak z konia, zwlekał. Był zły na demeryta i chciał dać mu to odczuć. Koń parskał, chrapał, trząsł łbem,
tupał przednim kopytem, odgłos tupania głucho niósł się przez zatopioną w mgle knieję.
— CzujÄ™ dym — oÅ›wiadczyÅ‚ nagle Szarlej. — GdzieÅ› tu palÄ… ogieÅ„. Drwale albo
węglarze. U nich wypytamy się o drogę. A twoje magiczne nawęzy zachowamy na
lepszą okazję. Twoje demonstracje również.
Ruszył szparko. Reynevan ledwie za nim nadążał, koń wciąż boczył się, opierał,
chrapał niespokojnie, miażdżył kopytami bedłki i surojadki. Wysłany grubym dywa-
nem zbutwiałych liści grunt zaczął się nagle obniżać, nie wiedzieć kiedy znaleźli się
w głębokim jarze. Ściany jaru porastały pochyłe, koślawe, obrośnięte liszajami mchu
drzewa, ich odsłonięte przez osuwającą się ziemię korzenie wyglądały jak macki po-
tworów. Reynevan poczuł ciarki na plecach, skurczył się w siodle. Koń parskał.
Z mgły przed sobą usłyszał klątwy Szarleja. Demeryt stał w miejscu, w którym jar
rozwidlał się na dwie odnogi.
— TÄ™dy — rzekÅ‚ wreszcie z przekonaniem, podejmujÄ…c marsz.
312
Jar wciąż się rozwidlał, byli wśród istnego labiryntu parowów, zapach dymu zaś, jak zdawało się Reynevanowi, dochodził ze wszystkich stron naraz. Szarlej szedł jednak
prosto i pewnie, dziarsko przyspieszył kroku, ba, zaczął sobie nawet podgwizdywać.
I przestał równie szybko, jak zaczął.
Reynevan zrozumiał, dlaczego. Gdy pod podkowami zachrupały kości.
Koń zarżał dziko, Reynevan zeskoczył, oburącz uwiesił się uzdy, w samą porę, chra-
piący panicznie gniadosz łypnął na niego zalęknionym okiem, cofnął się, ciężko bijąc
kopytami, krusząc czerepy, miednice i piszczele. Stopa Reynevana uwięzia między po-
łamanymi żebrami ludzkiej klatki piersiowej, strząsnął ją dzikimi wymachami nogi.
Dygotał z odrazy. I strachu.
— Czarna Åšmierć — powiedziaÅ‚ stojÄ…cy obok Szarlej. — Zaraza roku tysiÄ…c trzy-
sta osiemdziesiątego. Wymierały wtedy całe wsie, ludzie uciekali do lasów, ale i tam
dopadał ich mór. Umarlaków chowano po jarach, jak tu. Potem zwierz wykopał trupy
i rozwłóczył kości. . .
— Zawróćmy. . . — odchrzÄ…knÄ…Å‚ Reynevan. — Zawróćmy co rychlej. Nie podoba
mi się to miejsce. Nie podoba mi się ta mgła. Ani zapach tego dymu.
313
— PÅ‚ochliwy jesteÅ› — zadrwiÅ‚ Szarlej — jak dzieweczka. Umarlaki. . .
Nie dokończył. Rozległ się świst, gwizd i chichot, taki, że aż przykucnęli. Nad ja-
rem, wlokąc za sobą iskry i warkocz dymu, przeleciała trupia czaszka. Nim zdążyli
ochłonąć, przeleciała druga, świszcząc jeszcze straszliwiej.
— Zawróćmy — rzekÅ‚ gÅ‚ucho Szarlej. — Co rychlej. Nie podoba mi siÄ™ to miejsce.
Reynevan był absolutnie pewien, że wracają po własnych śladach, tą samą drogą,
którą przyszli. A jednak po chwili przed nosami wyrosło im strome zbocze parowu.
Szarlej bez słowa zawrócił, skręcił w drugi wąwóz. Po paru krokach tu także zatrzymała
ich pionowa, najeżona plątaniną korzeni ściana.
— Niech to diabli porwÄ… — sapnÄ…Å‚ Szarlej, zawracajÄ…c. — Nie rozumiem. . .
— A ja — jÄ™knÄ…Å‚ Reynevan — bojÄ™ siÄ™, że tak. . .
— Nie ma wyjÅ›cia — warknÄ…Å‚ demeryt, gdy po raz kolejny utknÄ™li w Å›lepym zauÅ‚ku.