— Wprowadź go...
Serwis znalezionych hasełOdnośniki
- Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
- — ProszÄ™ pani, jeÅ›li pojedzie pani do siedziby detektywów Dystryktu Zachodniego przy PięćdziesiÄ…tej PiÄ…tej i Pine, gdzie podpisze pani dokument...
- Tak wiÄ™c nie można też ustalić, czy pewne rodzaje literackie uksztaÅ‚towaÅ‚y siÄ™ raczej pod naciskiem zjawisk realnych, czy raczej — norm kulturowych jako...
- dobiegÅ‚ do jej wytężonego sÅ‚uchu — cichy jak brzÄ™czenie komara daleki dzwonek, za chwilÄ™ ponowny • dzwonek, już bliżej, potem stukot...
- Niemniej obawiaÅ‚em siÄ™ wyjść z lasu — choć skÄ…dinÄ…d byÅ‚o oczywiste, że prÄ™dzej albo później wyjść muszÄ™...
- par³ margraf — ale nie jeno przeto, jeno ¿e przez Odrê³acniej siê przeprawiæ, w górnym biegu...
- ciekawe i co mnie osobiÅ›cie bardzo zaskoczyÅ‚o — zdaÅ‚em sobie spra- wÄ™, że czasami pracujÄ…c mniej i krócej, można byÅ‚o zrobić wiÄ™cej, niż...
- le jest potrzebny), niedostÄ™pnej dla użytkowników i przeznaczonej wy- Å‚Ä…cznie na potrzeby administratora, — skonfigurowanie portów...
- wyreperowaÅ‚ dach i Å›ciany, wybiÅ‚ otwory i wstawiÅ‚ okna, żeby byÅ‚ przewiew — zmieniÅ‚ caÅ‚e pomieszczenie tak, że wyglÄ…daÅ‚o prawie jak mieszkanie...
- — Od dawna panowaÅ‚o przekonanie, że rzeka Nil wypÅ‚ywa z wielkich jezior leżących u stóp Gór Księżycowych[46]...
- mogÅ‚a umknąć uwagi czatowników pilnujÄ…cych granicy — i niepostrzeżenie prze- dostać siÄ™ w gÅ‚Ä…b terenów Armektu...
Smutek to uczucie, jak gdyby się tonęło, jak gdyby grzebano cię w ziemi.
Teraz miałem okazję lepiej przyjrzeć się swojej ofierze. Człowiek wcale nie był taki stary, ale wyraźnie chorowity. Rąbkiem chusteczki przyciska! nabrzmiałe wargi. Nie obdarzył mnie żadnym spojrzeniem, ale był za to bardzo uprzejmy wobec dyżurnego.
Kiedy już podał dane osobowe i krótki opis wypadków, który mniej więcej się zgadzał, dyżurny zapytał go;
— Mówi pan, że zatrzymany zawoÅ‚aÅ‚: „Trzymaj go, on to ma!" Co miaÅ‚ na myÅ›li? Wszystko bowiem wskazuje, że miaÅ‚ wspólnika.
— Nie, panie komisarzu, byÅ‚ sam.
— Prawdopodobnie ma pan racjÄ™. Może wspólnik zostawiÅ‚ go na lodzie i musiaÅ‚ sam wykonać caÅ‚Ä… robotÄ™. A o co wÅ‚aÅ›ciwie chodzi?
— Nie mam pojÄ™cia — oÅ›wiadczyÅ‚ poszkodowany. — SzedÅ‚em do naszego zakÅ‚adowego ambulatorium, gdzie badania sÄ… bezpÅ‚atne, wiÄ™c oprócz trochÄ™ drobnych i chusteczki nic wiÄ™cej przy sobie nie mam.
— JakieÅ› dokumenty pewnie też — uzupeÅ‚niÅ‚ komisarz.
— Tak, i klucze od mieszkania.
— Przeszukajcie go.
To oczywiście zawołał Hiacynt, ale odpowiadałem za to ja. Komisarz jakby źle słyszał.
— Co proszÄ™? Mam rewidować poszkodowanego?
— OczywiÅ›cie. To jest jedyny sposób, żebym znalazÅ‚ pewien ciężki metal, który jest mi koniecznie potrzebny.
Znów mówił Hiacynt, a potem prosząco ciągnąłem ja:
— Hiacynt, przyjacielu, nie sprawiaj nam jeszcze wiÄ™kszych kÅ‚opotów. Czy nie rozumiesz, że jesteÅ›my aresztowani?
Komisarz zmierzył mnie od stóp do głowy, a potem powiedział żałośnie:
— Do diabÅ‚a, nasz doktor zawsze, kiedy jest potrzebny, to wyjeżdża gdzieÅ› w teren. Gdyby tu byÅ‚, mógÅ‚by okreÅ›lić stopieÅ„ paÅ„skiej symulacji, a tak, nie wiem, czy mogÄ™ pana zamknąć we wspólnej celi.
— Pan chyba nie chce powiedzieć, że jestem wariat? — przeraziÅ‚em siÄ™ nie na żarty.
— No, to już lepiej. Wariat zawsze twierdzi, że nie jest wariatem. Wydaje siÄ™, że dobrze pan nauczyÅ‚ siÄ™ swojej roli.
— Ale, panie komisarzu, zdarzyÅ‚ mi siÄ™ przykry wypadek. Najpierw tamto z torbÄ…, ale to inna historia, a potem to. Czyżby pan nie rozumiaÅ‚, że we mnie zadomowiÅ‚ siÄ™ Hiacynt? To wszystko on...
Dalej nie mogłem mówić we własnym imieniu, bo Hiacynt przejął wodze w swoje ręce.
— To ciaÅ‚o jest dość narwane i nie bierzcie poważnie tego, co ono mówi. Chodzi wÅ‚aÅ›ciwie o to, że ten czÅ‚owiek — tu wskazaÅ‚em na poszkodowanego — ma przy sobie coÅ›, co jest mi koniecznie potrzebne. Bez tego nie mogÄ™ opuÅ›cić waszej planety, a czeka na mnie żona. Musicie zrozumieć, że straciÅ‚em cierpliwość, bo szukaliÅ›my tego metalu caÅ‚e przedpoÅ‚udnie na darmo, a teraz po zapachu poznaÅ‚em, że znajduje siÄ™ u tego tutaj. Niech powie, co ma, jak to siÄ™ u was nazywa, żebym mógÅ‚ kupić.
Głos miałem tak przejmujący, że stary zaczął się bać o swoją skórę i uciekł za biurko komisarza. Na samym komisarzu nie wywarło to szczególnego wrażenia. Kiwał tylko potakująco głową, a potem rzekł:
— Aha, rozdwojenie jaźni albo coÅ› takiego. Dobrze wyuczone objawy. JakÄ… książkÄ… siÄ™ pan posÅ‚ugiwaÅ‚?
— CzÅ‚owieku, to nie mówiÄ™ ja, tylko Hiacynt.
— SÅ‚uchaj no pan, jest pan tu aresztowany, a ja nie jestem dla pana czÅ‚owiek, tylko komisarz. ProszÄ™ to zapamiÄ™tać, bo inaczej mogÄ™ być bardzo niemiÅ‚y.
— Dobrze, panie komisarzu — staraÅ‚em siÄ™ mówić jak najbardziej rzeczowo — o moim wyrachowaniu możemy mówić później, ale proszÄ™ pana, żeby poszkodowany pokazaÅ‚ wszystko, co ma. InteresujÄ… nas wÅ‚aÅ›ciwie tylko metale. JeÅ›li mnie pan posÅ‚ucha, zrobi pan dobry uczynek.
Zauważyłem, że komisarz ledwie powstrzymywał śmiech, a potem zdecydowanie rzekł:
— Nie mam prawa panu rozkazywać, ale myÅ›lÄ™, że leżaÅ‚oby to w interesie Å›ledztwa, gdyby pokazaÅ‚ nam pan wszystkie metalowe przedmioty, jakie pan ma przy sobie.
Mężczyzna wzruszył ramionami i coś zamruczał, jako że wariatów nie można denerwować, i opróżnił kieszenie. Okazało się, że faktycznie oprócz kluczy nic nie ma. Oczywiście podszedłem do niego i powąchałem, co starego zdumiało, ale nic mu się nie stało.
— Co znalazÅ‚eÅ›, Hiacynt? — zapytaÅ‚em, żeby przerwać niezrÄ™czne milczenie.
— Powinien tu być, a nie ma. Nie rozumiem.
— Dość komedii! — zagrzmiaÅ‚ komisarz. NastÄ™pnie zapytaÅ‚ poszkodowanego, czy zgÅ‚asza sprawÄ™, a kiedy ten potwierdziÅ‚, wskazaÅ‚ mu, gdzie ma podejść. Potem zwróciÅ‚ siÄ™ do mnie. ZażądaÅ‚ moich personaliów.
— Wie pan, ja to robiÄ™ dopiero po pierwszej rozmowie z zatrzymanym napastnikiem, żeby nie ulegać sugestii jego nazwiska — wyjaÅ›niÅ‚